Zdarzył się cud, czyli jak Agatka obudziła się do życia w szpitalu w Kościerzynie

Dorota AbramowiczZaktualizowano 
Agatka, już w domu, opowiada o pierwszym dniu w przedszkolu archiwum rodzinne
Już kilkunastu pacjentów odzyskało świadomość w jedynym na Pomorzu oddziale rehabilitacji neurologicznej wybudzającym dzieci ze śpiączki. Każda historia chorego dziecka to dramat, ale i nadzieja.

Za Agatką trudno nadążyć. Wskakuje na tapczan, prosząc o przeczytanie książeczki. Chwilę później bawi się z psem, biegnie na górę do kuzynek, by poinformować je o gościu, wraca i opowiada o pierwszym dniu, po półrocznej przerwie, w przedszkolu. I o tym, że dopiero trzy dni temu wróciła do domu ze szpitala.

- Modliło się za nią z tysiąc osób - mówi Elwira Lesner, mama niespełna pięcioletniej dziewczynki. - Początkowo mówiono nam, że szanse na przeżycie są niewielkie. Potem, że szanse na kontakt z córką równie małe. I zdarzył się cud.

Pół roku wcześniej dziewczynka znajdowała się w śpiączce. Diagnoza - porażenie czterokończynowe i ślepota korowa, będące skutkiem niedotlenienia i ciężkiego uszkodzenia mózgu.

Media regularnie informują o kolejnych, zbliżających się już do trzydziestu, wybudzeniach małych pacjentów we wzorcowej klinice Budzik, działającej od 2013 r. przy warszawskim Centrum Zdrowia Dziecka. Agatka nie trafiła do Warszawy - jest jednym z kilkanaściorga dzieci - „śpiochów” , przywróconych w ostatnich latach światu przez zespół oddziału rehabilitacji dziecięcej szpitala specjalistycznego w Kościerzynie.

- Jesteśmy jedyną placówką na Pomorzu zajmującą się rehabilitacją neurologiczną dzieci w śpiączce - mówi dr Arkadiusz Szalewski, ordynator kościerskiego oddziału. - Na całe województwo przypada zaledwie 15 łóżek rehabilitacji neurologicznej dla dzieci. Tymczasem samych urazów czaszkowo-mózgowych u najmłodszych jest w skali roku kilka razy więcej. Niestety, coraz częściej dzieci padają ofiarą wypadków, głównie komunikacyjnych...

Będzie to opowieść o dzieciach, które muszą przestać spać i o dorosłych, którzy próbuję je budzić. I trochę o cudach.

Kolorowy balonik
Nie tak miało być. W ostatni dzień 2015 roku w domu państwa Lesnerów w Redzie zorganizowano - zwyczajem ubiegłych lat - popołudniową zabawę sylwestrową dla najmłodszych. Lesnerowie sami mają czworo dzieci, przyszli znajomi, też z dziećmi, na najmłodszych czekał udający szampana gazowany napój Piccolo, a tatusiowie przygotowywali się do wcześniejszego odpalenia fajerwerków.

Elwira do dziś nie wie, jak to się stało. W szufladzie, pamięta, leżały małe, kolorowe baloniki do wypełniania wodą. Dzieci zaczęły się nimi bawić. Podrzucały do góry, jak konfetti. Agatka z otwartą buzią patrzyła, jak baloniki spadają... I nagle zaczęła się dusić. Gumowy balonik, wpadając do ust, całkowicie zamknął dostęp do dróg oddechowych dziecka.

- Próbowaliśmy wszystkiego - jeszcze dziś głos Elwiry drży, gdy wspomina tamten wieczór. - Uderzaliśmy w plecki, podnieśliśmy Agatkę za nóżki, próbowaliśmy wyciągnąć gumę palcem. Niestety, utknęła bardzo głęboko, poza tym doszło do szczękościsku. W pewnym momencie mąż krzyknął: “Zobacz, ona nie żyje!”

Ocalenie przed śmiercią Agatka zawdzięcza podjętej przez ojca reanimacji. Mężczyzna uciskał rytmicznie klatkę piersiową córki, matka próbowała wdychać powietrze najpierw w usta, a potem w nosek dziecka. Nie pamiętają, jak długo trwało, zanim dojechała karetka pogotowia.

Agatkę przewieziono na oddział intensywnej opieki medycznej w gdańskim szpitalu Copernicus.

O północy, gdy niebo nad Gdańskiem rozbłysło od ogni sztucznych, pozwolono im wejść do sali, gdzie leżała podłączona do respiratora córeczka. Lekarze nie ukrywali, że stan dziecka jest bardzo ciężki. Mała była niewydolna oddechowo, pozostawała w śpiączce farmakologicznej. - Walczymy o jej życie - usłyszeli rodzice.

- Pozostała nam wiara - mówi pani Elwira. - Ksiądz proboszcz wysłał, gdzie się da, m.in. do zakonów, prośby o modlitwę w intencji Agatki, najstarsza córka rozesłała apel do przyjaciół, znajomi informowali się SMS-ami. Wszyscy błagali Boga o uratowanie naszego dziecka.

Po pięciu dniach odłączono małą od respiratora. Zaczęła sama oddychać, ale nie mogła się wybudzić. Jak śpiąca królewna pozostając w letargu, leżała w swoim łóżeczku, nie reagowała na słowa i obecność rodziców. Zagryzała do krwi wargę, zgrzytała zębami, czasem przeraźliwie krzyczała, co świadczyło o ciężkim uszkodzeniu mózgu. Lekarze mówią, że w przeciwieństwie do ofiar wypadków, u których uszkodzona zostaje tylko część mózgu, najtrudniejsi do wybudzenia są pacjenci po zachłyśnięciach i podtopieniach, czyli tacy, u których mózg był przez dłuższy czas niedotleniony.

8 stycznia przeniesiono Agatkę na Kliniczny Oddział Gastroenterologii Dzieci w tym samym szpitalu. - Otrzymałam tam ogromne wsparcie od lekarzy i pielęgniarek - wspomina matka. - Po dwóch tygodniach pojawiły się pierwsze oznaki odzyskiwania świadomości. Nadal jednak córeczka była całkowicie sparaliżowana.

Tylko w filmach ludzie, pozostający dłuższy czas w śpiączce, nagle otwierają oczy, witają się ze szlochającą ze szczęścia rodziną i zaczynają wspominać czas sprzed wypadku.

Tak naprawdę mózg człowieka budzi się stopniowo. Proces ten trwa tygodniami, czasem zatrzymuje się lub nawet cofa.

Rodzicom Agatki Lesner powiedziano, że konieczny jest etap intensywnej rehabilitacji w specjalistycznym ośrodku. Początkowo Agatka miała trafić do kliniki Budzik lub do Pszczyny na Śląsku. Ostatecznie udało się znaleźć miejsce w jedynej tego typu placówce na Pomorzu - w oddziale rehabilitacji neurologicznej dzieci w Kościerzynie.

Dopiero w dniu wyjazdu z gdańskiego szpitala, 19 stycznia, zauważono, że Agata nie widzi.

Rokowania nie były najlepsze. Część lekarzy próbowała oswoić rodziców z myślą, że szanse na odzyskanie przez Agatkę wzroku, ze względu na zbyt długo trwające niedotlenienie mózgu, są raczej małe. Inni jednak pocieszali, że umysł dziecka jest bardziej plastyczny, niż u dorosłych i szybciej odzyskuje sprawność. Jest więc odrobina nadziei.

- Ciężko było - wspomina prawie półroczny pobyt z córką w Kościerzynie Elwira Lesner. - Agatka na początku bardzo się bała, wokół niej była ciemność, nie miała czucia w rączkach i nóżkach. Zajął się nią cały zespół - lekarzy, pielęgniarek, fizjoterapeutów, terapeuta zajęciowy, psycholog, logopeda i dietetyk.

Po co dietetyk? Przy wybudzaniu ze śpiączki niezwykle istotna jest odpowiednia dieta dla mózgu, który musi być o wiele lepiej odżywiony, niż u zdrowego dziecka.

Wdrożono indywidualny program rehabilitacji. Pojawiły się efekty i nadzieja.
- Najpierw wróciła - początkowo niezborna - władza w rękach i nogach, potem mowa - opowiada mama Agatki. - Aż pewnego dnia zauważyliśmy, że mała, poruszając się o specjalnym balkoniku, trafiła sama w drzwi. Potem wspomniała, że widzi u jednego z nas na ręce zegarek. Nie chcieliśmy uwierzyć, póki nie powiedziała, że zegarek jest biały.

Wzrok wracał falami. Widziała, nie widziała. I znów widziała.

Nikodem mówi „mama”

Kiedy stan Agaty był już na tyle dobry, że zaczęto mówić o możliwym powrocie do domu, 6 czerwca br. na oddział przywieziono ośmioletniego Nikodema.

- Klasyczna śpiączka - tak mówi o przypadku Nikodema dr Szalewski.

W czwartkowe przedpołudnie, 21 kwietnia, Kamila Szczygieł odebrała ze szkoły i przedszkola w Przetoczynie w gminie Szemud dzieci - młodszą Nelę i starszego Nikodema. Po wyjściu z budynku zatrzymali się, by przejść przez drogę. Kamila trzymała za rękę Nelę, Nikodem spojrzał w lewo, w prawo i zrobił krok i...w ułamku sekundy wyleciał w powietrze, potrącony przez dużego forda transita. Upadł kilkadziesiąt metrów dalej. Umierał.

- Szczęście w nieszczęściu, w pobliżu znalazł się wspaniały człowiek, mąż koleżanki, który natychmiast rozpoczął reanimację - wspomina Kamila. - Potem przyleciał śmigłowiec ratowniczy, który zabrał synka do Gdańska. Natychmiast trafił na salę operacyjną na oddziale chirurgii dziecięcej w szpitalu Copernicus. Tam powiedziano mi, że szanse na uratowanie Nikodema są minimalne. Miał obrzęk mózgu, obrażenia wielonarządowe, w tym poszarpane płuca, liczne krwiaki, złamania...Był w śpiączce.

Tak, jak za Agatkę, i za Nikodema modliła się cała wieś. Pani Kamila mówi, że w przypadku jej syna też można mówić o cudzie. - Święci, w tym święta Filomena, nam pomogali. Ksiądz przywiózł relikwie... - wspomina.

I Nikodem, wspierany indywidualną rehabilitacją, zaczął się budzić.

Przed trzema tygodniami chłopiec powiedział pierwsze słowo - „mama”, Nikodem robi ogromne postępy. Od dwóch tygodni, z dnia na dzień, pojawiają się kolejne słowa...A gdy nie może mówić, pokazuje swe potrzeby wzrokiem. Na ekranie.

Wściekłość w oku świadomości

W tym tygodniu przedstawiciele firmy AssisTech zamontowali w szpitalu w Kościerzynie - na dwumiesięczną, bezpłatną próbę - urządzenie C-Eye ( ConsciousnessEye , czyli Oko Świadomości) bazujące na opracowanej w Politechnice Gdańskiej metodzie CyberOka. Pozwala ono na ocenę stanu świadomości osób wybudzonych ze śpiączki, które odzyskały przytomność, ale nie mogą nawiązać kontaktu z otoczeniem. W tym także pacjentów cierpiących na tzw. syndrom zamknięcia, czyli uwięzionych we własnym ciele. Przed kilkoma laty opublikowano wyniki badań wskazujących, że co druga osoba w śpiączce ma świadomość tego, co się wokół niej dzieje. Nie może jednak w żaden sposób powiedzieć otoczeniu o swoich myślach i potrzebach.

System kamer śledzi ruch gałek ocznych. Zatrzymanie oczu na konkretnym napisie czy obrazku pozwala na przekazanie lekarzom, bliskim i terapeutom takich właśnie konkretnych informacji. Spoglądając na litery na klawiaturze można też pisać dłuższe teksty.

Już podczas pierwszej próby urządzenia, przeprowadzonej przed montażem, Nikodem, mający jeszcze problemy z mową, poinformował, że chętnie napiłby się mleka. I że lubi słodycze. Podczas kolejnych prób wspomagał się pokazywaniem konkretnych obrazków palcem.

Badanie Okiem Świadomości niesie nadzieję także dla niespełna dwuletniej Mai. W styczniu tego roku dziewczynka, podróżując samochodem wraz z czteroosobową rodziną, została ciężko ranna w wypadku w Gdańsku. U Mai stwierdzono między innymi zanik nerwów wzrokowych. Teoretycznie nie ma więc prawa widzieć.

A jednak okazało się ostatnio, że reaguje na światło. Postanowiono więc sprawdzić, czy dziecko postrzega osoby i przedmioty.

Przywieziona na badanie w specjalnym wózeczku Maja została posadzona w ostatni wtorek przed ekranem C-Eye. Na ekranie pojawił się ruchliwy, machający ogonkiem kotek, który odzywa się dopiero po skoncentrowaniu na nim wzroku. Lekarze, terapeuci, logopeda, a przede wszystkim mama dziewczynki, pani Liliana, w napięciu czekali... Nagle kot, skaczący po monitorze, zatrzymał się i zaczął miauczeć. Ruszył, a za nim podążyła, z trudem, niezbornie, czerwona kropka pokazująca ruch gałek ocznych dziewczynki. I kot znów się odezwał.

W sali wszyscy zaczęli bić brawo.

- Jeszcze dużo pracy przed nami - studził emocje dr Szalewski.

Na koniec z Okiem Świadomości zapoznał się 16-letni Patryk. We wrześniu minie rok od dnia, w którym wskutek wypadku ze zdrowego, aktywnego nastolatka zmienił się w chłopca wymagającego stałej pomocy innych.

Z kategorii wyświetlających się na monitorze tematów do „rozmowy” Patryk wybrał wzrokiem „emocje”. Szybko wskazał jeden z napisów na ekranie. - Jestem wściekły - usłyszeliśmy głos dobiegający z Oka Świadomości.

Szansa dla śpiochów

Dzieci i nastolatków, takich jak Patryk, Maja, Nikodem i Agatka, wymagających kompleksowej rehabilitacji neurologicznej jest więcej. Każdego roku na Pomorzu dochodzi do trzystu wypadków drogowych z udziałem dzieci do 14 roku życia. Do tego trzeba dodać urazy, do jakich doszło podczas zabaw, podtopienia, zadławienia i dziesiątki innych przyczyn, skutkujących ciężkimi urazami mózgu.

Według fundacji „Akogo?” założonej przez Ewę Błaszczyk (inicjatorkę powstania kliniki Budzik, mamę pozostającej w śpiączce od 16 lat Oli) w Polsce na śpiączkę zapada do 100 tys. dzieci rocznie. Wprawdzie aż 90 procent pacjentów udaje się wybudzić jeszcze na oddziałach intensywnej opieki medycznej, jednak zostaje co dziesiąty „śpioch”, który musi spędzić długie miesiące pod opieką specjalistów - neurologów, ortopedów, terapeutów, psychologów, logopedów. Niektórzy - niestety - nie wychodzą ze snu przez lata.

Dlatego lekarze z Kościerzyny walczą o powiększenie oddziału do 25 miejsc rehabilitacji neurologicznej (w tym 5 łóżek dla dzieci w śpiączce) i 11 miejsc rehabilitacji ustrojowej.

- Idą w bardzo dobrym kierunku- mówi prof. Piotr Czauderna, kierownik Kliniki Chirurgii i Urologii Dzieci i Młodzieży GUMed, skąd dzieci w śpiączce trafiają do kościerskiego oddziału. - Nie zdajemy sobie sprawy, jak ogromny potencjał tkwi w rehabilitacji. Bywało już, że ze zdumieniem patrzyłem na spotkane przypadkiem na ulicy dzieci, te same, które rok wcześniej opuszczały mój oddział na noszach, jadąc na rehabilitację. Wspieram również pomysł, by otworzyć w szpitalu w Kościerzynie nowy oddział chirurgii dziecięcej, co pozwoliłoby na kompleksową opiekę nad małym pacjentem.

Pomysł rozszerzenia oddziału popiera również Hanna Zych-Cisoń, członek zarządu województwa pomorskiego, odpowiedzialna za politykę zdrowotną. - Mają duże sukcesy, o których, tak jak w przypadku innych tego typu placówek w Polsce, niewiele słyszymy - twierdzi przedstawicielka pomorskiego samorządu.- Zbyt są zajęci pracą, by zajmować się promocją. Będą jednak musieli ostro walczyć o kontrakty z NFZ.

Do 2012 roku sytuacja dzieci w śpiączce i ich rodziców była jeszcze gorsza - za leczenie „śpiochów” państwo nic nie płaciło. Dopiero później wpisano do wykazu świadczeń gwarantowanych „Wybudzanie dzieci ze śpiączki w Fazie B”.

Na razie Fundusz przekazuje Szpitalowi Specjalistycznemu w Kościerzynie 300 złotych za dobę pobytu na oddziale pacjenta „neurologicznego”. Jeśli jednak rehabilitowane dziecko miałoby - na przykład na święta - opuścić oddział chociażby na jeden dzień, to po powrocie zmienia się jego status z „neurologicznego” na „ogólnoustrojowy”. Zmiana nazwy niesie za sobą mniejsze pieniądze - NFZ płaci już tylko 100 złotych na dobę.

Dlatego dzieci wybudzone przebywają z reguły na oddziale aż do zakończenia procesu rehabilitacji. Chociaż nie wszystko można zaplanować. W przypadku Agatki Lesner kontakt ze szpitalem jeszcze się nie urwie, bo rehabilitacja musi być kontynuowana.

Baloników nie będzie

W maleńkim pokoju lekarskim, zajmowanym przez dr. Arkadiusza Szalewskiego i pracującego z dziećmi ortopedę, dr. Tomasza Łopaciuka, oglądamy kilkuminutowy film - prezent od rodziców Agatki.

Przez pół roku Lesnerowie dokumentowali stan zdrowia córki. Na zdjęciach początkowo pokazana jest oddychająca dzięki aparaturze medycznej na OIOM-ie Agatka. Potem rehabilitacja neurologiczna w Kościerzynie, dziecko zaczyna reagować na słowa rodziców i starszej siostry, pierwsze próby odpowiedzi na pytania, czytanie przez siostrę książeczek, niezborne kroki, ćwiczenia. I na koniec obrazek sprzed tygodnia - na ekranie pojawia się radosna, roześmiana dziewczynka na szpitalnym korytarzu, informująca otaczających ją dorosłych, że wraca do domu.

Dla takich chwil warto pracować - mówią lekarze. Bo przecież zostali jeszcze Maja, Nikodem, Patryk. A także Wiktoria, która w stanie śpiączki przyjedzie prawdopodobnie już w tym tygodniu z Gdańska do Kościerzyny. I, niestety, kolejne dzieci, które będą potrzebowały pomocy.

O przypadku Agatki nigdy jednak nie zapomną. Ostatnio do doktora Szalewskiego zadzwoniono z propozycją zorganizowania dla dzieci zabawy. Wśród gadżetów miały pojawić się także baloniki.

- Żadnych baloników na moim oddziale nie będzie! - ostro odpowiedział ordynator.

d.abramowicz@prasa.gda.pl

polecane: FLESZ: Podział Mandatów po wyborach parlamentarnych

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 8

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

J
Janka

Kurcze, mieszkam w Koscierzynie juz wiele lat, a nie wiedzialam ze tak blisko mamy tak cudowny oddzial. Brak promocji kompletnie, a powinnismy sie tym szczycic i chwalic w kraju jak i za granica

W
WeAre138

Nie zaden cud tylko ciezka praca, wiedza i wysilek lekarzy.

Z
Zofia z Bydgoszczy

Kiedy zajmowałam się chorym w Gdyni Szpitalu Miejskim w Gdyni to rozmawiałam z rodzinami osób chorych i polecali mi leczenie chorego w Szpitalu w Kościerzynie .Słyszałam o lekarzach w tym Szpitalu bardzo dobra opinię.Mógł tutaj cud zaistnieć ale dr Arkadiusz Szalewski to nie tylko lekarz książkowy ale pamiętający o swej przysiędze ,pełen poświęcenia dla swych chorych - chylę czoło pełni uznania dla tego lekarza jak i dla pozostałych lekarzy i personelu pomocniczego bo tam się liczy cały zespół ludzi jak rehabilitant , masażysta itd.Jak widzę i słyszę to jest wspaniały personel , który jest nie doceniony i nie pytają za ile pracują ?

W
Wiktor Hajdenrajch

To praca. Ciężka praca Arka Szalewskiego i całego zespołu ludzkiego Oddziału Rehabilitacji Dzieci i Zakładu Rehabilitacji. Ale ludzie, jak to ludzie, wierzą że to nie wiedza, a zdarzył się cud i w sumie mają do tego prawo. Trudno jest objąć, że najpierw dziecko leżało na OIOM i wtedy nie dawano mu większych szans, jak już pojawiła się szansa, miało być całkowicie sparaliżowane i miało nie słyszeć oraz nie mówić, a tu, przy wypisie ze, szpitala nie dość, że ucieka, to jeszcze pyskuje...
Najważniejsze, że Agatka, Maja, Patryk wracają do normalnego świata, reszta, w tym myślenie w kategoriach cudu, jest rzeczą drugorzędną.

m
masażystka

Dziękuję, że mogłam Cie poznać Agatko :-) brakuje mi wspólnego śpiewania podczas masażu :-P jesteś wspaniała! :-*

F
Fizjoterapeuta

Docenić też tych co z takimi dzieciakami dużo pracują ( fizjoterapeuci) i to przez kilkanaście godzin dziennie w fazie rehabilitacji znacznie więcej niż lekarzy.. O nich najmniej tak trochę się pisze.... nie będę już wspominał że to najgorzej opłacania pracownicy takiego zespołu. Dziennik Bałtyckich jak organizuje konkursy na naj medyka Pomorza o nich zapomina. Trochę przykre...

g
g.baltycki

medycyna nie cuda ludzie obudźcie się

g
g.pomorski

Trochę przydługawa historia w naciskiem na "cud". Cudów nie ma drodzy Państwo :) To, że osoby poszkodowane mają szansę przeżyć i wrócić do sprawności zależy od pierwszej pomocy po zdarzeniu i dalszej specjalistycznej opieki szpitalnej. Wspomniany w tekście ojciec Agaty i znajomy matki Nikodema to osoby którym należy się wdzięczność za udzielenie pierwszej pomocy, bez nich dzieci nie miały by szans. Później najważniejsza jest pomoc specjalistów. Możemy się tylko cieszyć, że na Pomorzu są tacy lekarze.

Dodaj ogłoszenie