"Zabij to i wyjedź z tego miasta" - mocny akcent na zakończenie pokazów konkursowych 45. FPFF w Gdyni.

Ryszarda Wojciechowska
Ryszarda Wojciechowska

Wideo

Mariusz Wilczyński swój pełnometrażowy debiut "Zabij to i wyjedź z tego miasta" realizował przez czternaście lat. Poświęcił temu jedną czwartą swojego życia. To nie tylko benedyktyńska robota. Ale też bardzo osobisty, intymny film.

Mocny akcent kończył pokazy konkursowe tego bardzo nietypowego festiwalu filmowego w Gdyni - pełnometrażowy film animowany Mariusza Wilczyńskiego "Zabij to i wyjedź z tego miasta".

Film animowany jest inną materią, niż film aktorski. I rzadko pojawia się na festiwalach. Ale jeśli przedostanie się przez eliminacyjne sito do konkursu głównego takiego festiwalu jak gdyński, to znaczy, że jest naprawdę tego wart.

I jest. Mariusz Wilczyński swój pełnometrażowy debiut "Zabij to i wyjedź z tego miasta" realizował przez czternaście lat. Poświęcił temu jedną czwartą swojego życia. To nie tylko benedyktyńska robota. Ale też bardzo osobisty, intymny film.

Wilczyński wraca w nim do przeszłości, do krainy wspomnień. Do własnego dzieciństwa i do niedokończonych rozmów z rodzicami. Ale to też filmowa, niełatwa opowieść o przemijaniu i o tym, co w życiu nieuchronne.

Ważnym przewodnikiem po filmie Wilczyńskiego jest muzyka jego przyjaciela Tadeusza Nalepy.

Sam reżyser pytany o genezę dzieła "Zabij to i wyjedź z tego miasta", odparł: - Pomyślałem, że muszę zrobić film o czymś, co mnie bardzo boli, uwiera. Film o mojej mamie, o moim ojcu. Dokończę w nim z nimi rozmowy, których nie skończyłem za życia, ponieważ nigdy nie miałem czasu. Zajmowałem się swoimi sprawami, swoimi filmami. I zawsze przekładałem telefon do mamy na jutro i znowu na jutro. I przyszedł ten moment, kiedy się okazało, że jutra, po prostu już nie ma i nie będzie. Miałem poczucie, że nie zdążyłem przed śmiercią mamy przytulić czy powiedzieć ojcu, że go kocham. I wtedy postanowiłem wykorzystać to swoje magiczne pudełko czyli animację, dzięki której przywrócę ich do życia. I postaram się to wszystko naprawić.

Pierwszym aktorem o którym do swojego filmu Wilczyński pomyślał, była Irena Kwiatkowska, której słuchał w dzieciństwie, jak czytała bajki. Wiedział, że musi się spieszyć, bo Irena Kwiatkowska miała już wtedy ponad 90 lat. Ale kiedy ją nagrał w Domu Aktora w Skolimowie, w którym mieszkała, wiedział już jaki pozyskał skarb.

Później poprosił Andrzeja Wajdę, który raz się zgadzał dać swój głos, raz odmawiał, ale ostatecznie przystał na pomysł. I ta scena w pociągu z bohaterem, któremu głosu użyczył właśnie Andrzej Wajda jest jedną z takich perełek w tym filmie.

- Nigdy nie zapomnę, jak zwróciłem się do pani Krystyny Jandy - wspominał też reżyser. Pamiętam jak odebrała telefon. Nie powiem, żeby była szczęśliwa, że jakiś animator do niej dzwoni. i powiedziała: - No dobrze, jak już pan do mnie zadzwonił, to niech mi pan wyśle ten scenariusz. Wysłałem z tremą. I następnego dnia przyszedł mail, w którym było napisane: szanowny panie, zadziwił mnie pan. Jestem do pana dyspozycji KJ. I to było niesamowite przeżycie - opowiadał Mariusz Wilczyński.

Głosu w tym filmie udzielili nie tylko Krystyna Janda, Andrzej Wajda i Irena Kwiatkowska, ale też Marek Kondrat, Barbara Krafftówna, Andrzej Chyra, Daniel Olbrychski, Małgorzata Kożuchowska, Anna Dymna, Gustaw Holoubek, Magdalena Cielecka i Krzysztof Kowalewski.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie