Żeby nie zramoleć

Irena Łaszyn
Rok 2008. Impreza karnawałowa
Rok 2008. Impreza karnawałowa Archiwum prywatne
Tańczyli czardasza i twista, pędzili bimber, robili kulki z ryżu, balowali. O miłosnym karnawale, porwaniach i przyjaźni, która przetrwała pół wieku, pisze Irena Łaszyn.

Renia ma najlepsze nogi, Danka z marszu zrobi szpagat, Ala z Kaśką piszą wiersze, Jasiek zawsze gdzieś pędzi, Irena kocha fitness, a druga Danka - argentyńskie tango. Mówią o sobie: Pokolenie 60+, mają apetyt na życie i nie znoszą malkontentów.

Malują, rzeźbią, ćwiczą, trenują. Niektórzy mówią, że są młodsi od własnych dzieci. Mają więcej luzu i radości życia, więcej energii i czasu na rzeczy, za które nikt nie płaci. Tworzą zgraną grupę. Jedni dochodzą, inni odchodzą, a ci co są - dalej tańczą. Polkę i czardasza, twista i rock and rolla, tango i salsę. W walentynki i imieniny, w karnawale i bez okazji. W parze, solo i w kółeczku. Z przytupem, szpagatem, miłością. Z klasą.

- Nie ma tańca, z którym nie damy sobie rady - zapewniają. - Przecież nasz karnawał trwa od kilkudziesięciu lat. Ostatnio ćwiczyliśmy cha-chę. I kankana.
***
Poznali się w zespole pieśni i tańca Zakładowego Domu Kultury Stoczni Gdańskiej, która dopiero w roku 1967 zyskała imię Włodzimierza Iljicza Lenina. Oni byli w niej zdecydowanie wcześniej, mniejsza o szczegóły, wcześniej i - już.

Z tego grona to najpierw przyszła do stoczni Kaśka Żemojtel, która zaczęła karierę w laboratorium, a potem trafiła na K2 i K5, robiła różne rzeczy, ale najczęściej to tańczyła. Jak wszyscy: mazurka, kujawiaka, oberka, krakowiaka, poloneza. W Gdańsku, Wrocławiu i Warszawie. O, na przykład na Stadionie Dziesięciolecia, podczas Centralnych Dożynek, razem z zespołem, w towarzystwie 1000 innych osób. Zakład tancerzy hołubił, posyłał do Budapesztu i Berlina. Dawał urlop, by mogli trenować.

Kaśka miała talię jak osa, robiła szpagaty, zachwycała chłopaków i resztę widowni.
- Ale to w Dance zakochał się Rysiek Chojnacki, etatowy podrywacz i nasz społeczny instruktor - ktoś podpowiada.

Danka była wiotka, śliczna i cycata, śpiewała cygańskie romanse, grała na gitarze i mieszkała w Tomaszowie Mazowieckim. Rysiek wypatrzył ją w Lądku Zdroju, w roku 1962, gdy pojechał z zespołem na występy i wczasy. On miał 34 lata, ona - 21. On nosił kraciastą marynarkę i koszulę z kołnierzem á la Słowacki.

Ona miała cielistą bluzkę z głębokim dekoltem, ozdobioną czarną wąską muszką, a pod bluzką bardotkę, taki wykrojony biustonosz na fiszbinach, który uwydatniał to, czym natura i tak hojnie ją obdarzyła. Nic dziwnego, że facet oszalał. Na wieczorku zapoznawczym zatańczył z nią twista raz i drugi, a potem porwał.

- Na koniec turnusu, gdy trzeba było się rozjechać w różne strony świata, on nie pozwolił mi wrócić do domu, tylko oświadczył, na rozstaju dróg, że zostanę jego żoną, a następnie zabrał do Katowic, do swoich sióstr - wspomina Danuta Chojnacka. - One mnie zmusiły, żebym napisała list do swego ówczesnego chłopaka, który mieszkał w Łodzi i już nastawił wino na wesele, że to koniec. W nagrodę dały mi kołnierz z rudego lisa i błam z barana.

Tamten narzeczony był komendantem straży przemysłowej, miał broń i w liście zagroził, że Ryśka zastrzeli. Wydzwaniała więc do stoczni, by ukochanego ostrzec, ale on się nie wystraszył.
- Był zdecydowany jak nigdy - potwierdza Alicja Grześkowiak, z której mężem Mietkiem, konferansjerem w zespole, Rysiek się przyjaźnił i mieszkał we wspólnym pokoju w hotelu robotniczym przy ul. Tuwima. - Już w Lądku zapowiedział, że z Danusią się ożeni.

Pobrali się więc i potem tańczyli razem. W tym stoczniowym zespole, na zabawach i w życiu. A gdy im się urodziły bliźniaki, zespół złożył się na wózek.
- Tańczyłam na scenie jeszcze w szóstym miesiącu - wspomina Chojnacka. - Podobnie jak Renia i Ala. Byłyśmy nie do zdarcia.
Ryszarda Chojnackiego już nie ma. Umarł w roku 1999. On był chyba pierwszy.
Dawny zespół przyszedł go pożegnać.
- Rok po pogrzebie zorganizowaliśmy imprezę - opowiada Katarzyna Żemojtel. - Odnowiliśmy kontakty. Bo przedtem to my spotykaliśmy się sporadycznie. Zespół rozwiązał się jeszcze w latach 70.

- Balowaliśmy w mniejszych grupach - precyzuje Renia, z domu Glinkowska. - W moim domu zawsze były tańce. Najpierw szaleli rodzice, potem my z Jaśkiem.

Renia pokazuje zdjęcia. Oto Halina i Bronisław Glinkowscy, Bal Prasy w Grand Hotelu, lata 50. Mama, tradycyjnie, z koroną na głowie. Bo ona ciągle wygrywała jakieś konkursy, zostawała królową albo miss. Sunęła po parkiecie z wdziękiem i gracją. Następnym pokoleniom przekazała dobre geny. Dziś jej prawnuczka tańczy w Teatrze Wielkim w Łodzi, jest solistką.

- A ja tańczę z Jaśkiem - uśmiecha się Renia. - W karnawale i na sylwestra, nieprzerwanie od czterdziestu paru lat. Wszędzie, gdzie gra orkiestra.

Renia z Jaśkiem poznali się w zespole, podobnie jak kilkanaście innych par. Ona była długonogą dzierlatką, on - sympatycznym inżynierem, o dziesięć lat starszym.

- Ślub braliśmy w 1965, w karnawale - wspominają. - O północy zespół stawił się z gratulacjami. Najwyraźniej, prosto z balu przebierańców, bo koleżanki i kolegów trudno było wśród tych cudaków rozpoznać. A kazali zgadywać, kto jest kto.
***
Potem były lata chude i tłuste, na przemian. Chowali dzieci, dorabiali się, urządzali mieszkania, imieniny, urodziny, andrzejki i śledziki.
- Pamiętacie kulki z preparowanego ryżu? - dopytuje się Renia. - Taki specjał, z dodatkiem margaryny i kakao?
- A fałszywą chałwę na bazie "ceresu", mleka w proszku i herbatników?
- A bimbrownię u Ryśka?
Parskają śmiechem. Bo to było w czasach, gdy w sklepach królowały puste półki i nawet cukier (nie wspominając o trunkach) był na kartki. A Rysiek, jak to Rysiek, facet przedsiębiorczy, postanowił zorganizować własną wytwórnię. Zdobył aparaturę i mnóstwo cukru.
- Stał w takich sztaplach za kotarą - ktoś podpowiada.
Danuta Chojnacka twierdzi, że mąż robił wino ze zdobycznych winogron. A że było mało szlachetne, przerabiał je na… koniak. Do tych ryżowych kulek, jak znalazł. Ze śledzikiem w oleju i jajkiem w majonezie też się nieźle komponował.
Kiedy to było? W latach 70. i 80., zapewne. Tych kartkowych i kryzysowych.
- Wcześniej, to my tańczyliśmy boogie woogie, rock and rolla i twista, słuchaliśmy Kasi Sobczyk, biegaliśmy na koncerty Michaja Burano i żyliśmy miłością - wspominają.
***
Potem bawili się bardziej statecznie, w małżeńskich stadłach. Chodzili na zabawy do hali Stoczni Gdańskiej, tej, która spłonęła po tragicznym koncercie. Na fajfy do Steru. Na dancingi. W każdą sobotę!

- Na parkietach królowały walce, foxtroty, tanga - opowiada Alicja Grześkowiak. - Wszyscy mężczyźni znali podstawowe kroki i potrafili prowadzić. A gdy orkiestra zapowiadała czekoladowy lub kotylionowy walc, kupowali w bufecie mleczną tabliczkę i kotylion.

Tamtejsze fascynacje? Pod koniec lat 50. dziewczyny kochały się w Jerzym Połomskim, a chłopaki w Filipinkach, w latach 60. - dziewczyny nosiły krochmalone halki, wystające spod spódnicy i bielone pastą do zębów tenisówki, a wszyscy bez wyjątku zachwycali się Czesławem Niemenem i Czerwonymi Gitarami, w latach 70. - śpiewali szlagiery Maryli Rodowicz. I zabiegali o bilety na koncert goszczącego w Polsce Charles'a Aznavoura.

- W latach 80. my staliśmy w kolejkach, a na parkiet wyszły nasze dzieci - uśmiecha się Chojnacka.
Ola Chojnacka tańczyła okazjonalnie, Jarek Chojnacki - poświęcił się tańcowi bez reszty. Już w 1989 roku zdobył klasę S w tańcu towarzyskim i latynoamerykańskim, potem zajął się performance, a w roku 2002 - tangiem argentyńskim, zaczął prowadzić warsztaty.
- Zaprosiliśmy go na którąś z imprez - opowiadają. - Dał pokaz kunsztu i mnóstwo fachowych rad. Mieliśmy prywatną lekcję. Milongi zawsze nas fascynowały.

Drugi z bliźniaków Chojnackich, który jest muzykiem, jeszcze ich nie zaszczycił.
Katarzyna Żemojtel wspomina natomiast występ Aleksandry Kobielak, modelki i mistrzyni świata fitness. Podczas imienin.
- Nie chciałam banalnych prezentów, poprosiłam o coś, co nie jest rzeczą - mówi. - No to przyprowadzili mi Olę i ona dla mnie zatańczyła.

Ola to sławna córka Marii Ireny Kobielak, zwanej Ireną.
- Gdy trafiłam do zespołu, byłam już mężatką - opowiada. - Do małżeństwa Adam zmusił mnie podstępem. Ponieważ nie byłam nim zainteresowana, bo miałam innego narzeczonego, wywiózł mnie za miasto, nad jezioro, wynajął łódkę, na środku jeziora wyznał mi miłość i zapowiedział, że jestem mu przeznaczona. Na wodzie mnie nie przekonał, więc na brzegu zrzucił z siebie ubranie i zagroził, że jeśli nie zgodzę się za niego wyjść, to pojmie mnie za żonę natychmiast! Musiałam obiecać, że oddam mu rękę, by nie zabrał czego innego.

Słowa dotrzymała, wyszła za niego w roku 1957, zwłaszcza że Adam miał wiele atutów. A tamten porzucony narzeczony nie zdał przez nią egzaminów lekarskich i musiał powtarzać rok. Dziś jest pisarzem, ma rodzinę, ale każdą nową książkę właśnie jej dedykuje.
Adam Kobielak nie żyje, podobnie jak Chojnacki, Grześko-wiak, Żemojtel i paru innych.
Spotykają się kilka razy w roku. W prywatnych mieszkaniach, wynajętych salach, ośrodkach wypoczynkowych. Po to, żeby potańczyć, powyginać się, poszaleć. Renia, ta z nogami do szyi, przeważnie zakłada mini. Danuta Olobry, tradycyjnie, robi szpagat. Kaśka rządzi. Wszyscy świetnie się bawią.

- Nigdy się ze sobą nie nudzimy - podkreśla Katarzyna Żemojtel. - A naszym imprezom zawsze przyświeca jakieś hasło. Ostatnio wypisaliśmy słowa refrenu z piosenki Maryli Rodowicz: Ale to już było/ i nie wróci więcej/ I choć tyle się zdarzyło/ to do przodu wciąż wyrywa głupie serce…

Tłumaczą, że im w zasadzie chodzi o jedno: Żeby nie zramoleć. Bo najgorzej, gdy człowiek się rozsiądzie w fotelu, przyklei do pilota i zacznie oglądać seriale.

Ich dzieci też się bawią?
- Młodym brakuje luzu i radości życia - zauważają ostrożnie. - Tylko praca, kariera, pieniądze. Na nic nie mają czasu. Nawet na telefoniczne rozmowy. Pa, muszę pędzić, to ich hasło.
- My byliśmy bardziej zorganizowani - któraś dopowiada.
- Ale oni znają języki, jeżdżą za granicę, stać ich na narty w Austrii - inna odpiera zarzuty.

To wszystko prawda, zgodnie oświadczają. Młodzi są zdolni, aktywni, wykształceni. Tylko się bawić nie potrafią. Tak na maksa, bez zahamowań. I - poza wyjątkami - tańczyć z miłością.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Wróć na dziennikbaltycki.pl Dziennik Bałtycki
Dodaj ogłoszenie