Zbigniew Nosowski: Jest ryzyko, że Kościół stanie się zbyt ziemski

Jarosław Zalesiński
Zbigniew Nosowski
Zbigniew Nosowski fot. Robert Kwiatek
- Benedykt XVI kochał Tradycję, ale nie był tradycjonalistą. Był otwarty na nowoczesność, czego nie dostrzegano - mówi redaktor naczelny kwartalnika "Więź" Zbigniew Nosowski w rozmowie z Jarosławem Zalesińskim

Gdyby ktoś, komentując decyzję o rezygnacji Benedykta XVI, stwierdził: chrześcijaństwo przestaje być dziś czymś heroicznym - jak by Pan na to odpowiedział?
Że ta decyzja wymagała właśnie bardzo dużo heroizmu i odwagi. Zapewne w tle pańskiego pytania jest heroiczne zakończenie pontyfikatu Jana Pawła II. Można te dwa odejścia porównywać, ale nie ma sensu ich wartościować, udowadniać, że jedno jest obiektywnie lepsze od drugiego.

Ja jednak dopytam: przesłaniem zakończenia pontyfikatu Jana Pawła II było heroiczne trwanie przy pewnym wyborze. Jakie jest przesłanie zakończenia pontyfikatu obecnego papieża?

Że papiestwo jest służebne. Jego decyzja wynika z odpowiedzialności za Kościół, a nie tylko z refleksji nad sobą samym. Uznał, że dobro Kościoła wymaga papieża silniejszego fizycznie, więc sam usuwa się w cień. To także odwaga powiedzenia w Kościele, czyli wspólnocie przyzwyczajonej do pewnych utartych sposobów funkcjonowania, uznawanych za uświęcony element niezmiennej Tradycji, że można postąpić inaczej. A w dodatku zostało to powiedziane przez człowieka bardzo przywiązanego do Tradycji. To naprawdę wymagało odwagi.

Może konserwatyzm Benedykta XVI był z gatunku tych, które nie boją się zmian.
Pewien etnograf opisywał mi, jak w jego dziedzinie naukowej definiuje się bezmyślny konserwatyzm. Kieruje się on hasłem: ma być tak, jak jest, bo jest tak, jak ma być. Przez kilka stuleci byliśmy formowani w świadomości, że papież sprawuje swój urząd dożywotnio i że to jest właśnie tak, jak ma być. Benedykt XVI powiedział nam: może być inaczej. Pokazuje, że Kościół to nie tylko "stare", ale także "nowe". Uważam, że przed tą decyzją można się tylko nisko pokłonić. Ona zapadła głęboko w sumieniu papieża, w sumieniu, czyli przed Bogiem.

Nie należy zatem decyzji Jana Pawła II i Benedykta XVI przeciwstawiać sobie?
Moim zdaniem, nie są to dwa przeciwstawne "modele", tylko dwa różne przesłania, w sumie komplementarne. Benedykt XVI doskonale zdawał sobie sprawę, że ledwie kilka lat po śmierci Jana Pawła II jego decyzja będzie prawdopodobnie przez niektórych komentowana jako ucieczka od obowiązków czy powód zamieszania w Kościele. Z tych powodów zresztą Jan Paweł II, a wcześniej Paweł VI, nie zdecydowali się na taki krok, choć obaj rozważali rezygnację. Ale rzeczywiście dla jego następców i dla całego Kościoła ta decyzja jest olbrzymim wyzwaniem.

Czy każdy z następców Benedykta XVI nie będzie teraz stawał przed tym samym dylematem: trwać na urzędzie czy zrezygnować?
Do rozlicznych nacisków, z którymi każdy papież musi się liczyć, rzeczywiście dochodzi jeszcze i ten, że wśród życzliwych, jak i nieżyczliwych będą się mogły pojawiać, wypowiadane z dobrą bądź złą wolą, opinie, że jego stan zdrowia czy umysłu nie pozwala na dalsze sprawowanie urzędu.

Inną konsekwencją psychologiczną będzie też chyba i to, że władza papieska, czy władza Kościoła szerzej, zacznie być postrzegana w bardziej ziemski sposób. Model papiestwa, funkcjonujący do Benedykta XVI, nadawał Kościołowi wymiar ponad- czy pozaziemski. Oczywiście ten wymiar pozostaje, ale przez ludzi zacznie być odczuwany inaczej.
Benedykt XVI ten ponadziemski charakter Kościoła bardzo podkreślał, o wiele wyraźniej nawet niż Jan Paweł II.

Dlatego tyle wagi przywiązywał do uroczystego wymiaru liturgii.
Także do zewnętrznych przejawów papiestwa, choćby strojów, wydobytych z watykańskiego zaplecza, których Jan Paweł II już nie używał. Wyniosłość urzędu była bardziej niż za jego poprzednika celebrowana. A jednak podjął rewolucyjną decyzję o rezygnacji.

Dlaczego tradycjonalista podjął rewolucyjną decyzję?

Bo wcale nie był tradycjonalistą! Czym innym jest kochać Tradycję, a czym innym być tradycjonalistą. Wierność Tradycji nie oznacza niezmienności. Wiele pisał o tym kard. Ratzinger jako teolog. Owszem, z ustanowienia Bożego Kościół jest hierarchiczny, ale już sama struktura nadana tej hierarchiczności to owoc ziemskiej ewolucji i naśladowania świeckich struktur władzy. Do tej pory hierarchiczna struktura Kościoła była wzorowana na monarchii, a nawet w jakimś stopniu zakorzeniona była w feudalizmie. Prymat biskupa Rzymu może być też jednak sprawowany w sposób bardziej kolegialny. Nie nazwę go demokratycznym, bo nie chodzi o naśladowanie demokracji parlamentarnej, której rozliczne słabości skądinąd doskonale znamy. Ta analogia kuleje, bo w demokracji suwerenem jest lud, a w Kościele suwerenem jest Bóg. Konstytucją Kościoła jest Ewangelia, ona przychodzi z góry…

A nie z ludzkich wyborów.
Choć jest odkrywana przez ludzi, także metodą głosowania. Przecież dokumenty dogmatyczne soborów, nawet Credo, przyjęto metodą głosowania. Lepiej jednak mówić o kolegialności niż o demokracji w Kościele. Od stuleci istnieją takie dyskusje w Kościele. W średniowieczu był to spór między zwolennikami rzymskiego centralizmu i koncyliaryzmu, czyli zwierzchności soboru nad papieżem. Sobór Watykański I w XIX wieku wzmocnił pozycję papieża. II Sobór Watykański uzupełnił to o przypomnienie zasady kolegialności. W tym procesie nie chodzi po prostu o dopasowanie do świata, który stał się demokratyczny. Idzie o to, by w zmieniającym się świecie (a myślenie ludzi jest kształtowane w realiach indywidualizmu i demokratyzmu) struktury Kościoła były przezroczyste, nie przesłaniały samym sobą Boga. Dlatego trzeba szukać odpowiedzi na pytania, które niesie nowoczesność.

To może decyzja Benedykta XVI ma w sobie coś z proroctwa? Pokazuje przyszłość Kościoła? To, że Kościół, nie tracąc swojej hierarchiczności, może śmielej korzystać z tego, co przyniosła nowoczesność?
Otwarcie na nowoczesność to jeden z istotnych, a niedostrzeganych wątków myślenia kardynała Ratzingera i papieża Benedykta XVI. Przed 20 laty, jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary, powiedział dla "Le Monde", że wartości chrześcijańskie i liberalne powinny się wzajemnie "zapłodnić". A w książce wywiadzie "Światłość świata" gdy dziennikarz, przeciwstawiając Kościół i świat, pytał papieża o "dyktaturę relatywizmu"…

Relatywizm to częste określenie w nauczaniu Benedykta XVI.
Owszem, ale niesłusznie jego wzmianki na ten temat traktuje się w kategoriach papieża wojownika. On tymczasem twierdzi, że chrześcijaństwo i nowoczesność powinny się wzajemnie dopełniać. Bycie chrześcijaninem nie może oznaczać, jak mówi papież, "przywdziania archaicznego kostiumu, trzymania się go kurczowo i życia obok nowoczesności". Nie trzeba z ludźmi walczyć, lecz wspólnie z nimi poszukiwać.

Może archaicznym kostiumem jest właśnie ów monarchiczny styl władzy papiestwa i Kościoła?
On zmienia się na naszych oczach. Kolejni papieże rezygnowali a to z tiary, a to z sedia gestatoria, czyli tronu, na którym ich noszono.

Jest taka anegdota, że Jan Paweł II chciał go odstąpić jakiemuś polskiemu biskupowi.
Nie ma już obyczaju całowania butów papieża, co było gestem przyjętym jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Nie chodzi o to, że w tym obyczaju było coś wewnętrznie złego. Był to gest, którego sens religijny można było zrozumieć. Ale współcześnie stał się on nieczytelny. Żyjemy w czasach, w których ta otoczka monarchiczna jest zdejmowana, a nowość, która zapewne się pojawi, prędzej czy później, być może będzie polegała na tym, że zmienią się również struktury. Ratzinger jako teolog pisał, że urzędy kościelne powinny "funkcjonować w sposób jak najmniej rzucający się w oczy".

Wrócę do swojego pytania: czy Kościół nie stanie się w tym zbyt "ziemski"?
Jest takie ryzyko. Kościół zawsze, z każdego porządku, czy to monarchicznego, czy demokratycznego, powinien jakoś "wystawać", wskazywać na rzeczywistość duchową, niewidzialną, na sprawy ostateczne. Ale trzeba też uwzględniać przemiany świata, przemiany w myśleniu i funkcjonowaniu ludzkich społeczeństw. Z Bożego nadania jest hierarchiczność Kościoła, ale nie konkretny model struktur.

Decyzja Benedykta XVI, jakkolwiek zaskakująca, wskazuje więc może na pewien czas Kościoła.
Ona naprawdę otwiera bardzo wiele nowych pytań, na które nie ma jednoznacznych odpowiedzi. Ostatecznie chodzi o to, żeby Kościół nie przesłaniał samym sobą Dobrej Nowiny. Być może skończy się za czas jakiś cywilizacja, w której dzisiaj funkcjonujemy, a chrześcijaństwo będzie istniało w tym, co się zrodzi na ruinach. Nie zapominajmy, że jedynie w Europie chrześcijaństwo ma się słabo.

Może więc następca Benedykta XVI, który stanie przed tymi problemami, będzie pochodził spoza Europy?
Widzę dwie możliwości: albo papież Włoch, albo ktoś spoza Europy. Moim ulubionym kandydatem, choć nie wiem, czy ma duże szanse wyboru, ze względu na młody wiek, jest kardynał Tagle, arcybiskup Manili, gorliwy, mądry, radosny i otwarty. Bardzo szybko stał się czołową postacią Kościoła w Azji. Jeśli szukać…

Nowego początku…
O którym rozmawialiśmy, to jego kandydatura jest interesująca. Mógłby być odpowiednikiem młodego kardynała Wojtyły na XXI wiek, przychodzącym z dalekiego kraju, bez europejskich kompleksów wobec nowoczesności. Tylko że dopiero co skończył 55 lat, co oznacza, że kardynałowie elektorzy musieliby się potem liczyć z bardzo długim pontyfikatem. O ile oczywiście by nie zrezygnował (śmiech).

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie