Czy grozi nam pandemia alkoholizmu? Poradnie leczenia uzależnień są oblegane. A może być jeszcze gorzej

Agnieszka Kamińska
Agnieszka Kamińska
pixabay
- Ludzie teraz częściej sięgają po alkohol, bo po prostu mają więcej wolnego czasu. Zwiększyła się liczba osób zgłaszających się na terapię leczenia uzależnienia od alkoholu. Obserwujemy też, że przychodzą do nas osoby w głębszych kryzysach. Niestety, pandemia ograniczyła dotychczasowe możliwości wsparcia osób w potrzebie, ale rozwinęła też nowe rozwiązania - mówi Justyna Rozbicka-Stanisławska, pełniąca obowiązki dyrektora Wojewódzkiego Ośrodka Terapii Uzależnień w Gdańsku.


Niedawno widziałam, jak mężczyzna kupował skrzynkę wódki i do tego kilkanaście piw. Dowcipkował mówiąc, że alkohol odkaża, jest najlepszym lekiem na koronawirusa i w ogóle na pandemię. I co pani na to? Gdy patrzę na te butelki w koszykach kupujących, to mam wrażenie, że pogląd tego mężczyzny może nie być odosobniony.

Och, lepiej tego poglądu nie rozpowszechniać. Alkoholem wirusa nie zabijemy. Wręcz przeciwnie, przyjmowany w znacznych ilościach osłabia organizm. Może prowadzić do obniżenia odporności, a co za tym idzie do łatwiejszego zakażenia się wirusami. Alkohol nie jest też lekiem na trudną sytuację związaną z pandemią, choć może niektórzy tak myślą. W pandemii zmienił się styl picia. Niektórzy pracują zdalnie i oszczędzają czas na dojazdach. Okazuje się, że ludzie teraz częściej sięgają po alkohol, bo po prostu mają więcej wolnego czasu. W badaniu Global Drug Survey tak odpowiedziało 42 proc. zapytanych osób. A 41 proc., jako powód picia wskazało nudę. Jeśli ktoś nie ma pasji i zainteresowań lub umiejętności zorganizowania sobie czasu wolnego, to przeznacza go na picie. Ale nie chodzi tylko o czas wolny. Wiele osób w czasie pandemii mierzy się z trudnymi emocjami. Myślę tu o niepokoju o zdrowie własne i bliskich, lęku o pracę i w ogóle o finanse. Ludzie martwią się, czy w kolejnym miesiącu będą mieli za co opłacić rachunki, czy dadzą radę spłacać kredyty. Pojawiają się nieprzyjemne uczucia, wiele osób w alkoholu szuka szybkiego sposobu na złagodzenie psychicznego dyskomfortu. To jednak sposób złudny, który nie rozwiązuje problemu.

Więcej osób sięga po alkohol, ale czy więcej osób ma z nim problem? To znaczy, czy pije na umór, wpada w nałóg?

Tak, więcej osób ma problem. Zwiększyła się liczba osób zgłaszających się na terapię leczenia uzależnienia od alkoholu. Obserwujemy też, że przychodzą do nas osoby w głębszych kryzysach. Potrzebują częstszego kontaktu z terapeutą niż to było przed pandemią. Po prostu wymagają więcej pracy i uwagi specjalisty. Problem z piciem mają przedstawiciele wszystkich grup społecznych i zawodów, z każdej kategorii wiekowej. Pod tym względem nałóg jest demokratyczny. Poradnie wyznaczają odległe terminy terapii, bo jest tak dużo chętnych. Na Pomorzu na spotkanie z terapeutą czeka się teraz nawet 12 tygodni, wcześniej było to około 5 tygodni. Przez pewien czas placówki były zamknięte ze względów sanitarnych. To wymagało szukania innych metod udzielania wsparcia. Stąd np. poradnie dodatkowo organizowały teleporady, kontaktowały się z potrzebującymi przez internet. A zresztą wiele placówek robi to nadal. Wszyscy, zarówno pacjenci jak i terapeuci, posiadają bardzo różne umiejętności w zakresie IT. Ta sytuacja wszystkich zmusiła do tego, aby nabyli nowe umiejętności. Pandemia w pewnym sensie ograniczyła możliwości wsparcia osób w potrzebie, ale i pokazała nowe rozwiązania.

Dlaczego poradnie nie mogą zorganizować dodatkowych terapii, skoro jest tylu chętnych?

Publiczne poradnie są ograniczone kontraktami z NFZ, porady są limitowane. Nie można więc dowolnie zwiększyć liczby udzielanych porad, bo ich nadwyżka nie zostanie rozliczona przez NFZ, terapeuci nie dostaną za nie pieniędzy. Byłoby dobrze, gdyby NFZ teraz, gdy jest tak dużo ludzi w potrzebie, te limity zwiększył. To będzie też ważne po pandemii.

Słyszałam, że prywatni terapeuci są teraz rozchwytywani, a prywatne poradnie mają prawdziwe żniwa. Idą do nich osoby, które nie mogą czekać kilku miesięcy na terapię.

Tak, w publicznych poradniach nie ma miejsc, więc niektórzy ludzie idą do prywatnych gabinetów. Idą ci, których na to stać. Osoby mniej zamożne są w najtrudniejszej sytuacji. Oczywiście to i tak jest dobra sytuacja, że ktoś zdaje sobie sprawę z problemu i chce coś z tym zrobić. Część uzależnionych nie chce. Teoretycznie nie ma czegoś takiego, jak przymus leczenia. Rodzina co prawda może zgłosić np. ojca czy matkę do procedury leczenia odwykowego, ale najlepsze efekty przynosi leczenie, w którym osoba uzależniona chce uczestniczyć. Coraz częściej pacjenci, którzy czekają w kolejce na terapię, rezygnują z niej na rzecz prywatnych placówek. Ale czy to jest dobry kierunek? Ważne, aby leczenie uzależnień było darmowe i powszechnie dostępne.

Wydaje się, że praca zdalna sprzyja piciu. Nie trzeba jechać autem do pracy. Poza tym, pracownicy w biurze nie mogli sobie pozwolić na drinka czy piwo, a gdy pracują w domu, to popijają, bo kto ich skontroluje? Podobno już nawet istnieje zjawisko picia do monitora lub picia do Excela.

Nie każdy jest tak zdyscyplinowany, że całe osiem godzin, z zegarkiem w ręku, posłusznie przepracuje. Sam fakt pozostania w domu powoduje rozluźnienie. I takie sytuacje, że ktoś popija w czasie pracy się zdarzają i to nawet osobom publicznym. Podczas sesji online, radną jednego z miast wszyscy mogli zobaczyć z kieliszkiem w ręku. Ludzie zapominają o konsekwencjach takiego zachowania, granica między pracą i domem zaciera się i do takich zdarzeń dochodzi.

Tak Internauci śmieją sie z home office. Praca zdalna 2020. ...


Podobno może teraz być trudniej np. nauczycielom i menedżerom, którzy zmagają się z nałogiem. Osobom, które już są w sidłach alkoholizmu, w czasie zdalnej pracy puszczają hamulce. Gdy pracowali poza domem, musieli się pilnować
.

Ten problem może dotyczyć wszystkich grup zawodowych. Hamulce puszczają, bo ludzie próbują przetrwać trudne chwile, poradzić sobie z kryzysem psychicznym. Szukają rozwiązania tu i teraz. Znamienne jest też to, że niektórym osobom przebywającym na kwarantannach dowożono również alkohol. Bardzo mnie to zastanawia, bo alkohol nie jest produktem pierwszej potrzeby. Widać jednak, że osoby będące w izolacji uznały, że alkohol będzie im niezbędny, aby wytrzymać bez wychodzenia z domu przez te kilkanaście dni. A osoby robiące im zakupy się z tym zgadzały, skoro zaopatrywały je w alkohol. To zjawisko niewątpliwie przyczyniło się do tego, że picie w czasie pandemii stało się powszechniejsze.

Z badań naukowców z Uniwersytetu Łódzkiego wynika, że w czasie pandemii rzadziej po alkohol sięgają nastolatki, bo dyskoteki i kluby są pozamykane.

Kontakty rówieśnicze sprzyjają temu, że młodzi ludzie sięgają po alkohol. Jeśli te kontakty zostały ograniczone, bo młodzież nie spotyka się na imprezach, domówkach, koncertach i głównie siedzi w domach, to być może rzeczywiście spożycie alkoholu w tej grupie jest niższe. Muszę powiedzieć, że trend ograniczania dostępności do alkoholu byłby bardzo dobrą drogą. Państwowa Agencja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych będzie nawet prowadzić kampanię pod takich hasłem. Chodzi o to, żeby w takich miejscach jak np. stacje paliw czy nocne sklepy sprzedaż była limitowana. Samorządy mają już teraz prawną możliwość wprowadzenia zakazu sprzedaży alkoholu w wyznaczonych godzinach. Okazuje się jednak, że z tej możliwości niewiele gmin skorzystało. Tłumaczą to m.in. naciskami właścicieli sklepów, którzy obawiali się mniejszych zysków. Tyle tylko, że w tych gminach, w których ograniczenia wprowadzono, sklepikarze wcale na tym nie stracili. W tych samorządach można wręcz mówić o zysku społecznym. Ich mieszkańcy przyznawali, że czują się bardziej bezpiecznie, bo dochodzi do mniejszej liczby ekscesów czy burd wywołanych przez osoby pijane. A więc ten efekt jest tu wymierny. Będziemy zachęcać pomorskie gminy, aby przyłączyły się do tej kampanii i bardziej zaangażowały w ograniczanie dostępności do alkoholu.

Niektóre państwa w czasie pandemii zakazały sprzedaży alkoholu po godzinie 20. Takie obostrzenia wprowadzono m.in. w Portugalii, Holandii, Belgii. Może zamiast nakłaniać samorządy do ograniczeń, lepiej wprowadzić odgórny zakaz w całym kraju?

To rzecz, nad którą warto dyskutować. Natomiast my już wiemy, że ograniczenia na poziomie gminnym przynoszą pozytywny efekt. Warto więc zastosować to rozwiązanie, które już znamy. Gdy Sopot wprowadzał zakaz sprzedaży nocnej, to przez miasto przetoczyła się cała dyskusja na ten temat. W Sopocie to rozwiązanie nie wywołało lawiny bankructw sklepów. Wyeliminowano zjawisko polegające na tym, że ktoś kupił w sklepie tani alkohol wypił go i już w stanie nietrzeźwości szedł się bawić do lokalu, przy okazji - co się zdarzało - demolując kosze na śmieci czy wiaty przystankowe. Oczywiście mówię tu o czasie, gdy restauracje były otwarte. Poza tym, to sprzyjało ograniczeniu spożycia alkoholu, bo alkohol w restauracji jest droższy, więc klienci kupują go mniej.

Ale czy pani podobałby się taki odgórny zakaz sprzedaży alkoholu w pewnych godzinach? Pytam czysto teoretycznie, bo nie mamy informacji, że rząd nad takim rozwiązaniem pracuje.
Widząc skutki uzależnienia wydaje się, że to byłby dobry pomysł. Kilka lat temu, będąc w Norwegii widziałam przed sklepami tabliczki, że od pewnej godziny nie można będzie tam kupić alkoholu. Tamtejsze społeczeństwo się do tych ograniczeń przyzwyczaiło. I generalnie przyniosły one pozytywny skutek.

Jak wygląda sytuacja w izbach wytrzeźwień? Skoro bary są zamknięte, to chyba jest mniej osób pijanych na ulicach, bo to one głównie trafiają do izb.

Nie wydaje mi się, żeby liczba pacjentów w tych placówkach się zmniejszyła. Do izb wytrzeźwień czy pogotowia socjalnego rzeczywiście trafiają osoby doprowadzane przez policję lub straż miejską z miejsc publicznych. Wydaje się jednak, że może być bardzo dużo osób z interwencji domowych. Do naszych poradni również zgłaszają się osoby, które sygnalizują, że doświadczają przemocy domowej. Ten problem jest olbrzymi. Przemoc domowa w wielu przypadkach jest skutkiem ograniczeń pandemicznych – izolacji, konieczności przebywania w tym samym towarzystwie niemal bez przerwy. Rodzice pracują zdalnie, a na dokładkę dzieci mają zdalną naukę. W czterech ścianach gromadzą się różne emocje, lęki, frustracje i dochodzi do wyładowania się jednego członka rodziny na drugim. W tych czterech ścianach rozgrywają się czasem prawdziwe dramaty.

Czy problem alkoholowy osób, które już przed pandemią go miały, teraz przybrał na sile? Czy te osoby wpadły głębiej w nałóg?

Myślę, że tak. I obawiam się, że to może być dopiero początek zaostrzania się problemu. Obecnie cały czas borykamy się z pandemią. Osoby, które już piją, w wielu przypadkach mogą jeszcze próbować trzymać wodze nałogu. Starają się kontrolować go. Pandemia jest dla wszystkich nową sytuacją i tak naprawdę my nie wiemy, jak z tą pandemią będzie i kiedy się zakończy, choć oczywiście szczepionki i wypowiedzi ekspertów dają dużo nadziei. Niemniej jednak wszyscy jesteśmy w ciągłym napięciu, musimy być gotowi do działania. Gdy pandemia się skończy, i wszyscy poczują ulgę, to możliwe, że właśnie wtedy sporo osób już pijących puści wodze nałogu. To może być prawdziwa fala problemów alkoholowych. Wsparcie tych osób po pandemii będzie jeszcze bardziej potrzebne niż teraz.

Czyli skutki nadmiernego picia w pandemii jeszcze przed nami?

Obawiam się, że tak. Człowiek w stresie działa i jednak stara się pilnować, jeśli chodzi o picie. A gdy stres puszcza, to puszczają też hamulce w piciu. To trochę tak, jak ze śmiercią bliskiej, kochanej osoby. Musimy zorganizować pogrzeb, więc trzymamy się, bo mamy zadanie do wykonania. Dopiero po pogrzebie emocje puszczają i człowiek czuje, że się rozpada i sobie nie radzi. Przed pandemią ludzie pili problemowo, z różnych powodów. Placówki leczenia uzależnień również miały kolejki. Pandemia dodała wielu osobom kolejnych argumentów do picia i zaogniła różne wcześniejsze problemy. Należy być przygotowanym na konieczność zintensyfikowania wsparcia, bo kiedy przyjdzie czas, że obostrzenia zostaną wycofane, i pojawi się powierzchowna radość i ulga – a problemy wielu ludzi pozostaną – osoby zajmujące się wsparciem psychologicznym będą miały pełne ręce roboty.

Niewiele mówi się o piciu osób starszych. Seniorzy nie piją?

Piją. Muszę przyznać, że dopiero zaczęliśmy się przyglądać piciu w tej grupie społecznej. Wcześniej to nie było analizowane. W województwie pomorskim w 2018 r. wykonano badania na reprezentatywnej grupie 1051 osób w wieku 60 plus. Między innymi wyszło nam, że nie pije 46,4 proc. tych osób. Natomiast 4,1 proc. powiedziało, że pije często. Uzależnienie lub picie szkodliwe u osób starszych jest często skutkiem samotności i poczucia pustki, które te osoby poprzez alkohol chcą zredukować. Do tego dochodzi uczucie bycia niepotrzebnym. Seniorom dużo trudniej jest skorzystać z nowych sposobów terapii np. prowadzonych przez internet. Starsza osoba rzadziej będzie sama szukać wsparcia, dlatego ważna jest tu rodzina, która dostrzeże problem i pokieruje seniora na terapię.

Co się pije najczęściej?

Raporty sprzedaży alkoholu wskazują, że cały czas piwo. Ostatnio Polacy częściej, niż to było kilka lat temu, sięgają po drogie, wysokogatunkowe trunki.

Jedna z firm badawczych dowodziła, że w ostatnim czasie znacząco wzrosła sprzedaż małpek, czyli alkoholów w małych butelkach. Czy małpki mogą bardziej przyczyniać się do alkoholizmu niż alkohole w dużych butelkach?
Według mnie, tak. Małpki są dużo bardziej niebezpieczne. A to dlatego, że są tańsze, co za tym idzie więcej osób może je kupić. Poza tym, za sprawą małpek alkohol jest bardziej dostępny. Małą butelkę można łatwo schować do kieszeni i szybko wypić właściwie gdziekolwiek. Nie trzeba tłumaczyć się w domu, bo żona czy mąż nie widzi. Bierze się taką buteleczkę, idzie z psem na spacer i w tym czasie wypija małpkę, z półlitrową butelką już byłby kłopot. Picie alkoholu z małej butelki jest też łatwiejsze w pracy. Ich sprzedaż w ostatnim czasie rzeczywiście mocno wzrosła i cały czas utrzymuje się na wysokim poziomie. Małpki są tak popularne, że nawet gdy idziemy chodnikiem, to widzimy leżące w różnych miejscach puste buteleczki.

Kiedy możemy mówić, że nasz bliski ma problem z alkoholem? Ile piw albo małpek to już jest pijaństwo? I co właściwie wtedy zrobić?

Od liczby piw ważniejsze jest to, aby dostrzec sposób i styl picia. Osoba ma problem, gdy odczuwa silne pragnienie wypicia alkoholu i zaczyna koncentrować swoje życie wokół niego i to do tego stopnia, że zaczyna sukcesywnie zaniedbywać swoje obowiązki. Więcej czasu przeznacza na picie i rezygnuje z innych swoich pasji czy zajęć, którym wcześniej się oddawała. To są niektóre sygnały. Widzimy, że u tej osoby wzrasta tolerancja na alkohol i pije coraz więcej. Kiedyś piła jedno piwo, a teraz widzimy, że wypija ich znacznie więcej. Zaczyna tracić nad tym kontrolę – pije dopóki nie wypije całego alkoholu, jaki ma w domu. Powinna nas też zaniepokoić sytuacja, gdy nasz bliski pije nieprzerwanie kilka dni z rzędu. Rano, po obudzeniu, pierwsze co robi, to wypija dawkę alkoholu. To są objawy, które mogą oznaczać, że osoba ma już problem z alkoholem. W takiej sytuacji możemy zadzwonić do najbliżej poradni leczenia uzależnień i porozmawiać z terapeutą. Faktem jest to, tak jak mówiłam wcześniej, że na spotkanie z terapeutą dość długo się czeka, ale warto odbyć choćby teleporadę, warto zrobić ten pierwszy krok. W każdym samorządzie działa też gminna komisja rozwiązywania problemów alkoholowych i do niej też można zadzwonić.

Sprawdź 7 mitów o alkoholu i chorobie alkoholowej

Od 15 maja bez maseczek, ale tylko na powietrzu

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie