Nasza Loteria - pasek na kartach artykułów

Eva Peron w krzywych zwierciadłach w Teatrze Wybrzeże

Jarosław Zalesiński
W sztuce Copiego wulgarna, tania rzeczywistość zostaje zamieniona w patetyczny teatr.
W sztuce Copiego wulgarna, tania rzeczywistość zostaje zamieniona w patetyczny teatr. fot.Grzegorz Mehring
"Eva Peron" Copiego w teatrze Wybrzeże. Ostatnie dni chorej na raka, umierającej Evity.

Prawdziwą Evę Peron widzimy w tym przedstawieniu przez chwilę, na starych kronikach filmowych. Zgrabna blondynka, w dopasowanych kostiumach. Evita ze sztuki "Eva Peron" Copiego, prapremierowo wystawionej w sobotę w teatrze Wybrzeże, ma się do tamtego pierwowzoru jak noc do dnia. Grający Evitę Łukasz Konopka - patykowaty, przygarbiony, w długim szlafroku i rajstopach, od pierwszej sceny skojarzył mi się z modliszką. Taka to rzeczywiście drapieżna, bezwzględna postać.

Autor sztuki, tworzący pod pseudonimem Copi argentyński emigrant, miał swoje powody, by postać legendarnej Evity odbrązowić. Jego rodzinę peronistowski reżim wyrzucił z kraju z powodu antyrządowej działalności ojca. Ale "Eva Peron" nie jest politycznym pamfletem na dyktaturę Perona. W fenomenie peronizmu Copiego ciekawi coś innego - absurdalny teatr, w jaki za czasów kultu Evity zmieniła się Argentyna.

Za życia była uwielbiana. Po śmierci argentyńskie związki zawodowe wystąpiły do papieża z wnioskiem o jej beatyfikację. Peron zaczął dla niej budować gigantyczne mauzoleum - na szczęście wojskowy zamach stanu przerwał tę inwestycję. Ale trwało jeszcze wiele lat, zanim ciało Evity, umieszczane raz tu, raz tam, ostatecznie z krypty kaplicy prezydenckiej zostało przeniesione na miejski cmentarz. Ludzie uwielbiali ją za to, że hojnie z państwowej kasy rozdawała im prezenty i świadczenia. Nie przyjmowali do wiadomości, że ta królowa biedaków sama pławi się w luksusie, że z jej szaf wylewają się upychane w nich kreacje, że sprawiła sobie setki par butów.

Copi te właśnie szafy i stroje Evity umieszcza na widoku. Jesteśmy w odciętej od świata części prezydenckiego pałacu. To ostatnie już dni chorej na raka, umierającej Evy Peron. Zamiast kochającej wszystkich biedaków matki narodu widzimy monstrum, które terroryzuje swoimi kaprysami najbliższe osoby. Swoją potrzebę akceptacji i podziwu zaspokaja, strojąc się albo reżyserując własne i cudze zachowania. I jest w tym bezwzględną modliszką.

Copi od tej ukrytej i paskudnej strony pokazuje także najbliższych Evity. Jej matka (Dorota Kolak) to pazerna na grosz prostaczka, Peron (Krzysztof Gordon) to tekturowy dyktator, cierpiący na migrenę i snujący się z kąta w kąt. A równocześnie argentyńskie radio, jak się dowiadujemy, nadaje bez chwili przerwy wzruszające relacje z ostatnich chwil życia ukochanej Evity. Wulgarna, tania rzeczywistość zostaje zamieniona w patetyczny teatr.

Reżysera to właśnie w sztuce Copiego zainteresowało najbardziej. W jaki sposób życie zbiorowe staje się fikcją, na jakiej zasadzie? Wokół sceny biegną wielkie krzywe zwierciadła, w których postaci i wydarzenia wyglądają jeszcze bardziej groteskowo niż w rzeczywistości. Ale wystarczy te lustra obrócić, żeby zmieniały się w ekrany, na których można wyświetlać propagandowe filmy lub piękne fotografie. Wystarcza ten jeden obrót, by powstał inny świat.

Kuba Kowalski chce nam chyba w swoim przedstawieniu powiedzieć, że zbiorowa rzeczywistość bez oporu zmienia się w fikcję, ułudę, bo to my, tworzący ją ludzie, jesteśmy tak plastyczni, że do wszystkiego potrafimy się dopasować. Warto przyjrzeć się z pozoru marginalnej postaci pielęgniarki (Wanda Skorny). Zahukana, wystraszona, ot popychadło, raptem zmienia się w pełną seksapilu kobietę, gdy zostaje poproszona do tanga. Wystarczył jeden gest. W finale to jej ciało, przebrane w suknię Evity, znajdzie się na katafalku. I nikt nie zorientuje się w tej mistyfikacji.

Ta gra tożsamościami, z zakończeniem, którego nie mogę zdradzić, jest najciekawszą stroną najnowszej premiery teatru Wybrzeże. Gdyby nie to zakończenie, trudno byłoby mówić o sukcesie.
Z winy tekstu przedstawienie czasem siada. Dorota Kolak miała jeszcze dość materiału, żeby stworzyć półhumorystyczną postać matki Evity, kobiety o mentalności kucharki, zmuszonej do udawania damy. Ale reżyser sam chyba czuł, że z Ibiza (Maciej Konopiński) nie da się wiele wydobyć, skoro przerobił go, bez wyraźnych racji, na kokainistę i postać z latynoskiej telenoweli w jednym.

Niemniej sztuka daje do myślenia. Tekst Copiego pasuje nie tylko do czasów dyktatur, ale i czasów telewizyjnej demokracji. Do tego jeszcze nasza żałoba narodowa nadała premierze teatru Wybrzeże nieoczekiwany i nieplanowany kontekst. Oczywiście, Kuba Kowalski wystrzega się jakichkolwiek aluzji.

Spiker argentyńskiego radia nie mówi lekko schrypniętym głosem Jana Pospieszalskiego. Ale analogie nasuwają się same.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na dziennikbaltycki.pl Dziennik Bałtycki