Anna Tyślerowicz: Dla mnie każdy ślub to projekt artystyczny

rozm. Karolina KowalskaZaktualizowano 
Paweł Relikowski
O tym, jak zorganizować niezapomniane wesele, rozmawialiśmy z Anną Tyślerowicz, konsultantką ślubną.

Pani, uznana w branży stylistka wnętrz i scenografka, postanawia zająć się organizacją ślubów. Jak to się stało?
Jakiś czas temu postanowiłam pomóc koleżance, która akurat planowała wesele. Przejrzałyśmy niezliczoną ilość ofert domów weselnych i nie znalazłyśmy satysfakcjonującej, takiej, która przekonałaby nas gustowną dekoracją, zaproszeniami, wnętrzem z klasą. Wtedy wyraźnie dostrzegłam niszę, w której jako scenograf, a niejednokrotnie także organizator sesji zdjęciowych dla znanych magazynów, mogę się sprawdzić. Chciałam proponować wesela w stylu pokazywanym na zagranicznych, głównie australijskich blogach: boho, rustykalne, z niewymuszoną elegancją, pozbawione tych wszystkich sztucznych satyn, plastikowych koronek oraz pereł i okropnego światła. Przy projektach pracujemy razem z Michałem, który studiował grafikę i ma bardzo dobre wyczucie estetyczne, dzielimy się też kwestiami organizacyjnymi, których jest mnóstwo.

Jak wyglądają te nasze typowe śluby?
Są pseudoeleganckie, bardziej odnoszą się do stylu moskiewskiego clubbingu lat 90., spektakularne w złym rozumieniu tego słowa: na fioletowo, amarantowo - ma być widać, ma bić wszystkich po oczach. Parkiety błyszczą jak neony. Pseudo marmury, niby pałacowe żyrandole, brzydko i tandetnie. No więc nagle okazało się, że istnieje całkiem spora grupa, która tego wszystkiego nie chce, a woli styl zaproponowany przez nas.

Czyli?
Czyli raczej dużo kwiatów, lekkie dekoracje, girlandy żaróweczek zamiast męczącego światła, świece, wiszące na drzewach lampiony, bo niejednokrotnie organizujemy przyjęcia ogrodowe, lniane obrusy, drewno, stonowane kolory, zaproszenia pasujące do całości. Przyjęcia raczej na luzie. Zachowujące oczywiście cały charakter stosowny do okazji. Bo wesele to nie jest po prostu impreza, to jest szczególne wydarzenie. Przychodzą na nie różni ludzie, z rodzin o różnych na ogół upodobaniach. I trzeba pogodzić gust babci, wuja z wąsem i hipsterskich znajomych. No i oczywiście potrzeby pary młodej, która ma swoje marzenia.

No właśnie - co jest ważniejsze: upodobania głównych zainteresowanych, czyli pary młodej, czy gości?

Nie wiem. Wiem jedno - wolę organizować wesela parom niezależnym finansowo, które wiedzą dokładnie, o co im chodzi i nie muszą się tłumaczyć z każdej decyzji rodzinie.

Wesele last minute?
To ulubiona sytuacja, jesteśmy w tym mistrzami, ale trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że ładnych miejsc na tego typu uroczystości jest raczej niewiele, więc trzeba je odpowiednio wcześniej zarezerwować. Przy czym nie każda z tych ładnych jest odpowiednia do danego wesela: tu nie mieści się 120 osób, tu znów jest kilka mniejszych pomieszczeń, a życzeniem klienta jest umieszczenie wszystkich w jednym miejscu. Bywa, że poszukiwania trwają miesiącami, więc i zaproszeń nie można wysłać z odpowiednim wyprzedzeniem. Należy o tym pamiętać.

Krąży mit na temat „koszmarnych panien młodych”. Miała Pani z nimi do czynienia?
Jestem w stanie to wyczuć w drugim, trzecim mailu pełnym roszczeń, pretensji, niegrzecznego tonu, wtedy nie kontynuuję kontaktu, po prostu. Zdarzyło mi się czytać tysiąc maili od jednej panny młodej, która była perfekcjonistką i chciała mieć pod kontrolą każdy detal, ale przy gigantycznym przedsięwzięciu, jakim było jej wesele, było to jak najbardziej zrozumiałe. Jednak zatrudnianie konsultantów ślubnych ma generalnie stanowić ulgę w przygotowaniach i w przebiegu uroczystości, tak dla par młodych, jak i ich rodziców.

Po co tak w ogóle ludziom konsultant ślubny?
Bo ludzie w większości wypadków kompletnie nie wiedzą, jak to załatwić. To jest mnóstwo spraw do spięcia w jednym miejscu i czasie: catering, transport, odebranie rodziny z lotniska, hotele, transport itp. A już znalezienie i udekorowanie samego miejsca to jest wysoka logistyka, czy zorganizowanie urzędnika stanu cywilnego, aby przyjechał na miejsce. Przychodzi do mnie dziewczyna i mówi: „Moim marzeniem jest ślub na łące”. Świetnie, moim też, ale takie miejsce trzeba uzbroić, zadbać o jedzenie, światło, łazienki itp. To nie jest tak, że wejdziemy na puste pole, postawimy boomboxa, a babcia siądzie na kocu. Jestem od tego, by im to uświadomić, a po chwili zaproponować inne, lepsze rozwiązanie, ale jednak jak najbardziej zbliżone do pierwotnego pomysłu.

Organizujecie śluby w przepięknych miejscach. Jak je znajdujecie?
Jestem scenografką, więc sporo jeżdżę na plany zdjęciowe i w ten sposób niejednokrotnie na nie trafiam. W ten sposób znalazłam pałac w Kamieńcu, urocze miejsce z cudownymi gospodarzami. Od pewnego czasu jednak rozważamy zorganizowanie własnego miejsca na wesela: blisko Warszawy, ale jednocześnie w oderwaniu od sąsiedztwa, żeby weselna wrzawa nie denerwowała otoczenia.

Kiedy macie największą satysfakcję z tego, co robicie?
Gdy o godz. 10 rano z przyjęcia wychodzi ostatni zadowolony gość, dziękujący za piękną noc. Albo gdy jeszcze w trakcie wesela klienci przyprowadzają do nas zachwyconych gości. No i oczywiście, kiedy młodzi się cieszą z naszej pracy, w końcu oni są w ten dzień najważniejsi.

Jaki jest złoty środek na udany ślub?
Dokładne określenie, ile chcemy na niego wydać i jakie mamy wyobrażenie na jego temat. Bo jeśli ktoś mówi mi, że ma 80 tys. zł na wesele na 150 osób w bardzo odległym od Warszawy miejscu, ale catering, muzycy i inne składowe muszą przyjechać ze stolicy, to wiąże się to z wydatkami na hotele i dojazdy, co pochłania dużą część budżetu. Trzeba się też zastanowić, czy musimy mieć kreacje od najbardziej wziętych polskich projektantów, co bywa, że pochłania ponad połowę bużdetu. Wtedy nie ma już możliwości na wysmakowane dekoracje i, na przykład, dobrego fotografa. A on jest bardzo ważnym elementem wesela, bo zdjęcia są jedyną, poza samym aktem małżeństwa, pamiątką ze ślubu. Wiadomo, jeśli chcemy mieć eleganckie wesele na wysokim poziomie, które mają robić najlepsze osoby w branży, to będzie to kosztować dużo. Tak więc kluczem do spokoju po obu stronach jest precyzyjnie sporządzony kosztorys.

Który ze ślubów wspomina Pani najmilej?
Właściwie każdy, bo w każdy wkładamy dużo pracy, projektujemy zaproszenia, dobieramy dekoracje do wnętrza, tematu wesela, u nas nigdy nic się nie powtarza, nie jest rutyną. Najlepiej pracuje mi się po prostu z miłymi osobami, wdzięcznymi, że zdejmujemy im z pleców problemy, z ludźmi trzymającymi fason i nie jest to kwestia grup społecznych czy zawodów. Robiliśmy kilka spektakularnych ślubów: na plaży pod gołym niebem albo dla takiej liczby osób, że była to już prawie impreza masowa. Ten ostatni pamiętam szczególnie. Do tańca grał bałkański zespół, ludzie bawili się do godz. 9 rano, było świetnie, mimo że cały weekend bez przerwy lał deszcz. Suknia panny młodej dosłownie chłonęła wodę jak gąbka. Młodzi w deszczu odbierali życzenia, stojąc tak z uśmiechem bite dwie godziny. I mimo paskudnej aury i zmęczenia byli świetnymi gospodarzami. Prawdziwa klasa.

Brzmi jak spore przedsięwzięcie.
Tak, ale lubię robić też skromne śluby dla osób, które nie mają nieograniczonych funduszy. Zawsze traktuję to jako wyzwanie, twórczą sytuację, w której mogę się wykazać. Miłe są śluby w domach rodzinnych, jeśli towarzyszy im ogród, to zawsze wyjdzie fajnie. Pamiętam też ślub w miejskim parku.

Jak udało się to zrobić?
Okazało się, że popchnęliśmy władze miasta, z którego pochodziła panna młoda, do stworzenia precedensu i całej nowej ścieżki prawnej do tego, aby takie imprezy mogły się tam odbywać, bo jednorazowa zgoda nie wchodziła w grę. Chodziło o konkretny park, który był ukochanym miejscem panny młodej i strasznie jej na tym zależało, więc uruchomiliśmy całą machinę.

Czyżbyśmy odchodzili od przesadzonej ślubnej estetyki na rzecz minimalizmu?
Życzyłabym sobie tego. Mam nadzieję, że w końcu odpuścimy takiej wydumanej i przerysowanej estetyce, że damy sobie więcej miejsca na siebie, więcej nonszalancji, więcej lekkości i humoru. To zawsze lepiej wygląda.

Cały wywiad znajdziesz na warszawa.naszemiasto.pl

polecane: FLESZ: Podział Mandatów po wyborach parlamentarnych

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 1

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

P
Podpis

Anna Tyślerowicz "studiowała" polonistykę na Uniwersytecie Łódzkim, jej "studia" polegały na tym, że chodziła z wykładowcami na piwo i mając wówczas urodę dawała tam gdzie chcieli ją brać oraz szczerze się dziwiła, że prawdziwi studenci się uczą
Miała niezłe zaplecze - oboje rodzice lekarze, nota bene bardzo zacni ludzie - którzy wystawiali zwolnienia lekarskie i recepty na trudno dostępne leki wykładowcom Anny
Jest podejrzenie, że Anna " Tyślerowicz " jest adoptowaną córką pp Tyślerowiczów
Tak czy owak, Tyślerowiczówna ma być może jakieś zaburzenia osobowości, gdyż na studiach wzięła ślub z jakimś poetą, potem z nim rozwód, i znów ślub z Tomkiem Wertem, z którym ma syna Ernesta Werta, wszem i wobec znanego w Warszawce narkomana - no
cała warszawka to wie! Ty Anno nadal dajesz d***, robiąc "scenografie"
dla gazet dla kółka gospodyń wiejskich

Dodaj ogłoszenie