Zdzisław Hamerski, kierowca koszykarzy Asseco Arki Gdynia: Człowiek trochę życia w autokarze spędza i widzi, jak ci ludzie przeżywają sport

Rafał Rusiecki
Rafał Rusiecki
Zdzislaw Hamerski, kierowca koszykarzy Asseco Arki Gdynia i Trefla Sopot oraz jego autokary Przemysław Świderski
Rozmowa ze Zdzisławem Hamerskim, kierowcą, który jeździ z koszykarzami Asseco Arki Gdynia i Trefla Sopot, a przed laty woził także siatkarzy Trefla Gdańsk i siatkarki Atomu Trefla Sopot.

Jak zaczęła się pana przygoda z zawodowym prowadzeniem autobusów?
Zacząłem jeździć 31 lat temu w firmie Hartwig autobusem z delegacjami, z pracownikami. To był nowy mercedes, więc fajnie, że od razu miałem kontakt z nowym sprzętem. Zasmakowałem tego życia autobusowego i pracowałem później w niemieckiej firmie Makturizm. Jeździłem tam jako kierowca liniowy do Niemiec i Francji i regularną linią woziliśmy pasażerów. Po trzech-czterech kolejnych lata zasmakowało jeszcze lepiej i postanowiłem iść na swoje. Zacząłem w 1996 roku działalność prywatną i na samym początku spotkałem się z III-ligowym Treflem Sopot. To były początki, więc to były czasy Armii Krajowej i prekursora świętej pamięci Wojciecha Pertkiewicza. Zaczęliśmy z Treflem, a później pięliśmy się. Był Prokom Trefl, a potem nastąpiło rozłączenie.

Wybrał pan któryś klub?
Nie mieliśmy jednego autokaru, ale dwa-trzy. Pracowaliśmy więc i z Treflem Sopot i Asseco Prokomem Gdynia. Łączyliśmy dwie drużyny, woziliśmy je. Może nie były to po rozłamie wrogie sobie kluby, ale na pewno przeciwstawne. Potrafiliśmy to połączyć. Jeździliśmy z jednymi i drugimi i byliśmy zawsze dobrze odbierani. Nigdy z naszego autobusu nie wychodziły rzeczy, które były w danej drużynie. Przez te lata wypracowaliśmy sobie zaufanie. Mamy oczywiście swoje sympatie. Ja na przykład lubię Asseco, a mój kierowca, który jeździ drugim autokarem, częściej jest z Treflem. Podzieliliśmy się, ale każdy każdego szanuje.

A jak to jest w derbach Trójmiasta?
Wtedy mamy najgorzej. W tych klubach czujemy się jak rodziny, więc zawsze obiecujemy swoim kierownikom drużyn i chłopakom, że będziemy siedzieć na środku boiska. Jedna noga po jednej stronie, a druga po drugiej.

Do historii rozłamu przed sezonem 2009/2010 kibice z Trójmiasta wracają wspomnieniami często. Raczej nie było to coś, co przysłużyło się koszykówce w regionie. Pan tamtą sytuację mocno przeżył?
W pewnym momencie zrobiło się tak, że trzeba się było określić. Starałem się to zrobić bezboleśnie. Kierownictwu drużyny z Gdyni musiałem wytłumaczyć, że jestem firmą transportową, która wykonuje zlecenia i chciałbym jeździć także z nimi. Dla mnie to były pieniądze i zarobek, a w efekcie utrzymanie rodziny. Ten podział nie przeszedł przecież w przyjacielskiej atmosferze. Jakieś pozasportowe elementy tam wychodziły. Starałem się to załagodzić i do dzisiaj szanują mnie w jednej i drugiej drużynie. Na pokładzie naszych autokarów staramy się wprowadzić taką atmosferę, aby zawodnicy i trenerzy czuli się jak w domu, a poprzez naszą obecność czuli bezpieczeństwo. Zresztą, trzeba odpukać w niemalowane, przez te 25 lat nie mieliśmy ani spóźnienia na mecz, ani awarii, ani – nie daj Boże – wypadku czy stłuczki. A przejechaliśmy z tymi drużynami setki tysięcy kilometrów.

To były czasy, kiedy wybrzeżowa koszykówka była też znana szeroko w Europie.
Dodatkowo, przy Prokomie i przy Treflu obsługiwaliśmy także drużyny zagraniczne. Na rozkładzie mamy od Realu Madryt, przez Panathinaikos, Olympiakos Pireus, Maccabi Tel Awiw, aż po wszystkie sławy. Odbieraliśmy te drużyny i ich koszykarzy z lotniska. Serce było czasami rozdarte, bo woziliśmy naszych sportowych wrogów. Przyjeżdżali jako goście, więc też musieliśmy wkładać w to serce, aby ich dobrze obsłużyć.

Któraś z tych drużyn została w pamięci na długo?
Najbardziej spektakularne były przyjazdy drużyn izraelskich - Maccabi Tel Awiw, czy Maccabi Jerozolima. To zawsze było owiane taką tajemnicą. Towarzyszyła temu spektakularna obsługa, bo jeździliśmy w asyście policji naszej i izraelskich służb. Nasze autokary były zawsze sprawdzane, plombowane bagażniki. To wszystko wydłużało obsługę, bo musieliśmy się stawić na miejscu na przykład godzinę szybciej. Podstawienia i podjazdy pod halę zawsze były niepewne, ponieważ nie znaliśmy godziny. To się odbywało tak, że dostawaliśmy telefon 10 minut przed wyjazdem z innego numeru niż poprzedni. To było dosyć widowiskowe.

Na dłuższą metę raczej taka praca byłaby męcząca, prawda?
Zgadza się. Musieliśmy pilnować autokar. Dostawaliśmy pytania, czy sami go naprawiamy, gdzie go stawiamy, czy wszystko jest OK. Sprawdzani też byliśmy jako ludzie, czy możemy wieźć drużynę izraelską. Dla przykładu, kiedy podjeżdżaliśmy pod hotel Haffner, to ulica na całej długości potrafiła być zamknięta. Z tej racji były to bardzo ciekawe rzeczy.

Ale chyba nie tylko ci koszykarze zapadali w pamięć?
U mnie w autokarze jeździły takie sławy, jak Pau Gasol, Robertas Javtokas, Linas Kleiza, Will Solomon i dalej można wymieniać nazwiska z pierwszych stron gazet. Mogę się pochwalić doborowym towarzystwem.

Czy z racji tego, że zawodowe życie na początku związał pan z koszykówką, to właśnie koszykówka jest u pana numerem jeden?
Na pewno, ponieważ żyjemy wynikami tych drużyn. Czy to są zwycięstwa, czy porażki. To życie nie toczy się obok nas. Jeździliśmy jeszcze z innymi drużynami, które były w Treflu u pana Kazimierza Wierzbickiego. Prawie dziesięć lat jeździliśmy z siatkarzami Trefla Gdańsk. Od samego początku jeździliśmy też z atomówkami (Atom Trefl Sopot – przyp.). A wiąże się z tym jazda po całej Polsce, medale, czy obsługa drużyn przyjezdnych. Do Trójmiasta przylatywały przecież VakifBank Stambuł, Azzerail Baku, a to była najwyższa, światowa półka. Wtedy były więc topowe siatkówka i koszykówka. Teraz zostaliśmy troszeczkę przy koszykówce z racji tego, że nie ma już atomówek i nie wozimy już siatkarzy gdańskiego Trefla. Jesteśmy jednak wynajmowani także na mecze piłkarskie, kiedy na przykład Arka grała spotkania pucharowe. Mamy doświadczenie w wożeniu grup sportowych, robimy to dobrze i zawsze, że tak powiem, jesteśmy w pierwszej linii.

Ta sportowa przeszłość koszykówki i siatkówki na Pomorzu to z pewnością poziom międzynarodowy. Które momenty w tej pracy były dla pana najsympatyczniejsze?
Powroty ze złotym medalem czy zdobytym jakimś pucharem lub efektownym zwycięstwem. To zawsze napędzało. Przeżywaliśmy wtedy wszyscy to wydarzenie w autobusie. Wszyscy na swój sposób, bo my musieliśmy prowadzić samochód. Przeżywaliśmy razem zwycięstwa, ale i porażki. Generalnie po porażkach powroty były bardzo smutne. Trenerzy zawsze opracowują mecz, analizują go. Noc wtedy nie jest do spania, bo cały czas trwa praca. Niejednokrotnie trwa to aż do momentu, aż podjedziemy pod halę. Wyciągane są wnioski, co było źle i co trzeba zmienić.

A jakie były najgorsze momenty w tej pracy?
Rozstania z trenerami. Przez tych 20 parę lat przeżyłem tych trenerów kilkunastu. Zżywamy się ze sobą. Z panem Eugeniuszem Kijewskim czy Jackiem Winnickim widujemy się, ale to zawsze ciężka sytuacja, kiedy się słyszy czy już wie, że jedziemy ostatni raz. Łza w oku gdzieś zawsze się pojawi. Człowiek troszeczkę życia w autokarze zostawia i widzi, jak ci ludzie bardzo przeżywają sport.

Milan Gurović, Goran Jagodnik, czy Jiří Zídek oni potrafili siedzieć u nas „na oku” i rozmawiać całą noc, na temat jazdy, życia, rodzin. Przez osiem godzin podróży można dużo porozmawiać.

Będąc jeszcze w temacie nocnych powrotów, to z racji doświadczenia i tego zżycia właśnie, to czy włącza się pan do dyskusji pomeczowej?
Bardzo często, ponieważ jesteśmy kibicami, ale nasze spostrzeżenia też były przyjmowane. Byliśmy traktowani na równi jak członkowie zespołu. Możemy przecież wchodzić do szatni jako osoby zaufane. Niejednokrotnie trzeba coś przynieść w trakcie meczu. Nieraz było tak, że w trakcie meczu trzeba było pomóc, bo komuś buty pękły, czy jakiś bandaż donieść. Nasz głos nigdy nie był decydujący, ale był brany pod uwagę. Informacja o kontuzji, zagranej piłce bywała pomocna. Po porażce bywa tak, że na przód autokaru, czyli jak to mówimy u nas „na oku”, przychodzi także jakiś koszykarz i wtedy też rozmawiamy. Niejednokrotnie aż do samego powrotu. To nie jest tak, że zawodnicy zaszywają się w tyle autokaru i jest cisza. Oni to bardzo przeżywają, a dotyczy to szczególnie sportowców dużej klasy. Milan Gurović, Goran Jagodnik, czy Jiří Zídek oni potrafili siedzieć u nas „na oku” i rozmawiać całą noc, na temat jazdy, życia, rodzin. Przez osiem godzin podróży można dużo porozmawiać.

Trójmiasto jest w takiej części Polski, że wszystkie podróże są dalekie. Na przestrzeni tych lat drogowa mapa Polski zmieniła się znacząco. Ma pan jakieś ulubione trasy?
Naszą ulubioną trasą była ta do Zielonej Góry lub do Zgorzelca. Ta druga jest długa i uciążliwa, ale zawsze mieliśmy podzieloną ją na etapy. Jadąc do Zgorzelca przejeżdżaliśmy obok słynnego Stalagu, gdzie polscy i angielscy lotnicy zasłynęli ze słynnej ucieczki. To obóz, który mieścił się przy Żaganiu, a jest o nim głośno także dzięki filmowi „Wielka Ucieczka” ze Stevem McQueenem. Jadąc w tamtą część kraju zaglądaliśmy tam, a to wywoływało zawsze wspomnienia, także te filmowe. A przejazd do Zielonej Góry jest fajny, bo była tam już autostrada. Po trzech godzinach zawsze zatrzymywaliśmy się w stałym miejscu w Gnieźnie na jedzenie. To stałe elementy, więc jeśli kierownik Asseco czy Trefla dzwoni i mówi „Gniezno 3:15”, to wiemy, że przejedziemy z Gdyni na miejsce i że obiad można zamówić na konkretną godzinę. Można z nami zegarki ustawiać, a to efekt wypracowany przez lata. Po latach praktycznie w każdym miejscu spotykamy też znajomych. W danym miejscu jest zawodnik lub kilku albo trener albo masażysta albo kierownik. Swojego czasu w Zielonej Górze było pięciu-sześciu naszych zawodników. Wszędzie jesteśmy więc fajnie odbierani i wszyscy są dla nas pomocni. Działa to także w drugą stronę. Bardzo często jest tak, że zawodnik, który w tym roku gra u nas, w ubiegłym grał w Ostrowie. Przychodzi do nas i pyta, czy mógłby zabrać stamtąd łóżeczko. W miarę możliwości to robimy. Przewozimy też opony, jakieś bagaże. Wracaliśmy ze Zgorzelca, to po drodze odbieraliśmy od mamy Filipa Matczaka jakieś weki. W Gliwicach spotykaliśmy mamę trenera Stefańskiego i zabieraliśmy jakieś rzeczy dla niego. Albo Tobiasza Grzybczaka, który jest masażystą, trenerem przygotowania motorycznego Trefla. Te spotkania są wręcz takie rodzinne. Przez te wszystkie lata nawiązaliśmy takie kontakty, że jeżdżąc po Polsce czujemy się wszędzie jak w domu.

Można z nami zegarki ustawiać, a to efekt wypracowany przez lata. Po latach praktycznie w każdym miejscu spotykamy też znajomych.

W trakcie meczu, kiedy jest pan na trybunach, też ciężko te kibicowskie serce uspokoić?
Przeżywamy bardzo. Ostatnio musiałem wyjechać do Szwecji i mój kierowca pojechał z naszą drużyną do Starogardu Gdańskiego. Oglądałem ten mecz w internecie i mówiłem: Mnie tam nie ma, a przegrywamy prawie 40 punktów (Asseco Arka Gdynia przegrała z Polpharmą 67:102 – przyp.). Przyznam szczerze, że jak ktoś patrzy na nas z boku, to myśli, że jesteśmy fanatykami. Normalna firma, kierowcy… Powinni się zająć pracą, a my przeżywamy w internecie, dzwonimy do siebie. A kiedy jesteśmy na trybunach, to przeżywamy to jak prawdziwi kibice. Niejednokrotnie siadaliśmy w młynie, tak było we Włocławku, czy gdziekolwiek, gdzie przyjeżdżali kibice naszej drużyny. W każdym meczu, na którym możemy być, jesteśmy częścią drużyny. Bardzo często, kiedy jest mecz w Gdyni, słyszę od moich znajomych pytanie, czy idę na mecz. Więc odpowiadam: Chłopie, jestem na wszystkich meczach wyjazdowych, a jeśli będę chodził jeszcze w Gdyni, to nie będę z sal wychodził. Generalnie, kiedy jestem w domu, to oglądam już w telewizji. Teraz i tak nie ma możliwości (rozmowa w trakcie pandemii – przyp.). Czasami trzeba być trochę z rodziną. (śmiech) Bywa, że w całym tygodniu przez pięć dni jesteśmy z naszymi drużynami w rozjazdach.

U piłkarzy jest zabawny przesąd, który zabrania cofania autokarem…
Tak, słyszałem o tym. Mój kolega, który jeździ z Arką Gdynia, mi o tym mówił. Są trenerzy, którzy mają swoje zasady. Są różni ludzie. Jedni muszą siedzieć z konkretnej strony. Ktoś wkłada coś na zasadzie talizmanu. W Treflu Aleksander Walda nasz masażysta miał tzw. buty mistrzowskie. To były adidasy i one były przez większość sezonu schowane. Wyciągał je dopiero na finały. Te buty miały 10-11 lat.

O te dziwactwa chciałbym pana podpytać. Kto jeszcze pana zaskoczył?
Mamy wiele takich historii. Nie chciałbym mówić tutaj nazwiskami. Bardzo często chłopacy robili między sobą zakłady. Kiedyś wracaliśmy z Koszalina i w autokarze przyszedł do mnie jeden z koszykarzy. Zapytał: Zdzichu, kiedy będziemy w Gdyni? Odpowiedziałem, że koło 24.00. Pytał więc dalej: Przed 24.00 czy po? Odpowiedziałem, że raczej przed. Za chwilę przyszedł do mnie drugi koszykarz z tym samym pytaniem. Odpowiedziałem, że był już jeden i pytał o godzinę powrotu. Usłyszałem, że tak, ale sprawa idzie o zakład rzędu 400 złotych i to ważne. Wtedy wspólnie ustaliliśmy, że będziemy po 24.00 i się podzielimy wygraną. W Gdyni byliśmy więc po umówionej godzinie. (śmiech) Innym razem wypuścili koszykarza z Bałkanów, który zupełnie się nie orientował w trasach, ale wiedział o zakładach. Wracaliśmy z Ostrowa Wielkopolskiego, a stawka wynosiła 100 euro. Koledzy z drużyny go wypuścili i w efekcie przegrał te 100 euro. To były sympatyczne zakłady, w których wypuszczani byli starsi koszykarze. Fajne były też powroty weekendowe, sobotnie. Wtedy było zwalanie „na Zdzicha”. Zdarzały się szybkie powroty z meczów, około 1-2 w nocy do Sopotu. To były powroty powiedzmy z Włocławka czy Ostrowa. Wracaliśmy, a koszykarze wychodzili na Sopot. To było kilka lat temu, więc mogę to przytoczyć. Zawodnicy wracali do domu o 6-7 rano. Na pytanie żon, dlaczego tak późno, odpowiadali: bo się Zdzichowi autokar popsuł. To wówczas było tzw. wyjście na Zdzicha.

Z autokaru nigdy nic nie wyjdzie. Niejednokrotnie słyszymy o rzeczach, że włos się na głowie jeży. Słyszymy o kontuzjach, transferach.

Wiadomo, Sopot to nie tylko koszykówka.
Bardzo charakterni byli zawsze zawodnicy z Bałkanów. Dragan Marković, Josip Vranković, czy Goran Jagodnik to byli walczaki, ale też pomocni byli, kiedy coś trzeba było zrobić przy autobusie. Przychodzili do nas „do przodu” i ładowali nas pozytywną energią. Zaciągi litewskich koszykarzy też były wpadające w pamięć. To często nacjonaliści. Dwóch było szczególnych, których nie wymienię z imienia i nazwiska, i z nimi walczyliśmy. Spieraliśmy się o pochodzenie Władysława Jagiełły czy Adama Mickiewicza. Jak na początku wyjazdu poruszaliśmy temat Litwy, to wtedy w aucie się zaczynało. Zawsze tak było i jest do dzisiaj, że przy każdej podróży musimy sobie znaleźć ofiarę, na której będziemy sobie ostrzyć języki. To jest zawsze jakiś trener, masażysta lub zawodnik. Całą drogę robimy sobie z tej osoby żarty, ale w powrotnej drodze już z kogoś innego. Nie są to nigdy szkodliwe rzeczy. W autokarze tworzymy jednak zawsze rodzinę, w myśl zasady jeden za wszystkich. Z autokaru nigdy nic nie wyjdzie. Niejednokrotnie słyszymy o rzeczach, że włos się na głowie jeży. Słyszymy o kontuzjach, transferach. Nie da się uniknąć podsłuchania rozmowy telefonicznej po angielsku czy po polsku. Te informacje to zawsze święte rzeczy i nie wychodzą poza auto. Dzisiaj jedziemy z Treflem, a jutro z Asseco. Nigdy nawet nikt nie próbuje wyciągać z nas takich informacji. Wiedzą, że nic nie powiemy.

To jest klucz do zaufania, którym obdarzyły pana firmę te dwa koszykarskie kluby?
Tak. Inna fajna rzecz, to że przez te ponad 20 lat wspólnej jazdy z żadnym z tych klubów nie mamy umowy na piśmie. To jest wszystko na zasadzie: Jeździmy? Jeździmy! Zaufanie jest co do płatności, jakości usług, punktualności, solidności. Jest to dżentelmeńska umowa i nigdy nie zostało to nadwyrężone. Sami śledzimy rozgrywki, bo przecież bywa różnie z terminarzem, kiedy są na przykład przełożone spotkania. Inne firmy tego nie czują. Zauważyłem, że kiedy klub potrzebuje wyjazdu „na jutro”, to słyszy, że taką usługę trzeba było zamówić na przykład tydzień wcześniej. Czasami nie sposób z dużym wyprzedzeniem zamówić transport. To sytuacja kiedy chociażby kończy się sezon zasadniczy, a dosłownie za chwilę rozpoczynają się play-offy. Sami więc to śledzimy, analizujemy z kim możemy grać, wpisujemy to w kalendarz. Pilnujemy tego, żeby nas nic nie zaskoczyło.

Czy to oznacza, że pana firma jest wyłącznie dla sportowców?
U nas numer jeden to przejazdy i sport. To jest pierwsze, a resztę pod to dopasowujemy. Przez te ponad 20 lat układało się nam idealnie. Pracujemy w systemie jesień-zima-wiosna i lato. Od października do maja praktycznie pracujemy ze sportem. Od maja do października pracujemy natomiast w turystyce przejazdowej. Obsługujemy duże statki pasażerskie, grupy angielskie i niemieckie, które tutaj przyjeżdżają. W zimę więc, kiedy pozostali stoją, my jeździmy z drużynami sportowymi. Przyjęliśmy zasadę, że od października nasze drużyny są najważniejsze.

Wybrzeżowa koszykówka ponad dekadę temu była w absolutnym topie. Pan widział tę przemianę. Teraz jest jednak sinusojda i równanie w dół. Co czeka pomorską koszykówkę w najbliższych latach?
Niestety, jest wyraźna tendencja spadkowa. Przez ostatnie 10-15 lat w lidze równali wszyscy do nas, do Prokomu, do Gdyni. To był wyznacznik poziomu. Kiedy był wielki budżet i pieniądze od pana Ryszarda Krauzego, to byli zawodnicy, którzy robili różnicę. Jeśli ktoś wspomina mecze sprzed 10 lat, to była koszykówka na najwyższym poziomie. Hale były pełne. Pamiętam, jak do Olivii przyjeżdżało pięć tysięcy ludzi i to z całej Polski. Dzisiaj zapełnić halę 5-tysięczną? Nie ma szans. Derby Trójmiasta, w których było 10 tysięcy ludzi na trybunach Ergo Areny to była kwintesencja polskiej koszykówki. Finał Asseco – Trefl 4:3 i mecz na 10100 osób. To jest coś, co długo nie będzie pobite. Nie wiem, czy kiedykolwiek będzie. Teraz są drużyny, które wyróżniają się pod względem budżetu, ale to nie jest ten poziom sportowy. Kiedy patrzę wzrokiem w przyszłość, 10 lat to może być za mało, aby przyjechały do nas takie drużyny, jak Real Madryt, Maccabi Tel Awiw, Olympiakos Pireus, Panathinaikos Ateny, Efes Stambuł. Trzeba takich pieniędzy i tak zwariowanego na punkcie koszykówki człowieka, jakim był pan Krauze. Euforia ludzi, którzy organizowali to wszystko… Tego się nie powtórzy. Z łezką w oku wspominamy te czasy. To były świetne czasy dla kibiców, dla współpracujących firm, dla zawodników i pracowników klubu. Sport to są, niestety, pieniądze. Nie ma sponsorów, to nie ma zawodników. Nie ma zawodników, to nie ma drużyn i kibiców. To muszą być zawodnicy i wyniki. Pamiętam czasy, w których w meczu były wyniki w punktach 36:0 lub bilans 10-0 w play-offach. Takie rzeczy już się nie zdarzają. Możemy tylko wspominać.

Niezmiennie jeździć na mecze wyjazdowe trzeba…
Cieszymy się, że mimo tej pandemii sport nie został całkowicie zamknięty, bo przynajmniej ludzie mają coś, co mogą zobaczyć w telewizji. Z tym cieszeniem jest oczywiście różnie, bo wyniki naszych drużyn nie dają radości. Były rozmowy, aby te kluby złączyć i zrobić jedną, solidną drużynę. Przy tym potencjale finansowym w jednej i drugiej drużynie to i tak za wiele by nie dało. To by było może na trzecie miejsce w lidze. Nic więcej. Stelmet Zielona Góra jest w tej chwili poza zasięgiem sportowym i finansowym. A dalej jest długo, długo nic. Zresztą bilans zespołów w środkowej części tabeli jest niemal identyczny. Cukier (Polski Cukier Toruń – przyp.) i Anwil Włocławek, które przez ostatnie lata były wyznacznikiem pewnego poziomu, są teraz za nami w tabeli. Dużo wody w Wiśle musi upłynąć, żebyśmy wrócili do poziomu sprzed 10 lat.

Które dyscypliny są najbardziej kosztowne, a które przynoszą największy zysk?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie