Żyje dla pomagania. Bierze od bogatych, daje to biednym

Robert Gębuś
arch. prywatne
Ireneusz Borkowski ze Słupska zadebiutował tomikiem poezji „Szukam, czego nie zgubiłem”. Pomaga ludziom, organizuje charytatywne akcje i na papier przelewa swoje przemyślenia

Nie buja w obłokach, jak miewają w zwyczaju poeci, nie buduje skomplikowanych światów, dostępnych garstce intelektualistów. Nie kreuje się na literata, takiego, co nawet w lipcu chodzi owinięty w stylowy szal, żeby wyróżnić się na tle przyziemnej rzeczywistości. Irek Borkowski codziennie jej doświadcza i naprawia. Przewozi to, czego nie chcą już bogaci, tam, gdzie potrzebują tego biedni. Czasem remontuje ich mieszkania i ich za to nie „kasuje”. A jak go najdzie, to nocami pisze wiersze. Właśnie wydał pierwszy tomik poezji „Szukam, czego nie zgubiłem”. Przejmujący i szczery aż do bólu, jak świat, który obserwuje. Już doceniony przez coraz szersze grono słupszczan, którzy poezję cenią, krytyków i ludzi pióra. Dostrzegła go nauczycielka Mirosława Skalna, pomogła Jolanta Nitkowska-Węglarz, pisarka. Bo Irek pisze to, co widzi i czuje. Nie poznał tego z książek, bo w życiu przeczytał tylko „Janka Muzykanta”. Pokazuje, że można pisać poezję, nie czytając, a studiując życie, wsłuchując się w ludzi. Ku zdziwieniu niejednego artysty i literata, owiniętego w zwiewny szal.

Szuka, czego nie zgubił

Codziennie wsiada do samochodu i objeżdża różne domy. Wywozi z nich krzesła, kanapy, szafki, kuchenki, piecyki, ciuchy, telewizory, lodówki czy pralki, które już się właścicielom znudziły. W momencie, gdy ładuje to wszystko na pakę auta, graty przestają być gratami. Dostają nowe życie. Ze świata ludzi, którym zbywa, za jego pośrednictwem trafiają do świata wiecznego niedoboru.

Irek to szczupły, szpakowaty mężczyzna koło pięćdziesiątki. Człowiek pracy, nie gadania. Prowadził firmę studniarską, zajmuje się recyklingiem, remontuje. - Nie boję się żadnej pracy - powie.

Spotykamy się w nietypowym miejscu. Klub Teatru „Władca Lalek” w Domu Studenta przy Akademii Pomorskiej w Słupsku. Raz w miesiącu organizowane są tu wieczorki poetyckie. Każdy może wyjść na scenę i zaprezentować swoją wygrzebaną z szuflady twórczość bez skrępowania i nadętej krytyki, napić się wina, posłuchać ambitnej muzyki, podyskutować...

Irek swoich wierszy wygrzebywać z szuflady już nie musi. Zostały wydane, są coraz szerzej czytane. Ma za sobą promocję w bibliotece i muzeum z godną oprawą, grono czytelników.

- To moje pisanie jest połączone z tym, co robię na co dzień. Zajmuję się wywożeniem rzeczy niepotrzebnych. Nie magazynuję ich, a staram się je przekazywać - tłumaczy Irek Borkowski. - Zaczęło się od tego, że ludzie potrzebowali ode mnie przewiezienia rzeczy z miejsca na miejsce. Z dużego domu na małe mieszkanko. Chcieli pozbyć się tego, co im się nie mieściło. Byłem zafascynowany tymi rzeczami. Były piękne - stylowe meble, krzesła, stoły... zacząłem to przyjmować, a tego robiło się coraz więcej... Uważam, że niczego nie można zmarnować.

To, co może, naprawia, chociaż z reguły trafiają do Irka rzeczy zużyte, ale nie zepsute.

- Czasem trzeba wymienić drobną rzecz, czasem dokręcić śrubki, a czasem po prostu włączyć i używać - mówi. - Widzę świat ludzi bogatych, domy niczym pałace, telewizory wymieniane, gdy tylko pojawi się nowy model. Właściciel pozbywa się tego. Zdarza się, że mąż umiera, majętna kobieta wyprowadza się do Warszawy, oddaje wszystko jak leci. Dla mnie to logiczne, że powinno to trafić do tych, którzy nie mają. Jadę do ubogiej rodziny. Gnieżdżą się w zrujnowanej klitce, trójka dzieciaków płacze. Bieda w każdym kącie, do garnka nie ma co włożyć. Dla nich te rzeczy to manna z nieba. Codziennie widzę, jak los nierówno obdziela ludzi... A z czego sam żyję? Z recyklingu, surowców wtórnych, makulatury, sprzedawanego złomu. Da się wyżyć. Lubię być w ruchu, coś robić... - kończy.

U progu kościoła bram, usiadł człowiek mizerny, z widzenia chyba go znam
...pisze Irek w wierszu „Biedny i bogaty”. Zna niejednego biedaka i wielu bogatych. Współpracuje z opieką społeczną. Zorganizował piknik charytatywny, gdzie zbierano pieniądze na remont mieszkania ubogiej, wielodzietnej rodziny. Innym razem jedna z firm postanowiła pozbyć się używanych butów. Były tego dwie tony. Zamiast jechać na wysypisko, skontaktowali się z Irkiem. On te buty zabrał i przewiózł.

Więcej przeczytasz w weekendowym (12.13.12.2015r.) papierowym wydaniu "Dziennik Bałtycki" albo kupując e-wydanie gazety.

Wideo

Komentarze 5

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

h
https://zrzutka.pl/xg3zee

https://zrzutka.pl/xg3zee

j
jozef Bak z Pultuska

Janosik- zabierze piec zlotych a da grosik. Juz ci zlodzieje- wyzyskiwacze Z Nowego Portu byly bardziej laskawimi zlodziejami. A nawet Przekurwa Henia Tramwajara pasozytujaca na dzieciach.

O
Ograbiony Proboszcz

E tam... Najlepszy jest Głódź. Bierze od wszystkich, nikomu nie daje...

B
Bak- Jozef Bak z Pultuska.

Najlepiej zarabia sie na dobroczynnosci i czyms zwanym drzewiej jalmuznictwem (jest nawet taka ulica w Gdansku) Przeor z zacnego klasztoru Bernardynow na Monte Cassino (te od makow) przekrecil z datkow dla ubogich milion euro a moze pol miliona, kto by tam liczyl te pieniazki. Oczywiscie dzentelmeni w sukienkach o mamonie tez nie rozmawiaja. Oni ja maja. O watykanskich krezusach nawet nie wspomne, bo blogoslawiony za zycia arcykundel Petz z zaglebia pedalow Poznania tez ma watykanski apartamencik za poltora miliona eurosiow. A w Gdansku to prosta jak slup tramwajara- lamistrajk na bolkowaniu na SB to sobie domow nie pobudowala prowadzac prywaciarski dom dziecka? Byli tacy panstwo z Nowego Portu. Zbudowali sobie palac za pieniadze naiwnych ludzi. Pozniej dali sobie spokoj gdyz sie urzadzili. Ta cala dobroczynnosc bodaj biedakom bokiem nie wyszla. Jest jak rozdawanie przez farmazonow dlugopisow na ulicy Dlugiej. Masz za darmo pisadlo ale zaraz zadaja haraczu za dziesieciokrotna wartosc badziewia. Cwaniakow i hochsztaplerow tyle sie naogladalem, ze "laskawcy" powoduja odruch wymiotny i "cala wstecz"

g
gość

Szkoda że w naszym kraju takich ludzi nie ma więcej bo byłoby mniej biedy. Niestety ogromna część społeczeństwa to pisowska, prymitywna zgraja, którą będziemy regularnie oglądać na miesięcznicach.

Dodaj ogłoszenie