Zapomniany strajk majowy w Stoczni Gdańskiej

Ewa Górska
Solidarnościowy strajk w Stoczni Gdańskiej w maju 1988 roku, widziany z perspektywy dziennikarki dwutygodnika "Gwiazda Morza" oraz jego bohaterów - przypomina Ewa Górska.

W ostatnich dniach kwietnia 1988 roku informacja o powstaniu komitetu założycielskiego NSZZ Solidarność Stoczni Gdańskiej i zbieraniu podpisów pod wnioskiem o rejestrację związku zbiegła się z wybuchem strajku w Nowej Hucie. Nic więc dziwnego, że czekaliśmy na to, co zrobią stoczniowcy. Gdy w redakcji gdańskiego dwutygodnika katolickiego "Gwiazda Morza" w Sopocie 2 maja zjawił się Piotr Nowina-Konopka z plikiem stoczniowych komunikatów, było już wiadomo, że najpewniej będzie strajk. Trzeba było powielić je na redakcyjnym kserografie i zawieźć na plebanię św. Brygidy. Bez problemów udało się też dostać na teren stoczni, gdzie od jednego ze stoczniowców usłyszałam: Pyta pani, czy wytrwamy, to może lepiej zostać z nami i przekonać się. Zostałam.


Solidarni z Nową Hutą

1 maja Lech Wałęsa po mszy w kościele św. Brygidy wzywa do solidarności z hutnikami. - Na jaką solidarność kogo stać - mówi ostrożnie. Następnego dnia w stoczni przyznaje, że jest strajkiem zaskoczony. - Jesteście lepsi ode mnie, ja już straciłem brawurę, nie wierzyłem, że to się uda, po tylu próbach….

To zasługa młodych, czasem bardzo młodych ludzi, którzy nie zdążyli należeć do Solidarności i których nie zawiodło jeszcze własne zbiorowe działanie, chcą więc sami spróbować. Oni przeważają też wśród przywódców protestu, a jednym z nielicznych weteranów jest inżynier Alojzy Szablewski, przewodniczący komisji zakładowej Solidarności z 1981 roku. To on przekazuje dyrektorowi Czesławowi Tołwińskiemu pięć stoczniowych postulatów. Ten od razu odpowiada, że może pertraktować jedynie na temat pierwszego, czyli podwyżki płac, a o Solidarności, przywróceniu ludzi do pracy, uwolnieniu aresztowanych za przekonania czy bezpieczeństwie dla protestujących nie może być mowy. Wtedy zapada decyzja o strajku okupacyjnym.

3 maja coraz więcej elementów przypomina tamten Sierpień: na bramie nr 2 wizerunek Matki Bożej, zdjęcie Ojca Świętego, pracowicie malowane w ciągu nocy strajkowe postulaty, przybywa kwiatów. Coraz więcej jest też ludzi, którzy przynoszą żywność, papierosy. Brakuje tylko tamtego entuzjazmu.

Wystarczy jednak, że na bramie o godz. 9 pojawia się Lech Wałęsa i nastroje się zmieniają. W tym miejscu jest niekwestionowanym autorytetem, więc gdy stwierdza: tylko wszyscy razem mamy patent na lepszą pracę, mamy patent na lepsze rządzenie, mamy patent na to, abyśmy przestali być żebrakami Europy, przywraca wiarę w sens strajkowania.

Wiele mówi o pluralizmie i w praktyce pokazuje, na czym on polega, tłumiąc wrogie okrzyki podczas przemówienia Henryka Kościelskiego, przewodniczącego Związku Zawodowego Pracowników SG. Sam go publicznie przekonuje: Ja nie chcę panu rozbijać związku, jestem nawet w stanie go wzmocnić, bo pluralizm polega właśnie na tym, abyśmy razem byli mocni. Rozmawia z nim też prywatnie i podsumowuje: Trzeba powiedzieć, że w pewnych tematach daleko się solidaryzujemy. Zupełnie nie przystaje to do informacji PAP o przebiegu tego spotkania.

O rzetelność przekazu

Od początku strajku dziennikarze mają pełną swobodę obserwowania wydarzeń, słuchania, nagrywania. Gdy jednak zaczynają pisać o terrorze i przemocy, 6 maja komitet strajkowy podejmuje decyzję, aby nie wpuszczać na teren stoczni tych, którzy w publicznych mediach wypaczają obraz rzeczywistości.

Nie pomaga ubolewanie wyrażone przez przedstawiciela PAP, który tłumaczy, że to nie jego wina, że nie odpowiada za politykę redakcji, że to z powodu skrótu… Na prośbę Wałęsy usiłuję go przekonać, że jedynie sprostowanie może zmienić sytuację, że za dużo kłamstw. Ale dziennikarze oczekujący w biurze przepustek udają, że nie rozumieją, o co chodzi. W "Trybunie Ludu" przeczytam następnego dnia o sobie: dziennikarz dwutygodnika diecezji gdańskiej "Gwiazda Morza", nijak chyba niezwiązanego profilem ze stocznią gdańską. Owszem, związanego profilem etycznym i tym samym dążeniem do odzyskania wolności. Dlatego w naszym piśmie tak wiele informacji o strajku i jeszcze więcej kwadratowych nawiasów, oznaczających cenzorskie ingerencje.

Rzetelne wiadomości są jednak potrzebne na bieżąco i te od początku starają się przekazywać zagraniczni dziennikarze. Najpierw zdobywają je na miejscu, ale im ściślejsza milicyjna blokada stoczni, tym trudniej się dostać do środka. Korzystają więc głównie z informacji przekazywanych w stoczniowej parafii św. Brygidy przez Adama Michnika i Piotra Nowinę-Konopkę cztery razy dziennie co trzy godziny. Dla ks. Henryka Jankowskiego, gospodarza tego swoistego biura prasowego, P. Nowina-Konopka nie ma słów uznania i powie mi po zakończeniu strajku: Nie znam drugiego człowieka, który byłby skłonny na tak długi czas oddać swój dom, wszystkie jego zasoby i środki do naszej dyspozycji. On się wtedy zupełnie usunął w cień, uznał, że najważniejsze, co się liczy, to pomoc materialna i informacja. Nigdy nie będzie mu ten dług spłacony.

Poparcie

Plebania kościoła św. Brygidy pełni wtedy jeszcze inną rolę. P. Nowina-Konopka: Od środy, 4 maja, zaczął się niezwykły maraton telefoniczny. Dzwoniono z całej Polski z poparciem, z informacją, że został wysłany list, telegram, oświadczenie, że została dokonana zbiórka pieniężna, że nas słuchają, że są z nami. Mnóstwo tego było, a my staraliśmy się robić jakiś wyciąg i przekazywać go na stocznię, aby strajkujący mieli świadomość, co się w Polsce dzieje. Również informacje przekazywane przez nas polskojęzycznym rozgłośniom docierały drogą radiową do stoczni. Te radiowe audycje są dla strajkujących rzeczywiście ogromnie ważne, a specjalistą od ich wyszukiwania jest Krzysztof Pusz, który dzielnie kręcąc radiową gałką, przedziera się przez szumy i trzaski. Lech Wałęsa nawet żartuje, że woli to niż jego chrapanie.

Od 3 maja z każdym dniem rośnie stos pism i oświadczeń z poparciem dla strajkujących. Jest wśród nich list środowiska redakcji dwutygodnika katolickiego "Gwiazda Morza" (podpisany m.in. przez Donalda Tuska, Aleksandra Halla, Jacka Taylora, Arkadiusza Rybickiego, Pawła Huelle) i od studentów Uniwersytetu Gdańskiego, którzy solidarnościowo przez trzy dni strajkują. O dramatyzmie tego protestu będzie można dopiero w lipcu przeczytać w "Gwieździe Morza", w tekście Joanny Strzemiecznej (to częsta praktyka cenzorskiego urzędu - wstrzymywać teksty do czasu, gdy stracą walor aktualności).

Stoczniowcy jak zawsze mogą liczyć na duchowe wsparcie Kościoła, a biskup gdański Tadeusz Gocłowski czyni wszystko, aby w niedzielę, 8 maja, na terenie stoczni została odprawiona msza święta. Zgodzono się na obecność tylko jednego księdza, co komplikuje sytuację, bo chętnych do spowiedzi jest tak wielu, że o dwie godziny trzeba przesunąć jej rozpoczęcie.

Choć przy skromnym, ustawionym naprędce drewnianym krzyżu i zaimprowizowanym ołtarzu uroczystość zyskuje nagle zupełnie wyjątkową oprawę, gdy celebrans, ks. Zbigniew Bryk, mówi, że sprawuje Najświętszą Ofiarę w tym samym ornacie, w którym mszę świętą na Zaspie odprawiał Jan Paweł II. Wspomina o pielgrzymującym do Ameryki Łacińskiej Papieżu, który z pokładu samolotu przekazał Polakom wyrazy swojej troski, o mszach świętych odprawianych w ich intencji na Jasnej Górze, o modlitwach we wszystkich gdańskich kościołach.

To pokrzepienie przychodzi w samą porę, bo wszyscy są już niezmiernie zmęczeni ciągłym zastraszaniem, niewygodami, zwątpieniem i bezradnością. I tylko Wałęsa wciąż na nowo potrafi rozpalać ich zapał, więc znów w okrzyk, który stał się hasłem strajku: Nie ma wolności bez Solidarności! - wkładają całą swoją duszę. - Kto będzie później gasił ten pożar - martwi się nawet Tadeusz Mazowiecki, który wraz z Andrzejem Wielowieyskim od 4 maja przebywa w stoczni jako wysłannik Episkopatu.

Mediacje

Ich szczegółowy opis dla "Gwiazdy Morza", autorstwa Tadeusza Mazowieckiego, cenzura najpierw zatrzymuje, a następnie zakazuje publikacji. Trudno się dziwić, wyzierają z niego wyjątkowa arogancja i zła wola każdego szczebla władzy. Najpierw dyrekcja w ogóle nie chce rozmawiać z przedstawicielami Episkopatu, a gdy już udaje się im przekonać, że oni są "legalni", wszystkie ich argumenty o konieczności pertraktacji ze strajkującymi napotykają mur niezrozumienia. I to zarówno przed, jak i po pacyfikacji w Nowej Hucie.

- Jedynym efektem naszych prób podejmowanych na tym etapie był pewien minimalny wpływ na uregulowanie wzajemnego współżycia między dyrekcją a strajkującymi robotnikami - napisze T. Mazowiecki. - Kordony milicji nie chciały przepuścić wyjeżdżającej ze stoczni karetki pogotowia z ciężko chorym człowiekiem. Dzięki temu że mogliśmy tę sprawę przedstawić dyrektorowi, który, jak twierdził, nic o tym nie wiedział, karetka mogła wyjechać. Nic nie daje też podjęta przez A. Wielowiey-skiego interwencja w Komitecie Wojewódzkim PZPR, który decyduje się wrócić do Warszawy, aby zdać relację w sekretariacie Episkopatu.

Światełko w tunelu pojawia się dopiero w piątkowe popołudnie 6 maja, gdy do stoczni przyjeżdża ks. Bryk z pismem od biskupa gdańskiego do Lecha Wałęsy. Jest inicjatywa władz, jest zaproszenie do spotkania w kurii. Szybka decyzja: przysłanym samochodem wyjeżdżają przedstawiciele komitetu strajkowego Brunon Baranowski i Jan Górczak oraz doradcy Tadeusz Mazowiecki i Lech Kaczyński. Decydują się podjechać wcześniej na plebanię kościoła św. Brygidy, więc zabieram się z nimi, aby opowiedzieć o ostatnich wydarzeniach w stoczni i zorganizować potrzebną pomoc materialną, zaczyna bowiem brakować żywności i koców.

Efektem dwóch spotkań (również następnego dnia rano) jest decyzja o rozpoczęciu rozmów z dyrekcją jeszcze tego samego dnia po południu. Do wymienionych dołączają Alojzy Szablewski i Jarosław Kaczyński, a także Władysław Siła-Nowicki, członek Rady Konsultacyjnej przy przewodniczącym Rady Państwa, który przybył do stoczni dzień wcześniej. Rozpoczynają się trzydniowe, wielogodzinne rozmowy, co do przebiegu których Tadeusz Mazowiecki nie pozostawia złudzeń: Nie widziałem w tych rozmowach dobrej woli, uszanowania strajkujących, jakiejkolwiek chęci wyjścia naprzeciw, żeby się spotkać się gdzieś w pół drogi, co jest zasadą wszelkich rokowań. Widziałem jedynie chęć dokonania takiego zapisu, który miałby formę dyktatu.

Tymczasem wśród strajkujących atmosfera staje się coraz bardziej nerwowa, zacieśnia się blokada milicyjna wokół stoczni, coraz częściej dochodzą informacje o pobiciach tych, którzy chcieli się dostać do środka, nasilają się nocne prowokacje. W stołówce dla kierownictwa trwają niekończące się narady komitetu strajkowego, mijają ultymatywne terminy wyznaczane przez dyrekcję. Mecenas Siła-Nowicki przekazuje niepokojące wiadomości od generała Kiszczaka, który podobno traci cierpliwość. Grupa negocjująca jest w stałym kontakcie z biskupem gdańskim, który niczego im nie narzuca, ale ukazuje różne aspekty sytuacji i ewentualnych decyzji. Tę o zakończeniu strajku uznaje za bardzo dobrą. - Duch Święty was oświecił - mówi do stoczniowców.

Z podniesionym czołem

Trudno zapomnieć o tym, co się działo w późnych godzinach popołudniowych 10 maja, po przeprowadzonym na oczach niemal wszystkich stoczniowców głosowaniu komitetu strajkowego nad decyzją o opuszczeniu stoczni, podjętą przy dwóch głosach sprzeciwu. Ogromne zaskoczenie większości, zawód, rozpacz, głośny protest i łzy. Tym starszym, z większym doświadczeniem jakby łatwiej było pogodzić się z tym, że nie ma innego rozwiązania. Ale młodzi są niecierpliwi, ich nie przekonują słowa Wałęsy, Szablewskiego i Mazowieckiego, którzy starają się uzasadnić słuszność tej decyzji.

Wałęsa zabiera głos ponownie: Ja całkowicie jestem z tymi młodymi ludźmi, całkowicie jestem. Ale oprócz tego jest jeszcze kraj, jest jeszcze odpowiedzialność, oprócz tego jest jeszcze przyszłe zwycięstwo. Dlatego jeszcze raz powtarzam: mogliśmy żebrać albo mogliśmy walczyć dalej, ale nic by to nie dało. To była wielka lekcja, straszliwa lekcja. Dla nas, dla kraju i dla tej władzy. Kto z niej wyciągnie właściwe wnioski, to się jeszcze okaże. Na razie buta, nieposzanowanie robotników zwyciężyły. Na razie.

Wtedy nikt nie przeczuwa, ile w tych słowach jest intuicji, ale coraz więcej osób mu ufa, zwłaszcza gdy podchodzi do tych najgłośniej protestujących. Zresztą nie ma zbyt wiele czasu na dyskusje, wyjście jest bowiem przewidziane na godzinę 20, a trzeba jeszcze posprzątać pomieszczenia.

Zanim się otworzy druga brama, wszyscy zgodnie śpiewają hymn i co chwilę skandują: Nie ma wolności bez Solidarności! Ten okrzyk towarzyszy też w drodze do kościoła św. Brygidy tego trochę żałobnego pochodu, na którego czele, wraz z komitetem strajkowym, idą osoby wspomagające, m.in. prof. Muszkowska-Penson (która podczas strajku wspólnie z dr. Jerzym Umiastowskim zapewniała pomoc medyczną), Tadeusz Mazowiecki, Andrzej Celiński, Aleksander Hall, Lech Kaczyński, Jarosław Kaczyński, Bogdan Borusewicz, Krzysztof Wyszkowski, Krzysztof Dowgiałło. Są krzyż, strajkowe flagi, przybywa kwiatów wręczanych przez gdańszczan z okrzykami podziękowania. Stoczniowcy coraz wyżej podnoszą głowy, już nie czują się przegrani, gdy w stoczniowej świątyni proboszcz mówi o ich moralnym zwycięstwie, a biskup gdański dziękuje za ich postawę.

***

Kilkanaście lat po tamtych wydarzeniach najbardziej aktywnym uczestnikom majowego strajku Alojzy Szablewski wręczył pamiątkowe legitymacje, uznając, że to właśnie tamten zryw był pierwszym krokiem na drodze odrodzenia Solidarności, a jego doświadczenia pozwoliły lepiej zorganizować strajk sierpniowy, który przyniósł zapowiedź rozmów i w efekcie okrągłostołowe ustalenia.

FLESZ: Kiedy będzie wiosna? Zwierzęta dają sygnały.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie