reklama

Żeby nam było lepiej

RedakcjaZaktualizowano 
Iwona Majewska-Opiełka: Polakom brakuje przede wszystkim poczucia własnej wartości
Iwona Majewska-Opiełka: Polakom brakuje przede wszystkim poczucia własnej wartości Dawid Parus
O tym co nam przeszkadza w dążeniu do samodoskonalenia, dlaczego paniom jest łatwiej radykalnie odmienić swoje życie i czego mamy zazdrościć Amerykanom, mówi Iwona Majewska-Opiełka w rozmowie z Dariuszem Szreterem

Namawia Pani do samodoskonalenia. Czy Pani zdaniem, możliwa jest całkowita zmiana charakteru człowieka, czy też są jakieś bariery?
Istnieją naturalne ograniczenia, choćby dlatego że niektóre predyspozycje psychiczne są dziedziczone. Jeśli ktoś ma silniejszy temperament, jest bardziej wytrzymały, to jasna sprawa, że łatwiej mu będzie działać w różnych trudnych sytuacjach i ma większą szansę, żeby wypracowywać w sobie różnego rodzaju pożądane cechy. Genetyka ma tu więc pewien wpływ, choć moim zdaniem, nie aż tak wielki jak się zwykle wydaje. Po drugie, w grę wchodzą sprawy rozwojowe. Według niektórych psychologów, charakter dziecka kształtuje się do czwartego roku życia, a potem "zabawa jest już skończona" i wszelkie popełnione do tego momentu błędy bardzo trudno jest odrobić. Inni przesuwają tę granicę dalej, do 12 czy 14 roku życia. Nie ma granicy, niemniej faktem jest, że im człowiek starszy tym trudniej jest dokonać zmian w swoim charakterze. Choć z drugiej strony, ma już większą świadomość i odpowiedzialność za siebie. Kolejna bariera to miejsce, w którym się żyje. Nie przypadkiem zaczęłam zmieniać siebie, kiedy wyjechałam do Kanady. Tam mi było łatwiej, ten świat wymuszał na mnie zmiany. Zresztą uważam, że tak właśnie powinno funkcjonować społeczeństwo - w pewnym sensie wymuszać zmiany na obywatelach. Człowiek ma w sobie coś takiego, że jak nie musi, to "co się będzie wysilał". Bardzo często wpływ na rozwój ma też najbliższa osoba: mąż, żona. Jak pięknie sobie małżonkowie podcinają skrzydła...

Sądziłem, że powie Pani, że przeciwnie: miłość uskrzydla...

To też, ale pan pytał o ograniczenia. Tak powinno być, że partnerzy sobie dmuchają w te skrzydła, ale przeważnie wygląda to tak jak w tym dowcipie rozwojowym. Idą dwie gąsienice i pan gąsienica, patrząc na przelatującego motyla, mówi do żony: ty byś mi nigdy nie pozwoliła zostać kimś takim. Bardzo często tak jest, że mąż chciałby latać, a żona mówi: gdzie tam, my nie latamy, skub tutaj trawkę i ciesz się z tego. Albo odwrotnie - on tłamsi ją. Podobnie się zdarza w relacji rodzice - dzieci. Syn chce być artystą, a ojciec posyła go na zarządzanie i marketing.

Zdarza się, że doradza Pani rozwód?
Niestety, czasem rozstanie jest jedyną szansą na rozwój. Nigdy nie doradzam tego wprost, ale mówię, że tu barierą dla rozwoju jest zrozumienie tego drugiego człowieka. Poza tym pary w takiej sytuacji niekoniecznie muszą się rozchodzić. Czasem ważniejsze sprawą jest, żeby być z kimś, nawet za cenę braku rozwoju czy może rozwoju innego rodzaju. To jest kwestia wyboru. Jeśli dla kogoś rozwój jest ważniejszy, idzie za tym. Na takiej zasadzie i ja rozstałam się z mężem. Nie znalazłam zrozumienia dla swoich potrzeb.
Czy można komuś z góry powiedzieć: chłopie, daj sobie spokój z tymi ambicjami, to nie dla ciebie?
Ja bym nigdy tak nie powiedziała. Aczkolwiek bardzo chętnie rozmawiałabym o przeszkodach, jakie się mogą pojawić, i o kosztach. Czy ktoś jest gotów te koszty ponieść. Jeśli koszty jakichś działań są zbyt wielkie, także te emocjonalne, to wtedy działanie przestaje być skuteczne. Zresztą na ogół ludzie sami to widzą i się wycofują. Natomiast nigdy nie powiedziałabym definitywnie, że nie ma sensu. A co byłoby, gdyby bracia Wright uwierzyli swojemu ojcu? On im mówił: dajcie sobie spokój, przecież gdyby Pan Bóg chciał, żeby ludzie latali, dałby im skrzydła. Ale widać ojciec nie był wystarczającym autorytetem, chociaż był pastorem. I chłopcy bawili się dalej, dzięki czemu powstało lotnictwo. W swojej praktyce wielokrotnie się też stykałam z przypadkami, że badania wykazują, iż ktoś nie ma predyspozycji do wykonywania jakiegoś zawodu, a mimo wszystko sprawdza się w nim znakomicie. To są zbyt indywidualne sprawy, żeby komuś coś takiego mówić. Takie rzeczy może mówić kumpel, przyjaciel, ale nie ktoś, kto traktuje na serio swoją funkcję doradcy.

A co na ten temat mówi statystyka? Bo zmienić się na lepsze pewnie każdy by chciał, a udaje się to niewielu.
Z tą wolą zmian - bez przesady. Może i chciałby, ale pod warunkiem że przyszłaby, powiedzmy, Majewska-Opiełka z różdżką, zrobiła czary-mary i on już jest odmieniony tak, jak chce. A i to tylko do tego momentu który mu pasuje. To wcale nieprawda, że wszyscy ludzie chcą być lepsi. Tak im się tylko wydaje. Jest im dobrze z tym, co mają, i nie chcą wkładać specjalnego wysiłku, żeby stać się innym człowiekiem. Natomiast statystycznie wygląda to tak, że po szkoleniach na przykład pełną odpowiedzialność za swoje życie bierze i "idzie na całość", zmieniając kurs o 180 stopni, około 10 procent ludzi. Natomiast na przeciwległym biegunie lokuje się 8-10 procent tak zwanych rycerzy - od zakutego łba - choćby mówić nie wiadomo co, to i tak się do nich nie trafi. Oni wiedzą swoje. A reszta to ludzie, którzy są w stanie zdobyć się na częściowe zmiany. Stają się lepszymi matkami, żonami, wychodzą bardziej zorganizowani, lepiej się komunikują, pracują nad poczuciem własnej wartości.

Czy jest jakiś profil takiej osoby potrafiącej odmienić swoje życie o 180 stopni?
Być może ktoś zrobił taki profil, ale ja go nie znam. Na podstawie własnych obserwacji uważam, że podstawowym czynnikiem, absolutnie niezbędnym, jest otwartość. Łatwiej też osiągnąć to ludziom, którzy lubią się uczyć, mają motywację poznawczą.

No właśnie, jaki bodziec musi być dostarczony osobie dorosłej, ukształtowanej, żeby się chciała aż tak odmienić?
Anthony Robbins, jeden z takich trenerów, mówi, że ludzie się zmieniają albo z inspiracji, albo z desperacji. Czyli albo mają szczęście i przypadkiem (choć Chińczycy mówią, że nauczyciel przychodzi wtedy, kiedy uczeń jest gotowy, więc nie ma mowy o przypadku) trafiają na kogoś, kto ich zainspiruje, otworzy oczy na to, że można żyć inaczej. Albo są to osoby, które mają taki "dół", że muszą ze sobą coś zrobić. Czasami fantastycznie się rozwijają ludzie, którzy byli na przykład alkoholikami i trafili do AA albo są po różnego rodzaju psychoterapiach. Trafiają tam z powodu dna, z którego nie tylko udaje im się wydostać, ale potem idą jeszcze dużo wyżej.
Podobno kobiety mają lepsze predyspozycje do tego, by wziąć życie w swoje ręce?

Tak. Na moich otwartych wykładach i ćwiczeniach większość słuchaczy to kobiety. Książki z zakresu samodoskonalenia czytają także głównie panie. Wynika to, po pierwsze, trochę z desperacji, ponieważ kobiety mają mniejsze poczucie własnej wartości i gdzieś im tam w głowie dzwoni, że po to żeby sobie poradzić w tym świecie, muszą być lepsze od mężczyzn, i chcą się czegoś więcej dowiedzieć. Przez ruchy emancypacyjne i feministyczne kobiety stały się też bardziej świadome siebie. Tak sądzi Nathaniel Branden, specjalista od poczucia własnej wartości, i twierdzi, że mężczyźni powinni zrobić to samo. Kolejna przyczyna to fakt, że kobiety bardzo często przyjmują świat sercem, a motywacja pochodzi właśnie z serca. Dostrzegam to na moich wykładach. W oczach słuchających mnie kobiet widzę, że są "moje" i wiem, że wychodzą z energią i wiarą, że potrafią to zrobić. A facet siedzi, patrzy na mnie, kombinuje. Zaczyna się analiza, dzielenie włosa na czworo - to niemożliwe, tak nie ma, bo on zna taki przypadek, że nie wyszło... I po bajce. Mężczyźni wolą się uczyć, jak trzymać ręce, jak je podawać, patrzeć w oczy - socjoechnik. To wydaje się konkretem. Figa z makiem! Jeżeli się ma właściwy charakter, to to wszystko płynie z wnętrza i nie trzeba się tego uczyć. Dlatego do mężczyzn trzeba trafiać inaczej.

Większość tych podręczników do pracy nad sobą i prezentowanych tam technik powstała w USA. Czy jest jakaś specyfika polska, do której trzeba je dostosować?
Jest i dlatego uważam, że moje książki są lepsze niż amerykańskie, bo ja znam polską duszę, polski charakter, polskie potrzeby. U nas o wiele ważniejszą sprawą niż w USA jest poczucie własnej wartości. W polskich warunkach trzeba nad tym pracować, podczas gdy amerykańskie podręczniki często to w ogóle pomijają. Wynika to z tego, że to poczucie jest wśród Amerykanów na o wiele wyższym poziomie.

Polacy nie mają poczucia własnej wartości? To skąd nasza powszechna drażliwość na punkcie honoru?
Honor to coś innego. Na pełne poczucie własnej wartości, takie rzeczywiste, składa się kilka elementów. Przede wszystkim zasadza się ono na poczuciu godności i świadomości ważności. Mam prawo, żeby mnie szanowano - nikt mnie nie uderzy, nikt nie będzie na mnie krzyczał. A przez to ja też nikogo nie uderzę. Szanuję siebie, szanuję drugiego człowieka. Ważny jest także element asertywności, umiejętność stawania po swojej stronie, powiedzenia: "przykro mi, ale tego nie zrobię" w taki sposób, żeby drugiego człowieka nie zranić. Potrzebna jest spójność wewnętrzna, wierność sobie i swoim wartościom. Ważna jest także zakodowana we własnej podświadomości pozytywna opinia na swój temat.
My tego nie mamy. To co u nas uważa się za manifestację poczucia własnej wartości, tak naprawdę jest właśnie reakcją na jego brak: megalomania, pewnego rodzaju narcyzm, cwaniactwo, udawanie, wywyższanie się. Człowiek z poczuciem własnej wartości nie wywyższa się. Nie ma takiej potrzeby. A u nas? Jak się trochę poobserwuje choćby polityków, to widać, że często ich zachowania powodowane są osobistymi urazami. Człowiek, który ma silne poczucie własnej wartości, bardzo rzadko ma tego typu problemy. Ale to też jest widoczne na innych płaszczyznach, takich jak narodowa megalomania. Musimy się chwalić Kopernikiem, bronić jego polskości. Podobnie jest z Marią Skłodowską czy Szopenem. A przecież my jesteśmy i bez tych figur wartościowi. Albo historia - powtarzanie, co to myśmy nie zrobili, jakiej roli żeśmy nie odegrali. A tam, gdzie mamy się czym chwalić - nikt o tym nie mówi.

Na przykład?

Na przykład edukacja, która była w Polsce znakomita, a teraz nie wiadomo, dlaczego wpatrujemy się w Zachód i chcemy ją poprawiać według tamtych wzorów. A cóż tam takiego wspaniałego jest na tym Zachodzie? Zamiast spojrzeć na Konarskiego...

Trochę Pani przesadza. Nie ma porównania między naszymi uniwersytetami a powiedzmy Harvardem.
Chodzi mi raczej o edukację dzieci. A to, że uniwersytety liczą się na świecie, nie zależy tylko od tego, jaki mają poziom. Taki Harvard i Yale zbudowały renomę nie na po-ziomie, bo wiele jest pod tym względem uczelni porównywalnych. Ich atrakcyjność polega na tym, że tam studiuje elita, więc wszyscy chcą się tam dostać, bo wiedzą, że jak skończą ten uniwersytet, to będą mieli kolegów wszędzie tam, gdzie trzeba. Natomiast niski poziom polskich uniwersytetów też wiąże się po części z brakiem poczucia własnej wartości. Wielu profesorów z lęku okopuje się na swoich pozycjach i nie daj Boże z nim dyskutować, podważać ich opinię. Nie wspierają doktorantów, nie przyjmują żadnych sugestii od młodszych pracowników naukowych i studentów, choć ci mogliby może wnieść coś lepszego.

Czego jeszcze nam brakuje poza poczuciem wartości?
Pozytywnego myślenia. Jesteśmy skłonni do negatywizmu, narzekania. Dla mnie doskonałą ilustrację tego zjawiska przynosi serial "Ranczo". Jest tam postać Amerykanki Lucy i ona punktuje Polaków właśnie tak jak trzeba: "bo wy, Polacy zawsze od razu mówicie, że to się nie da". To jest właśnie nasze polskie, musimy od razu zaczynać od wyliczenia wszystkich problemów, przypominania, że ktoś już tak próbował i się nie udało. Tego nam brak i tamtego. A nie powiemy, co już mamy, nie pomyślmy, co zrobić, żeby to jednak wyszło. Wszędzie słychać narzekanie, choć przecież kraj zmienia się na lepsze i są powody do radości. Ciągle słyszę narzekania na remonty dróg. Przecież z tym wszędzie są kłopoty. Mieszkałam w Kanadzie i tam funkcjonuje taki żart: są dwie pory roku - zima i roboty na drogach. Wiadomo, że jak zima się skończyła, to trzeba zreperować drogi.
A u nas zawsze to dziwi i irytuje. Do tego dochodzi ta polska niecierpliwość. W Stanach czy Kanadzie większość skrzyżowań jest równorzędnych, ze znakami "stop" ze wszystkich czterech stron. Kto pierwszy przyjechał, ten pierwszy jedzie. Pan to sobie wyobraża u nas? Kierowcy pozabijaliby się. Polakom brak też dystansu, proaktywności, kontrolowania swoich emocji "na wejściu" i skupiania się na tym, na co mamy wpływ. Spalamy się tam, gdzie nic nie można poradzić, a tam, gdzie można... odpuszczamy. Na przykład wybory. Frekwencja jest kiepska, ale potem wszyscy narzekają, kogo to znowu wybrali.

Rozumiem, że ma Pani pomysł, jak oduczyć Polaków tego wszystkiego?
Oczywiście. Trzeba zmieniać świadomość, a potem nawyki. Prowadzę na ten temat zajęcia, piszę książki, mówię o tym w każdym momencie: w windzie, w sklepie, w pociągu...

Wychowuje Pani sąsiadów i współpasażerów?
Jeśli widzę, że coś mogę zrobić, że nie mogę zostawić, puścić płazem pewnych tekstów, to się do tego wtrącam. Nie robię tego z myślą, żeby wychowywać, ale z myślą, żeby im zmienić spojrzenie, tak, żeby im było łatwiej.

Bywa, że w odpowiedzi spotyka się Pani z agresją?
Aż z agresją to nie. Może dlatego, że robię to z miłością, a nie po to, żeby komuś dołożyć. Robię to po to, żeby wszystkim było lepiej, a przede wszystkim jemu, temu, co się tak handryczy. Przecież nie jest mu dobrze, życie traci. Tyle piękna dookoła, a on się koncentruje na tym, co złe. Przez to się potem krócej żyje, ma więcej chorób, problemów. Wychodzę z takiego punktu widzenia.

To jest właśnie to działanie proaktywne, to co robiła Lucy w "Ranczo". Próbowała zmieniać sąsiadów. Jest taka piękna modlitwa: "Boże, daj mi cierpliwość, bym pogodził się z tym, czego zmienić nie jestem w stanie. Daj mi siłę, bym zmieniał to, co zmienić mogę. I daj mi mądrość, bym odróżnił jedno od drugiego". Daj mądrość - żeby wiadomo było, na czym się koncentrować w życiu. Moim zdaniem, Polacy tracą za dużo energii na rzeczy, na które nie mają wpływu. I potem nie starcza jej już na to, by zająć się tym, na co ma się największy - doskonaleniem siebie.

CV

Iwona Majewska-Opiełka - trener liderów, mówca motywacyjny, psycholog doradca rozwoju osobowości, założycielka Akademii Skutecznego Działania. Studiowała psychologię na Uniwersytecie Warszawskim oraz filozofię sukcesu, psychologię osiągnięć, zarządzanie i kierowanie ludźmi na University of Toronto. Przetłumaczyła amerykański bestseller Stephena R. Coveya "Siedem nawyków skutecznego działania" i napisała 11 własnych książek z dziedziny samodoskonalenia.

Flesz - nowi marszałkowie Sejmu i Senatu, sukces opozycji

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie