Zabójstwo w Bolszewie. Złodziej jedynym świadkiem mordu?

Jacek Wierciński
Dla 50-letniego Stanisława D. śledczy chcą 25 lat więzienia. Ich zdaniem włamywacz Krzysztof S. przez zwykły zbieg okoliczności znalazł się mieszkaniu państwa D. akurat w momencie zabójstwa.
Dla 50-letniego Stanisława D. śledczy chcą 25 lat więzienia. Ich zdaniem włamywacz Krzysztof S. przez zwykły zbieg okoliczności znalazł się mieszkaniu państwa D. akurat w momencie zabójstwa. Piotr Hukało
Podejrzany o brutalne zabójstwo żony spędził 3 lata w areszcie nim sąd uznał jego niewinność. Stanisławowi D. grozi jednak powrót za kraty, bowiem prokuratura z wyrokiem się nie zgadza.

- Pamięta pan film „Ścigany”? - pyta adwokat Paweł Brożek i opowiada historię swojego klienta oskarżonego o zabójstwo żony. Oskarżycielka - prokurator Alina Wojdyr - przyznaje, że okoliczności morderstwa były niewiarygodne i nadają się na scenariusz filmowy, ale żadnego podobieństwa Stanisława D. do postaci granej przez Harrisona Forda nie widzi. Dla 50-letniego uniewinnionego mężczyzny wciąż chce 25 lat bezwzględnego więzienia i szykuje apelację.

D. z lekkim brzuszkiem, ma krótkie szpakowate włosy i coraz wyraźniejsze zakola. To nie hollywoodzka aparycja. Filmowy doktor Richard Kimble był cenionym chirurgiem, on zaś handlował skarpetami i majtkami na gdańskim bazarze. Według mecenasa Brożka, tak samo jak bohater filmowego hitu sprzed dwudziestu lat - niewinny, Stanisław odpowiadał przed sądem za najpoważniejsze przestępstwo, którego nie popełnił. Koszmar rozpoczął się wieczorem 29 października 2012 roku w podwejherowskim Bolszewie.

Wersja obrony

Tuż po siódmej wieczorem Stanisław D. wychodzi do sklepiku po piwo. Kiedy wraca do domu żona, Joanna leży we krwi na podłodze w salonie. D. dzwoni po karetkę, jest w szoku - mówi dyżurnemu, że 33-latka spadła ze schodów, azamiast próbować jej pomóc zaczyna sprzątać mieszkanie. Tymczasem kobieta ma niemal 40 ran od noża. Nie żyje. Oprócz ratowników na miejsce przyjeżdżają policjanci, którzy „nie kupują” opowieści o tym, że tajemniczy morderca uderzył akurat w momencie, gdy D. wyskoczył po piwko.

- Jeśli nie ty to kto? - pytają dziesiątki razy. Lekko podpity mężczyzna bezradnie rozkłada ręce, które po chwili są już skute kajdankami. Wieczorem na komisariacie mięknie: - Tam przecież nie było nikogo innego. To chyba musiałem zrobić ja - mówi i to stwierdzenie potraktowane zostaje jak przyznanie się do winy.

- Moim zdaniem w sprawie Stanisława D. grzechem pierworodnym jest przyjęcie - jak się później okazało błędnego - założenia, iż w czasie popełnienia zabójstwa w miejscu zamieszkania małżonków D. była tylko ofiara i jej małżonek. Stąd wszystkie czynności policji i prokuratury zostały zdeterminowane tym założeniem. Doszło wręcz do tego, że oskarżonemu wmówiono, że nie pamięta, jak zabił własną żonę bo „urwał mu się film” - twierdzi mec. Brożek.

Zbieg okoliczności

Młyny sprawiedliwości mielą powoli. Po trzech tygodniach, kiedy śledczy wciąż głowią się, co zabójca zrobił z narzędziem zbrodni, przychodzi niespodziewany przełom. Na drugim końcu Polski, w Nowym Targu z podejrzeniem dokonania na kobietach dwóch rozbojów i kradzieży zatrzymany zostaje sąsiad państwa D. - Krzysztof S.

Mężczyzna, który w wieczór zabójstwa poprosił matkę, by spaliła zakrwawione ubranie - w roli świadka - opowiada policjantom o zabójstwie z Bolszewa. Krzysztof przyznaje, że chciał obrobić dom państwa D. Kiedy dostał się do środka i zaczął szukać pieniędzy, które miały być ukryte w piwnicy usłyszał, że na górze są gospodarze. Bezskutecznie próbował się wymknąć, gdy Stanisław wyszedł do sklepiku. Zdążył jednak zobaczyć sylwetkę handlarza bielizną wracającego z zakupów, a gdy ponownie skrył się w piwnicy, na górze usłyszał awanturę i krzyki kobiety.

S. twierdzi, że kiedy chciał się wydostać po raz kolejny, znalazł ciało Joanny i podczas próby ratowania jej życia, ubrudził się krwią. Szybko zdał sobie sprawę, że kobieta nie żyje. Sam zdołał jednak zachować stoicki spokój, bowiem przed ucieczką zdążył jeszcze zabrać ze stołu pieniądze.

Wyrok

Stanisława D. z zarzutu dokonania zbrodni oczyścił 5-osobowy skład sędziowski pod przewodnictwem sędziego Sebastiana Brzozowskiego. W uzasadnieniu uniewinniającego wyroku wobec Stanisława sędzia stwierdził, że zabrakło dowodów winy, a cały odtworzony przez śledczych przebieg wieczoru budzi duże wątpliwości.

Kluczowa dla orzeczenia Sądu Okręgowego w Gdańsku jest kwestia czasu. Jak określił sędzia Brozowski, w spowalniających kroki „laczkach czy ciapciach” Stanisław D. musiałby w ciągu trzech minut, jakie dzieliły moment wydruku paragonu za zakup piwa i połączenia z pogotowiem, zdążyć wrócić do domu, pokłócić się z żoną, zadać jej kilkadziesiąt ciosów nożem, a następnie - nim przyjechała policja - ukryć narzędzie zbrodni (którego znaleźć nie udało się do dziś). Zdaniem sędziów - to po prostu nierealne.

Na pytanie: czy to Krzysztof S. dokonał zabójstwa, sąd odpowiedzi nie szukał, bowiem to nie włamywacz został o zbrodnię oskarżony. Decyzję w sprawie postawienia w stan oskarżenia podejmuje prokurator.

Wersja oskarżenia

Prokurator Alina Wojdyr z Prokuratury Okręgowej w Gdańsku opowiada, że - wbrew sędziowskiemu uzasadnieniu - eksperyment w śledztwie dowiódł realizm scenariusza z aktu oskarżenia. Negujący taką możliwość eksperyment sądowy określa jako „mylnie przeprowadzony”.

- Jestem na 100 procent pewna, że to Stanisław D. zamordował swoją żonę. Zrobił to z zazdrości, to typ psychopatyczny, określony przez biegłych jako impulsywny. Miał motyw, sposobność i czas, by dokonać czynu. W toku procesu ustaliliśmy, że przemocy dopuszczał się już wcześniej - wobec pierwszej żony i dzieci z tamtego małżeństwa. Sąd pierwszej instancji wydając uniewinniający wyrok dopuścił się szeregu błędów w ustaleniach faktycznych, jednak głęboko wierzę, że sąd drugiej instancji nie powtórzy tych błędów - zastrzega prokurator.

Prok. Alina Wojdyr nie ma wątpliwości, że w sprawie zabójstwa niewinny jest z kolei Krzysztof S. - Nie widzę żadnych przesłanek, by wszczynać śledztwo przeciwko niemu, jego zeznania jako wiarygodne ocenili również biegli psychiatrzy - mówi.

Według śledczych, włamywacz rzeczywiście był tylko przypadkowym świadkiem, który przez zwykły zbieg okoliczności znalazł się mieszkaniu państwa D. akurat w momencie zabójstwa. Mordu dokonał Stanisław, który po zabójstwie wyciągnął ze swojego sejfu pieniądze i chciał upozorować zbrodnię na tle rabunkowym w czym przeszkodził mu tylko szybki przyjazd policji. D. sięgnął po nóż pod wpływem alkoholu a z równowagi wyprowadzić go mogła rozmowa z Joanną o jej zdradzie. O ponad dekadę młodsza od niego partnerka rzeczywiście spotykała się z innym handlarzem z targowiska. Dziś 50-letni D., w furii, na długo przed zabójstwem zniszczył telefon komórkowy, przy pomocy którego 33-latka kontaktowała się z kochankiem.

Bez końca

- Przed sądem dowiedliśmy, że mój klient o zdradzie żony wiedział na dwa miesiące przed tragedią, tymczasem oskarżenie twierdzi, że działał w wyniku wzburzenia - z zazdrości. Dlaczego w takim razie nie zabił od razu, na co czekał? - pyta retorycznie mec. Brożek.

Adwokat nie zgadza się z wyrokiem 1 roku i 4 miesięcy więzienia dla Stanisława D. za poboczny w całej sprawie wątek nielegalnego posiadania pistoletu gazowego. Tę część wyroku zamierza zaskarżyć, choć 50-latek wyrok dawno odsiedział z nawiązką i teraz może nawet domagać się odszkodowania za tymczasowe aresztowanie przez kolejne 1,5 roku, mimo braku winy.

- Stanisław D. jest winien. Po raz pierwszy w życiu tak głęboko nie zgadzam się z wyrokiem sądu, jak w przypadku rozstrzygnięcia pierwszej instancji - zaznacza prok. Alina Wojdyr, która również zapowiada apelację, ale w sprawie głównego zarzutu - zabójstwa.

Za kratami Stanisław D. wigilię spędził trzeci raz z rzędu i na wolność z Aresztu Śledczego w Gdańsku wyszedł tuż przed trzecim z rzędu sylwestrem. Wcześniej, w toku procesu dwa razy zdarzało się, że Sąd Okręgowy w Gdańsku uchylał areszt, ale po zażaleniu prokuratury, decyzją Sądu Apelacyjnego D. musiał wracać za kratki. Obrońca przekonuje, że już ten fakt wskazuje na wątpliwości jakie od początku budziła wina 50-latka, prokurator - wręcz przeciwnie - uważa, że decyzje „apelacji” tylko potwierdzały, że sędziowie uznawali „prawdopodobieństwo popełnienia czynu” za wysokie. Ich spór o to, czy Stanisław D. jest polskim „ściganym” rozstrzygnie Sąd Apelacyjny w Gdańsku, ale ciekawa sprawa ma też o wiele bardziej dramatyczne konsekwencje: zabójca 33-letniej Joanny D., kimkolwiek jest, przebywa na wolności.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie