Andrzej Niemczyk: W trenerskiej pracy alkohol jest jednym z wentyli [ROZMOWA]

Rafał Rusiecki
Waldemar Wylegalski
O miłości do kobiet i nałogów, a przede wszystkim o naszej dołującej reprezentacji kobiecej rozmawiamy z trenerem Andrzejem Niemczykiem.

Jaka jest kluczowa różnica w pracy z drużyną stworzoną z kobiet a drużyną męską?
To pytanie zadają mi wszyscy. Dostaję je najczęściej. Mężczyźni są łatwiejsi do prowadzenia. Teraz już może tak nie jest, ale można ich prowadzić pod sznurek. Tak jak w wojsku. Trzeba im wydawać rozkazy, a wtedy się podporządkowują. Nie robi im nic to, że widzi się w nich siatkarza. Nie mężczyznę, a siatkarza. Natomiast u kobiet jest zupełnie odwrotnie. Najpierw trzeba dostrzec w nich kobiety, że zmieniła fryzurę, że ma ładny makijaż, że ma ładny kolor lakieru na paznokciach, że kieckę ma nową. To są sprawy, na które trzeba zwracać uwagę także w domu. Żona wtedy będzie się czuła dopieszczona. Ja zwracałem na to uwagę w pracy z zawodniczkami. A jeżeli jeszcze zaufają ci, jako fachowcowi, bo widzą, że twój trening pomaga im być lepszymi, to wtedy nic ich nie powstrzyma, aby skoczyć za tobą w ogień. Nie to jest jednak najważniejsze, ale fakt, że wierzą trenerowi na 100 procent i wykonują 100 procent ćwiczeń. Zawsze podkreślałem, że jeśli siatkarki zrobią to, co ja chcę, to 100-procentowa odpowiedzialność za wynik spada na mnie. To odblokowuje kobiety. U mężczyzn jest różnie.

Dlaczego?
Jeśli powiesz kobiecie coś nie tak, użyjesz niewłaściwych słów i nie przeprosisz, nie zrewidujesz siebie samego, to będzie to w sobie nosiła miesiącami. Chłopaki, po treningu pod natryskami, rzucą mięsem na trener, na to, na tamto i wychodząc spod prysznica nie pamiętają sytuacji. To jest łatwiejsze. Ja w pracy z mężczyznami odpoczywałem. To tylko na boisku wydaje się trudniejsze. Mężczyźni są przecież wyżsi, mocniej biją. Nie w tym jednak rzecz. Kobiety mają matczyne charaktery, a to oznacza, że do końca będą o coś walczyły. Z kolei mężczyźni mogą wcześniej odpuścić. A kobiety nie - tak jak o własne dziecko, własny dom. To jest ich przewaga. Z doświadczenia trenerskiego wiem, że długotrwałe powtórki trudnych ćwiczeń lepiej znosiły kobiety. Są silniejsze psychicznie.

Pytam o to wszystko nie bez przyczyny. Chcę tutaj nawiązać do osoby trenera Jacka Nawrockiego, który dał się poznać jako dobry fachowiec w pracy z mężczyznami. Podjął się jednak wyzwania pracy z naszą żeńską kadrą w bardzo trudnym okresie. Przełomu nie ma.
Powiem tak - Jacka Nawrockiego uważam za bardzo dobrego specjalistę. W momencie, kiedy jeszcze nie znałem decyzji siatkarskiego związku, miałem rozmowę z Pawłem Papke (prezes PZPS - przyp. aut.). Zaproponowałem mu dwóch trenerów, którzy nawet nie weszli do finałowej rozgrywki. Powiedziałem mu wtedy: Paweł, jeśli będziecie zatrudniali nowego trenera, to na pierwszym miejscu nie fachowość, a długoletnia praktyka w pracy z kobietami. To jest podstawa. Jeśli to będzie miał, to wszystkie inne rzeczy fachowe można nadrobić, douczyć, dopracować. Po wyborze Jacka, przeprowadziłem z nim wiele rozmów telefonicznych. Próbowałem mu opowiedzieć o dziewczynach, które sam trenowałem. Podpowiedziałem, że budowanie formy u kobiet przebiega inaczej, niż u mężczyzn. U mężczyzn jest ich wydźwigasz, ile nabiegasz i wyskaczesz. Resztę robią sami (śmiech). U kobiet wszystko działa niczym naczynia połączone. Ja potrafiłem im na siłownię, kiedy trenowały siłę maksymalną, serwować im w przerwach kawę, ciastka. Łapały się za głowę, mówiły: jak to. A ja wtedy mówiłem im, że nawet nie zauważają, że tak zasuwają. To właśnie chciałem osiągnąć.

To jak te rady skutkują? Jak ocenia Pan kadrę pod wodzą Jacka Nawrockiego?
Trudno oceniać, bo to za krótki okres pracy. W kontekście sytuacji żeńskiej reprezentacji pretensje mam nie do trenerów, ale do Polskiego Związku Piłki Siatkowej. Kadry nie prowadzę już od 9 lat, a w tym czasie było sześciu czy siedmiu trenerów. To jak to jest możliwe?

Związkowi brakuje wizji?
Jeżeli zmienia się trenera co półtora roku, czy nawet dwa lata, to tak naprawdę nie wiadomo, czy on był dobry, czy zły. Nikt od razu nie zrobi wyniku. Ok, mi się udało zdobyć pierwszy złoty medal (mistrzostwa Europy w 2003 roku w Turcji - przyp. aut.) po pięciu miesiącach pracy w reprezentacji, ale poprzedzone to było 45-letnim doświadczeniem w pracy z kobietami. To wyjątek, to nie jest naturalne. Mogliśmy nawet nie wejść do czwórki, mieliśmy trochę szczęścia. Na drugi złoty medal już się zapracowało (ME w Chorwacji w 2005 roku - przyp. aut.). Nie dokonałem wówczas wielu zmian. Pracowałem z 16 dziewczynami i gdyby nie dwie kontuzje, to zrobiłbym to z 14. Ważny jest dobór pierwszej grupy, z którą zaczyna się pracować. Musi być przede wszystkim charakterologiczny. Bo reprezentantki muszą pracować ze sobą. Nie muszą się zakochać w sobie, ale kiedy wchodzimy na salę, na trening, na mecz, to musi być jedna grupa. Jedna za wszystkie, wszystkie za jedną. I tak było. Czasami jedna płakała, bo ją niszczyłem na treningu, a te które stały z boku też płakały. Musiały jednak podawać piłkę, bo na to się zgodziły na początku. O to chodziło. To były ciężkie momenty, najczęściej na zakończenie treningów. Wybierałem sobie jedną lub drugą i musiałem jej udowodnić, że potrafi wykonać dane ćwiczenie. Bo w innym przypadku, gdyby wyszła z treningu bez przeświadczenia, że to umie, to zaczęłaby wątpić w siebie. Ja ją niszczyłem, ale pokazywałem, że da radę. Wychodziła zapłakana, ale dumna.

Teraz jest jednak nowe rozdanie. Jak więc z tą reprezentacją Nawrockiego?
W dalszym ciągu życzę mu jak najlepiej, ale uważam, że nie mamy szans na igrzyska w Rio. Na mistrzostwa Europy byliśmy źle przygotowani (8 miejsce - przyp. aut.). Nie wyszło. Czy w przyszłości wyjdzie? Czy trener nadrobi zaległości, jeśli chodzi o pracę z kobietami? Czy to pęknie. Obawiam się bardzo stycznia. Bo jeśli w Ankarze nie zakwalifikujemy się na igrzyska, to te najstarsze zawodniczki najprawdopodobniej, nie mając perspektywy gry na dużej imprezie, mogą zrezygnować z reprezentacji. Wtedy wpadniemy w dołek, w jakim był Piotr Makowski (poprzednik Nawrockiego - przyp. aut.), że będziemy zmuszeni powoływać młode siatkarki. Zawodniczki niedoszkolone technicznie, nieobyte na poziomie reprezentacyjnym. W ten sposób produkuje się przyszłe przegrane. Tyle w życiu się naprzegrywają, że nie będą potrafiły wygrywać. Jeśli nie mam dopracowanej techniki, to nadrabiając te braki popełniam jeszcze więcej błędów.

Umowy z selekcjonerami w reprezentacji powinny być dłuższe?
Jeszcze raz podkreślam, że nie winię trenerów. Winię za to wyłącznie związek. Ci panowie nie biorą za to odpowiedzialności. To kosztuje kupę pieniędzy, niesamowitą pracą zawodniczek i trenerów.

Wspomniał Pan o turnieju kwalifikacyjnym do igrzysk. W Anakarze w grupie trafiliśmy na Rosjanki, Włoszki i Belgijki. Złudzeń chyba rzeczywiście nie ma.
Przy dobrej formie i w tym składzie, który można mieć do dyspozycji - na ME zabrakło mi Joanny Kaczor, Marioli Zenik, Katarzyny Skorupy, Moniki Ptak - wtedy Włoszki oraz Belgijki są do ogrania. A jeśli tak się stanie, to jesteśmy za Rosjankami w grupie i walczymy o trzy czołowe miejscu turnieju. O wygraniu nie myślę, bo to zostawiam Rosjankom. Nie ma Serbek. Dostając się do trójki, można pojechać na turniej interkontynentalny, a tam będą już słabsze zespoły. Wszystko byłoby możliwe. Czasu nie ma jednak dużo, szczególnie w uwzględnieniu czasu. Boję się też o mężczyzn. Mają łatwą grupę, ale później muszą się zmieścić w trójce. Będzie ostre granie. Już w tym sezonie widać było, że „lecieli na oparach” nie fizycznych, ale psychicznych. Najlepiej widać to na Mateuszu Mice. Był za bardzo eksploatowany w reprezentacji i zaczął grać w klubie dopiero pod koniec sezonu. W tej chwili wszyscy kadrowicze mają kłopoty. Regeneracja psychiczna jest dużo trudniejsza niż fizyczna. Brak mistrzów świata na igrzyskach olimpijskich to by była tragedia. To jednak po części także tragedia FIVB (międzynarodowa federacja - przyp. aut.). Tamte urzędasy też są bezmyślne.

W kobiecej Orlen Lidze mamy 12 zespołów. Sześć z nich prowadzą włoscy trenerzy, a siódmy jest Argentyńczyk. Co Pan na to?
To nie są szkoleniowcy zagraniczni z najwyższej półki. Raczej przeciętni. Przyznajmy się do tego, że nie mamy polskich trenerów. Kiedyś to nas rozchwytywano w Europie, nie tylko w siatkówce przecież. Akademie wychowania fizycznego były rzeczywistymi kuźniami trenerów. Po upadku sportu w Polsce wyjechaliśmy za granicę i nie przekazywaliśmy swojej wiedzy młodszym pokoleniom. Na AWF ludzie interesują się teraz turystyką, hotelarstwem, menedżerstwem. Nie ma chętnych na trenerską specjalizację, bo to jest trudny zawód. Proponowałem już byłym ministrom sportu, łodzianiom Mirosławowi Drzewieckiemu i Andrzejowi Biernatowi, założenie akademii trenerskiej przy ministerstwie. A tak wypadamy z obiegu. Gdyby stać nas było na najlepszych trenerów z zagranicy, to na to bym przystał, bo przy nich można wyszkolić grupy młodych polskich trenerów. Ale tak nie jest, bo nie stać nas na topowych szkoleniowców. W męskiej siatkówce mieliśmy szczęście. Mieliśmy pod rząd trzech trenerów z aktualnie najlepszych szkół: argentyńskiej (Raul Lozano i Daniel Castellani - przyp. ), włoskiej (Andrea Anastasi) oraz francuskiej (Stephane Antiga).

O tym, że chce się Pan dzielić wiedzą wspomina m.in. w nowej autobiografii „Andrzej Niemczyk. Życiowy tie-break”. To książka taka jak Pan, czyli szczera do bólu. Łatwo się tak odkrywać?
Nie. Jeżeli człowiek nie chce się uzewnętrzniać, to nie powinien się brać za pisanie autobiografii. Nie ma przeproś, szczególnie wobec siebie samego. Trzeba powiedzieć o tym, co było złe, a dobrymi się pochwalić. Każdy powinien napisać swoją autobiografię, niekoniecznie ją wydając. Pokazać najbliższym, nawet po śmierci. Moim ulubionym zdaniem jest to, że „życie to impreza, z której nikt nie wychodzi żywy”. I kiedyś trzeba napisać testament.

Łatwiej swoje myśli przelać na papier czy powiedzieć komuś wprost?
Miałem to szczęście, że mogłem tylko mówić i korygować to, co pisał redaktor Marek Bobakowski. Ma wspaniałe pióro. On mi zaproponował tę książkę i przekonał. A chyba dziesięciu czy dwunastu wcześniej odmówiłem pisania biografii. Podawałem mu fakty w danym roku. Nie wszystko oczywiście, bo po 71 latach to by wyszły ze trzy tomy. Dostawałem od niego fragmenty do sprawdzenia i byłem zaskoczony, jak fajnie to opisał. Tak też czyta się tę książkę. I kiedy dostałem już całość, to nie mogłem się oderwać od czytania. Zapominałem, że palę papierosy, że winko stało na stole. Tak wciągała mnie książka.

Bez dwóch zdań ceni Pan sobie towarzystwo kobiet, z wzajemnością. Jak to jest z Pana wszystkimi życiowymi miłościami?
Zachowaliśmy się elegancko. Próbowaliśmy dotrzeć do wszystkich pań, ale to się nie udało. Pytaliśmy, czy mają ochotę się znaleźć w książce, bo to przecież intymne sprawy. Wyszliśmy z założenia, że te, które ochoty nie miały, nie zostały uwzględnione. One są wdzięczne mnie, a ja im. Nie miałem nigdy kontaktów z paniami lekkich obyczajów, bo zawsze to były szacowne, przyjemne kobiety. Szanuję je do dziś i nie chciałbym, aby któraś miała przez tę biografię, pretensje do mnie.

Muszę zapytać też o Pana nałogi. To przecież dydaktyczne nie jest.
Powiem panu, że alkohol nie jest nałogiem. Jest stylem życia. U mnie nigdy nie był i nie jest nałogiem, mimo że bardzo lubię whisky. Dzisiaj mogę sobie pozwolić tylko na lżejszy alkohol, bo wątróbka nie wytrzymała chemii (Niemczyk 10 lat temu uporał się z chorobą nowotworową - przyp. aut.). Whisky wstrzymywała, ale whisky i chemii już nie. Bardzo często nie mogłem zasnąć na zgrupowaniach. Codziennie wieczorem wałkowały się w głowie z tym, co można było zrobić. Zawsze byłem bardzo krytyczny wobec siebie. Robiłem monitoring własnych treningów, żeby je później analizować. Jeżeli coś takiego lata po głowie, to nie ma szans na zaśnięcie. A ja wieczorami, z kolegami ze sztabu, siadałem przed telewizorem, wypijałem dwie whisky na lodzie, spaliłem kilka papierosów i wtedy mogłem iść spać. Kiedyś bardzo znany zawodnik Zbyszek Zarzycki, w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”, walną po bandzie tak, że powiedziałem mu później, że zrobił ze mnie największego alkoholika. To było w momencie, kiedy związek chciał się ze mną rozstać. Redaktor zapytał Zbyszka, czy ja naprawdę tak dużo piję, a on odpowiedział po bandzie: „Proszę państwa, wy nie zużyliście nigdy tyle wody do mycia, ile on wypił whisky. Ale ja go nigdy pijanego nie widziałem”. I to jest cała prawda. Kiedy ze sztabem robiliśmy „świetlicę”, czyli podsumowanie tygodnia, to masażysta przynosił lód, a reszta chłopców to, co lubiła pić. Ja miałem mojego whiskacza. I kiedy ja cedziłem pierwszą szklaneczkę, to oni wypijali już po 3-4 kolejki wódki. Po dwóch-trzech godzinach szli więc spać podchmieleni, a ja byłem trzeźwy. Poszedł mit, że Niemczyka nie można upić.

Czyli przerysowano Pana mocno...
Mój młodszy o trzy lata brat wpadł w nałóg i nie można go było z tego wyciągnąć. Nie zmarł zresztą od alkoholu. Alkoholizm jest wtedy, kiedy ktoś nie może bez alkoholu żyć. To choroba. Jeżeli ja mówię sobie dzisiaj, a robiłem to często, że przez rok nie palę i nie piję, żeby dać organizmowi odpocząć, to czy to jest nałóg? Trzeba mieć wypić z kim i kiedy. Trenerska praca była moją pasją, ale przy tak dużym zaangażowaniu potrzebowałem „oddechów”. Niektóre zawodniczki nie wiedziały, dlaczego mnie nie ma całymi dniami na treningów. A ja, mówiąc o tym drugiemu trenerowi, jechałem do sąsiedniej miejscowości pojeździć na rowerze czy na koniach, po prostu się zrelaksować. Wracałem następnie na zgrupowanie i byłem innym człowiekiem. W tej pracy jednym z wentyli jest również alkohol. Niektórzy źle z tym kończą. Ale jak widać mnie to nie zaszkodziło (śmiech).

Zauważa Pan, że nowe pokolenia trenerów i zawodników lepiej radzą sobie z presją?
Z presją może i tak. Gorsze jest jednak coś innego. Zawodniczki i trenerzy są niedoszkoleni. Tutaj nie robimy nic - źle lub za mało. Nie ma fajnej szkoły trenerskiej, w której produkowalibyśmy fachowców przekazujących wiedzę młodzieży siatkarskiej. Tutaj są też związkowe problemy. Pan Waldemar Wspaniały, który w życiu nie wychował żadnego człowieka, który mnie skończył w związku, który nigdy z reprezentacją nie osiągnął żadnego specjalnego wyniku, jest szefem Siatkarskich Ośrodków Szkolnych. Czy może pan to zrozumieć? Jak można takiemu człowiekowi dać odpowiedzialność za szkolenie? Nie dobierze sobie lepszych ludzi, tylko słabszych. Kiedyś, obok Czechów, byliśmy nacją najlepiej wyszkoloną technicznie. Dzisiaj odbiegamy daleko. Włochów, Francuzów, Belgów myśmy uczyli grać w siatkówkę. Związek tego nie widzi? To oni są decyzyjni.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie