Z obsady „Hamleta” Wajdy została już tylko Ofelia i... Grabarz

Gabriela Pewińska
Krystyna Łubieńska jako Ofelia i Edmund Fetting jako Hamlet. Teatr Wybrzeże, premiera - 14 sierpnia 1960 roku Tadeusz Link/ Dział Teatralny MNG
Pożar na gdyńskiej scenie Wybrzeża strawił wszystkie kostiumy i dekoracje z naszego przedstawienia - o „Hamlecie”, którego w 1960 roku wystawił w Gdańsku Andrzej Wajda mówi aktorka Krystyna Łubieńska.

Została tylko Ofelia... I Grabarz. W dodatku Drugi.

???
Tej nocy obudziłam się o czwartej. Nie wiedzieć czemu, nigdy nie budzę się o tej porze. Włączam radio i słyszę: Wajda nie żyje. Pierwsze, co pomyślałam: Dlaczego wciąż ja żyję? Pani może wie?

???
Miotałam się, co z tą wiadomością zrobić. Do kogoś zadzwonić? Wyjść z psem? Rozpłakać się? W końcu wyciągnęłam z szafy wszystkie programy teatralne. W tym ten z „Hamleta” z 1960 roku. Przeleciałam wzrokiem obsadę. Hamlet - nie żyje. Poloniusz - nie żyje. Nie ma ani Gertrudy, ani Fortynbrasa. Do nieba poszedł Horacy. Blisko dwudziestka aktorów już na tamtym świecie. A teraz on, reżyser i scenograf w jednej osobie, Andrzej Wajda. Ten, który tą swoją długą, aktywną obecnością trzymał niejako tamtą ekipę wśród żywych. Teraz zostałam tylko ja.

I Grabarz, wspomniała Pani...
Drugi. O! [aktorka śledzi listę nazwisk w programie teatralnym - dop. red.]. Jeszcze Marcellus... Dlaczego i ja wciąż żyję?

Pytała Pani, ale ja nie wiem, jak to działa.
Ten program z „Hamleta” z 1960 roku w teatrze Wybrzeże... Tu dedykacja: „Z podziękowaniem za rolę Ofelii. Andrzej Wajda”. Na innym egzemplarzu: „Dla Krystyny, po latach”... A tu książka, którą wydano z okazji przyznania mu doctora honoris causa UG. Napisał: „Z dawną i serdeczną przyjaźnią”... Bardzo mnie to wzruszyło. Gdy nadano mu tytuł Honorowego Obywatela Gdańska, wręczył mi książkę z podpisem: „Na pamiątkę naszych teatralnych zmagań nad „Hamletem”... Ładne, co?

Czytaj też: Andrzej Wajda Honorowym Obywatelem Gdańska [ZDJĘCIA]


Dobrze pamięta Pani tamten spektakl sprzed 56 lat?

To było dla mnie ogromne przeżycie. Ale w jaki sposób budowałam swoją postać, co o niej myślałam, jakich środków wyrazu używałam, jak operowałam słowem - tego nie wiem. Jedno mogę powiedzieć, tamto przedstawienie to było niezwykle nowatorskie dzieło. A do tego Wajda szanował aktora. Dawał aktorowi wolność. Szukał w nim prawdy.

Co to znaczy?
Tylko prawda wywołuje wzruszenie na widowni. On umiał ją z aktorów wydobyć. Był otwarty na wszelkie sugestie. Umiał słuchać. Nie narzucał. Nie wściekał się. Wiem to, bo któregoś dnia niechcący - do dziś nie mogę w to uwierzyć! - przerwałam próbę, i to trzecią generalną! Gotowy spektakl właściwie. Dla laika to pewnie nic wielkiego. Ale ludzie teatru wiedzą, że takich rzeczy aktorowi robić nie wolno.

Dlaczego przerwała Pani trzecią generalną?
Chciałam wrócić do sceny z Laertesem, którego grał Zenon Dądajewski (świeć Panie nad jego duszą!) - coś mi nie pasowało, spytałam go o to, namawialiśmy się... Przerwałam spektakl odruchowo. Gdy sobie uświadomiłam, co narobiłam, zamarłam... A Wajda, który powinien był, jak każdy normalny reżyser, dostać szału, wcale się nie zdenerwował, tylko spytał z widowni: - O czym tam rozmawiacie? Też chciałbym wiedzieć!

Podczas pracy nad tym spektaklem ponoć walczył w jego głowie scenograf z reżyserem. Przedstawienie, jak uważano, to było przenikanie się filmu i teatru, co niestety, nie wypadło korzystnie dla całej realizacji. Mimo życzliwej krytyki, furory ów „Hamlet” nie zrobił.
Bardzo się w ten spektakl zaangażował. Nie pamiętam, żeby coś jadł albo pił. Ani żeby chodził z aktorami na wódkę. Może nawet nie spał. Ten spektakl nim zawładnął. Wszystko robił sam. Także kostiumy. Jego projekty wywodziły się z natchnień Wyspiańskiego, tak mówił.

Ale scenografia Wajdy nie wszystkim przypadła do gustu. Pisano: „Aktorzy wycierają głowami sufity na krużgankach i piętrach; wyglądają jak wielkoludy w krainie liliputów. Brak powietrza i przestrzeni. (…) Gdyby ją montować na zasadzie taśmy filmowej - mogłoby być świetnie”.

Sukcesem był jego pierwszy spektakl na gdańskiej scenie „Kapelusz pełen deszczu”, no ale to było absolutnie „filmowe” podejście do teatru, bardzo mu bliskie. Poza tym główną rolę powierzył Zbyszkowi Cybulskiemu… Szalenie nowoczesna forma! Absolutny przełom w teatrze. Ale i „Hamlet” bardzo się podobał! Czesi, gdy pojechaliśmy tam na gościnne występy, nosili nas na rękach! W Brnie, dosłownie ściągano nas ze sceny i adorowano na ulicach. Nowy sezon mieliśmy zacząć w Gdańsku „Hamletem” właśnie. Którejś nocy budzi mnie telefon. Dzwoni - proszę sobie wyobrazić - panienka z centrali telefonicznej! Krzyczy przerażona: - „Proszę pani, teatr się pali!”. Pożar na gdyńskiej scenie Wybrzeża strawił wszystkie kostiumy i dekoracje z naszego przedstawienia. Nawet Hamletowski żabot Fettinga.

Ten słynny…

Fetting w ogóle nie wyglądał jak aktor. Taki miał styl ubierania, raczej nieartystyczny. Wszystko zapięte na ostatni guzik. Perfekcjonista. Kiedyś aktor Tadeusz Gwiazdowski dopadł mnie w kulisach i mówi: Jak zgodzisz się pocałować Fettinga, to dostaniesz czekoladę... - Ja i bez czekolady mogę go pocałować! - zdziwiłam się. Fetting zawsze mi się podobał. Był przystojny i delikatny. Pamiętam, jak cały zespół ruszył za mną, by zobaczyć, jak rzucam się Fettingowi na szyję. A on stał w kulisach w białej koszulce Hamleta. Podbiegłam... Gwałtownie mnie powstrzymał: „Uważaj! Pognieciesz! Pognieciesz mi żabot!”. Ale czekoladę dostałam.

Dlaczego to Fetting, a nie ulubiony aktor Wajdy - Cybulski zagrał Hamleta?

Myślę, że Zbyszek był tak silną osobowością, że rozsadziłby ten spektakl od środka. Ale słyszałam, że przyczyny były bardziej prozaiczne. Zawsze miał kłopoty z nauczeniem się tekstu na pamięć…

Radiu Gdańsk Andrzej Wajda wyznał dwa lata temu: „Dzisiaj bez chwili namysłu wziąłbym Cybulskiego niezależnie od wszystkiego. Miałby napisane teksty na kulisach, na podłodze, na dekoracji i rekwizytach, byle tylko on grał. On by stworzył inną postać Hamleta. Jaką? Właściwie na to pytanie nie możemy odpowiedzieć, bo był człowiekiem natchnionym, artystą”. Jako Ofelia miała Pani piękne recenzje: „dojrzały warsztat aktorski w połączeniu z dziewczęcą, poetycką aparycją”.
Reżyserski kunszt Wajdy mnie jako aktorkę niejako naznaczył. Ten spektakl wytyczył mi drogę, choć byłam już po kilku innych dużych kreacjach. Zresztą po 50 latach wróciłam do tej roli. Któregoś dnia zadzwonił telefon. Po drugiej stronie - Zorka Wollny, reżyserka, wizualistka. Pyta: - Pani grała u Andrzeja Wajdy Ofelię? Ja: - Tak, pół wieku temu. Ona: - A czy mogłaby Pani teraz tę rolę zagrać u mnie? Pomyślałam, że to jakiś żart! Ale kiedy spotkałyśmy się i ona opisała mi swój projekt, spodobało mi się, choć przyznam, że trochę bałam się tego powrotu...

Ale przełamała się Pani.
W spektaklu „Ofelie. Ikonografia szaleństwa” wystąpiło jedenaście aktorek, które były Ofeliami w różnych inscenizacjach na przestrzeni pięciu dekad. Pamiętam, jak spytały mnie, w którym roku grałam swoją. No to mówię. A one na to: - A tak naprawdę? Nie mogły uwierzyć! Dla nich „50 lat temu” to prehistoria! Wszystkie w tym przedstawieniu rozgrywamy tę samą, finałową scenę obłędu.
Musiałam przygotowywać się do tej roli sama, w zaciszu własnego mieszkania. Kiedy uczyłam się tekstu, wróciły wspomnienia... Bardzo to sentymentalne powroty. Do moich początków gry w teatrze. Do tamtego spektaklu, do Wajdy... Przypomniałam sobie wszystkie jego uwagi, wręcz słyszałam jego głos. To był mój powrót do młodości. Opowiedziałam o tym Wajdzie, gdy przyjechał do Gdańska.
- Znów gram Ofelię - pochwaliłam się. Był zdumiony moim wyznaniem. Ale gdy wytłumaczyłam, w czym rzecz, bardzo się projektem zainteresował. Chyba mu się spodobało to szaleństwo…

Czytaj również: Andrzej Wajda nakręcił 40 filmów. Czy można wskazać najlepszy?

Wiosną przyjechała Pani spotkać się z nim w Europejskim Centrum Solidarności. Prezentował tam swoje rysunki. Poruszał się na wózku. Pamiętam, jak padła Pani przed nim na kolana... Wszyscy zamarli.
Cóż ja mogłam zrobić innego?! Te „kolana” to było za mało! Tylko tak mogłam okazać swoje wzruszenie. A ludzie byli zaskoczeni, bo ostatnio raczej mało kto pada przed kimś na kolana. Może już niewielu jest takich ludzi jak Wajda?

Łączyła Panią z nim, jak napisał w dedykacji, „dawna, serdeczna przyjaźń”. Co to właściwie była za relacja? Dziwna jakaś. Nie korespondowaliście. Nie telefonowaliście do siebie. Od czasu, gdy zagrała Pani w jego spektaklu, przez te wszystkie 56 lat, to ledwie krótkie gdańskie powitania i pożegnania. A emocje, jak gdyby witała się Pani z kimś bardzo bliskim.
Na początku jego artystycznej drogi zagrałam jedną z ról swojego życia. Do końca pozostanie dla mnie kimś ważnym.

Jak wygląda teraz Pani krajobraz po Wajdzie? Jest tak daleko, ale chyba zawsze był?
Był. I daleko, i blisko.

Lech Wałęsa o Andrzeju Wajdzie: On naprawdę był przyjacielem

Krystyna Łubieńska va scenie Teatru Wybrzeże pojawiła się po raz pierwszy 1 października 1958 roku, jako Piękna Helena w sztuce „Wojny trojańskiej nie będzie”. Grała główne role w spektaklach Bohdana Korzeniewskiego, Andrzeja Wajdy, Jerzego Golińskiego i Zygmunta Hübnera. Niejednokrotnie gościła na srebrnym i szklanym ekranie, była również związana z teatrem radiowym.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

b
belefer

Może jednak należało przez grzeczność przypomnieć, że jako drugi grabarz wystąpił Tadeusz Wojtych.

Dodaj ogłoszenie