Artur Ceyrowski, kibic Arki Gdynia: Ostatecznie liczy się tylko futbol [rozmowa]

Adam Mauks
Artur Ceyrowski
Artur Ceyrowski Fot. archiwum prywatne
Rozmowa z Arturem Ceyrowskim, kibicem gdyńskiej Arki, o tym co nie miało się prawa wydarzyć i tym co zdarzyć się może.

Trzy lata temu Arka zdobywała Puchar Polski. Jak wspominasz tamto wydarzenie. Czym było dla Ciebie?

CZYTAJ TAKŻE: Piękne partnerki i żony piłkarzy Arki [GALERIA]

Boże, to już trzy lata? Mam wrażenie, że ten mecz się odbył wczoraj. Pamiętam każdą akcję! Bezpośrednio po awansie, kiedy dotarło do mnie, co tak naprawdę się wydarzyło, zastanawiałem się z grupą przyjaciół, jak pojedziemy na finał. Ostatecznie uznałem, że nie mógłbym na taki mecz nie zabrać swoich synów i wygrała opcja rodzinna. Pojechaliśmy kilka dni wcześniej, zaliczyliśmy tradycyjną wyprawę po najbardziej popularnych miejscach Warszawy. Nie było nic z Tyrmanda, nie zwiedzaliśmy knajackich zaułków, cieszyliśmy się pogodą i wolnym czasem. W końcu nadszedł dzień, na który arkowcy czekali niemal 40 lat. Mała dygresja, ja jestem równolatkiem tamtego Pucharu Polski, urodziłem się dzień wcześniej. Przez całe życie słuchałem od taty, że polski futbol w latach 70-tych, także ten w wydaniu gdynian, święcił triumfy, a współczesne pokolenie piłkarzy nie ma się czym pochwalić. Co odpowiedzieć? Jak zrównywać wyczyny Krupskiego, Hoppe czy, z ogromnym szacunkiem, Nicińskiego, z osiągnięciami Żemojtela, Kupcewicza czy Szarmacha? Tego dnia wszystko się zmieniło. To był mecz, który nie miał prawa się zdarzyć. Obiektywnie wszystko było po stronie piłkarzy Lecha. Oni byli tak pewni swego, że chyba nikt nie wyobrażał sobie, że mogą przegrać. I ta 107 minuta! Nasz ukochany Rafał, Rafałek, Rafałeczek...(Siemaszko – przy. red.) on powinien mieć pomnik w Gdyni. Na każdej ulicy. Ogromna radość. Euforia. Ale przecież jeszcze tyle czasu zostało. Nie odpuszczą. Nerwy. Stres. Wyrywane włosy z głowy. Na stadionie huk. Ogłuszający doping. Nikt nie oszczędzał gardła. Sto dziewiętnasta minuta. Lech traci piłkę pod naszą bramką, niegroźna sytuacja, przecież to jest pod naszym polem karnym. I dzieje się coś, kolejny raz tego dnia, co nie miało prawa się wydarzyć. Luka Zarandia wyglądał jak gość z innej planety. Może to Messi przebrał się za Gruzina i biegł między piłkarzami Lecha? Przebiegł kilkadziesiąt metrów, podniósł głowę i plasowanym, technicznym strzałem pokonał Burica. Jak? Nie wiem. Boże, krzyczałem jak opętany. Siedziałem tuż przy trybunie ultrasów, w sektorze neutralnym, obok było mnóstwo kibiców Lecha. Miało być do trzech razy sztuka, ale nie tym razem. W końcu ktoś nie wytrzymał moich krzyków i poprosił, żebym usiadł. Nie posłuchałem. Ale mecz się jeszcze nie skończył. To nie był koniec nerwówki. Rzut rożny. Socha się spóźnił, Trałka wyskoczył najwyżej i było 2:1. Najdłuższe cztery minuty w historii. W końcu Musiał zagwizdał po raz ostatni. Po kilku sekundach do mnie dotarło, że to już. Chciałem wbiec na murawę i krzyczeć z radości. Wiem, że pewnie wiele osób pomyśli o mnie jak o szaleńcu, ale to uczucie da się porównać chyba jedynie z momentem narodzin moich synów. Duma, szczęście, nieopisana wręcz radość. Później pamiętam stop klatki. Telefon do taty, który niestety nie był z nami na stadionie, oglądał mecz w telewizji. Krzyknąłem: - Mamy to! I zachrypnięty okrzyk z drugiej strony: - Tylko Arka Gdynia! Piękne chwile. Kolejna stop klatka. Wychodzimy ze stadionu, obok idzie dwóch kibiców Pasów. „Gratulacje, cieszymy się prawie tak, jakby to Cracovia zdobyła puchar. Fajnie, że Areczka to wygrała”. „Kocham Was, bracia” krzyczę. Nie pamiętam jak dotarłem do hotelu. Dobrze, że była obok moja żona, bo pewnie poszedłbym tańczyć na Stare Miasto i skończyłoby się nieciekawie.

Rok później był Superpuchar, ale po tym sukcesie Arka zdawała się systematycznie obniżać loty. Co, Twoim zdaniem, o tym zdecydowało?

Z superpucharu mam inne wspomnienia. Podróż „specjalem”, w Warszawie policja robiła wszystko, żeby nas sprowokować. Najpierw był przejazd w ogromnym tłoku przez kilka dodatkowych kilometrów w zdezelowanych autobusach na Łazienkowską. Później zamknęli nas na wąskim odcinku pod stadionem i zaatakowali gazem. Dosłownie. Oberwało kilku młodych chłopaków. A sam mecz, znów, nie mieliśmy prawa tego wygrać, choć mówiło się, że Arka ma „patent na Legię”. Stawka była wysoka i sądziliśmy, że nie odpuszczą, ale chyba nas zbagatelizowali. Wracając żartowaliśmy, że jesteśmy najbardziej utytułowaną drużyną w Polsce. A obniżenie lotów? Nie wiem, mam wrażenie, że to te sukcesy były znacznie ponad nasze możliwości.

Czy przejęcie większości udziałów w klubie przez Dominika Midaka to początek problemów Arki? Czy Twoim zdaniem było to coś zupełnie innego?

O „rządach” Midaków w Gdyni napisano chyba wszystko, co można. Przybysze z Ożarowa są krytykowani nawet przez te media, które niedawno robiły im dobry PR. Uczciwość każe przyznać, że aktualna sytuacja to nie tylko wina Midaków, choć ich grzechy są ogromne i ewidentne. Odkąd pamiętam, u nas zawsze było krucho z kasą, trzeba było dwa razy liczyć każdy grosz. Nigdy nie byliśmy potentatem. Były czasy, w których dość nierozważnie podchodziło się do niektórych kwestii finansowych i sportowych, ale wiemy jak się to skończyło. Czy teraz skończy się podobnie? Nie wiem. Ten problem to nie jest jednak tylko kwestia ludzi, którzy aktualnie zarządzają klubem. Boiska z naturalną nawierzchnią, które jest niezbędne do treningów, nie było przed Midakami. W dużym, nowoczesnym mieście, jakim jest Gdynia, najmłodsze roczniki arkowców grają gdzie bądź, trenują w wynajętych halach, w szkołach podstawowych porozrzucanych po całym mieście. Brakuje podstaw, co nie jest tylko i wyłącznie winą Midaków.

Czy projekt "Wielka Arka" to dobry pomysł? Na ile pomógł on piłkarskiemu klubowi?

Mogę oczywiście mówić tylko w swoim imieniu. Dla mnie Arka Gdynia to piłka nożna. Kibice, którzy spotykają się na meczach w Gdyni i jeżdżą wspierać piłkarzy przez całą Polskę są tam dla futbolu. Arka to nie ten pełny stadion na meczu Legią czy Wisłą, ale trzy tysiące fanatyków, którzy przychodzą wspierać piłkarzy grających z Wigrami Suwałki. Może padać śnieg, deszcz, może być mróz, oni i tak będą na stadionie. Nawet wówczas, gdy rywalem są Wigry, bo przecież nie chodzimy na mecze oglądać przeciwników. Owszem, pojedynki z Legią, Wisłą czy Lechią wyzwalają dodatkowe emocje, ale ja najbardziej kocham mecze, które toczymy w deszczu z jakimiś ogórkami. Stajesz na barierkach i niesie cię pieśń kilku tysięcy fanatyków. To jest właśnie „Wielka Arka”. Lubię koszykówkę i piłkę ręczną, w czasie pandemii obejrzałbym nawet mecz krykieta, ale ostatecznie liczy się tylko futbol. Projekt „Wielka Arka” powstał w głowie kogoś, kto miał szlachetne intencje, ale nigdy nie był kibicem.

Ciąg dalszy na drugiej stronie

Czy radykalizacja reakcji kibiców wobec Dominika Midaka i Antoniego Łukasiewicza to efekt tylko słabszych występów piłkarzy?

Odpowiem tak. Jadąc na mecze spotykam często faceta, który mieszka na tej samej co ja dzielnicy. Jest po 60-tce, jeździ na Arkę od dziecka. Wspominamy stare czasy, analizujemy mecze i tabelę. Kiedyś przez kilka miesięcy go nie widziałem. Niepokoiłem się, ale, niestety, nie mam z nim – poza wspólną podróżą na mecz – żadnego kontaktu. Bardzo się ucieszyłem, jak po kilku miesiącach wrócił. Pytam z czego wynikała przerwa, a on: - Wycięli mi kawałek kręgosłupa. Cholera, jak ja się denerwowałem, jak trzeba było słuchać relacji w radiu… Nie mówił o swoim zdrowiu, ale o Arce. O niej myślał w szpitalu, w sytuacji zagrożenia życia. Dla nas Arka Gdynia to świętość. Z tego się nie żartuje, z tym się nie igra, tego się nie traktuje jako środka do osiągnięcia biznesowego celu.

CZYTAJ TAKŻE: Piękne sportsmenki z Pomorza [ZDJĘCIA]

A sytuacja finansowa i sportowa, w której jest Arka. Niepokoi Cię to?

Nieszczególnie. Spadniemy, to spadniemy. Będziemy zaczynali od czwartej ligi? Trudno. Jasne, że będzie szkoda, pewnie, że pojawi się mnóstwo znaków zapytania co do tego, kto się wszystkim zajmie i jak to dalej ustawiać. Mam jednak pewność, że np. ja na Arce będę zawsze. Obok mnie będzie kilku przyjaciół, będą moi synowie. A ja nie jestem w żaden sposób wyjątkowy, takich jak ja są tysiące. Będziemy z Arką zawsze, w każdej lidze i w każdej sytuacji.

Widzisz nadzieję, na to, że Arka wyjdzie z tarapatów, czy może potrzebny jest jednak zdecydowany reset dotychczasowych działań ze wszystkimi tego konsekwencjami?

Nie wiem na ile taki reset byłby możliwy. To trochę pytanie w stylu: „Jak osiągnąć sukces w piłce nożnej?”. Ja jestem kibicem, nie mam natury działacza. Nie porywałbym się z motyką na słońce, choć sezonów rozegranych Arką w Football Managerze mam więcej niż Dominik Midak mieszkań i samochodów. Kiedyś grałem w ćwierćfinale Ligi Mistrzów z Manchesterem City. Niestety, przegraliśmy w Anglii, w Gdyni był remis. Na poważnie, piłka nożna to nie fizyka jądrowa, tu nie trzeba wymyślać zimnej fuzji. Sukces jest wypadkową kilku elementów. Codzienna praca, szkolenie młodzieży, baza treningowa, dobry trener i właściciel, który tego wszystkiego nie zepsuje. Do tego sponsor, wsparcie samorządu i mamy sukces. Czy taki stan w Arce jest możliwy? Oczywiście. Czy jest realny w najbliższej przyszłości? Nie sądzę.

Czy pandemia może mieć jakikolwiek wpływ na piłkę nożną i Arkę?

Na antenie Radia Gdańsk zastanawialiśmy się ostatnio, czy pandemia zmieni handel i nasze społeczne zachowania. Od kilku tygodni czytam, jak koronawirus zmieni nasze życie, a wszystko będzie toczyło się innym torem. Lekarzy zaczniemy cenić bardziej niż piłkarzy, pielęgniarki i ratownicy medyczni będą lepiej wynagradzani niż menadżerowie piłkarscy. Nie mam złudzeń, nic takiego się nie zdarzy. Skończy się poczucie zagrożenia i wrócimy do naszego starego, zepsutego świata, w którym 19-latkowi płaci się kilkanaście tysięcy euro tylko dlatego, że kopie piłkę lepiej niż rówieśnicy.

O jakiej Arce marzysz? Jaki jest klub Twoich marzeń?

Sobota wieczór. Listopad. Wieje. Siąpi deszcz. Za oknem jest szaro. Słupek rtęci na termometrze nie chce wejść powyżej 3 stopni Celsjusza. Sprawdzam skład na Twitterze. Wkurzam się, że znowu gramy u siebie jednym napastnikiem. Wychodzę z Olimpijskiej, obok mnie idą moi synowie, idzie Jurek, Michał i Kuba. Wchodzimy na Tory, obok zaczynają się pojawiać znajome twarze. Wychodzą piłkarze. Wokół słychać: żółte jest słońce, niebieskie niebo…

Kolejna polska WAG w Bayernie. Jerome Boateng spotyka się z Katarzyną Lenhardt

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie