reklama

Z nosidełkiem na kraj świata

Irena ŁaszynZaktualizowano 
Każdego  globtrotera kiedyś sen zmorzy. Czteroletni Jędrek Szymański podczas wyprawy na niewielkie wyspy w pobliżu zachodniego wybrzeża Kostaryki
Każdego globtrotera kiedyś sen zmorzy. Czteroletni Jędrek Szymański podczas wyprawy na niewielkie wyspy w pobliżu zachodniego wybrzeża Kostaryki www.blog.szymanskich.net
Przedzierają się przez dżunglę, przemierzają stepy i pustynie. Sypiają w jurtach, namiotach beduinów, tanich hotelikach i pod gołym niebem. Jadają to co tubylcy. Nawet baranie wnętrzności i smażone pająki! W dodatku, w te podróże na kraj świata zabierają swoje dzieci. Niekiedy kilkumiesięczne.

Pierwszą wyprawę do dżungli zaliczyli w Malezji. Alicja miała półtora roku, podróżowała w nosidełku, na plecach taty. Spotkanie z tropikalną przyrodą jakoś szczególnie jej nie zachwyciło.

- Wilgoć, wysoka temperatura, zaduch jak w szklarni - wspomina Michał Szymański, globtroter z Gdańska. - Pot zalewał oczy, zwłaszcza gdy się wspinaliśmy pod górę. Widoki żadne, bo przed nami zielona ściana, pod nogami pomarańczowa ziemia i gnijące rośliny. Mroczno, wręcz ciemno. No i jeszcze te pijawki spadające z drzew i wpijające się w skórę. Krzywdy wprawdzie nie robiły, bo były małe, ale wyglądały dosyć obrzydliwie.

Wracajmy do domu

Alicję udało się przed pijawkową inwazją uchronić, ale ojcu usiłowały nieco krwi utoczyć.
Niemniej - do dżungli wracali. Bo pół roku później pojechali do Singapuru i zostali w Azji na rok. - Ale tu bałagan! - skomentowała 2,5-letnia Ala, gdy weszli w tropikalną poplątaną gęstwinę po raz kolejny. Nie protestowała jednak, bo już do takich wyzwań przywykła. Podróżowała z rodzicami "od zawsze". Ba! Po tym rocznym pobycie w Singapurze, gdy wrócili do Polski, po trzech dniach zaczęła się domagać, by wracać "do domu"…

Miała 10 miesięcy, gdy po raz pierwszy zabrali ją w świat, do Maroka.

- Chcieliśmy, żeby było bezpiecznie, interesująco i tanio - opowiada Michał Szymański. - Okazało się jednak, że plan podróży bardziej ułożyliśmy pod siebie niż pod córkę. Przesadziliśmy z liczbą odwiedzanych miejsc, w ciągu dwóch tygodni pokonaliśmy bowiem 2000 kilometrów.

Poruszali się publicznymi środkami lokomocji, bo podobnie jak inni "backpackersi", czyli plecakowcy - nie uznają zorganizowanych wycieczek i pośrednictwa biur podróży. Mnóstwo czasu spędzali więc w autobusach, raczej mało komfortowych. I parę razy Alicja odmówiła współpracy, np. podczas przeprawy przez Atlas Wysoki, na fatalnej górskiej drodze, zwracając obiad i śniadanie, albo podczas 10-godzinnej drogi do Fezu, gdy prawie pięć godzin płakała. Oczywiście, wyciągnęli wnioski i kolejne wyprawy były mniej forsowne.

Te kolejne - to najpierw Malezja. Dżungla, ciepłe morze, malownicze wyspy. Na Borneo małpy zaglądały do okien. W wynajętym domku biegały jaszczurki, wędrowały mrówki, fruwały rozmaite owady. Mała sypiała pod moskitierą, przypominającą parasol bez rączki. Nie skarżyła się. Potem było Chile. Nawet 31-godzinną podróż do punktu startowego, głównie samolotem, trzyletnia Alicja zniosła w miarę dobrze.

Piknik z gejzerami

- Podczas lotu do Santiago de Chile miała posłanie na kocyku, u naszych stóp - mówi tata. - A potem sypiała z nami pod namiotem, przez trzy tygodnie.

Wspólnie przemierzali pustynię Atacama, biwakowali na terenie Parku Narodowego Pan de Azucar, odbywali treking w okolice najwyżej na świecie położonych gejzerów El Tatio, na wysokości 4300 m n.p.m. Nawet kosztowali gotowanych w gejzerze jajek na twardo!
Im córka była starsza, tym było łatwiej. Treking w stronę wulkanu Arenal w Kostaryce? Proszę bardzo. Skuterem po Bali? Ależ tak. Gdy pojawił się na świecie Jędrek, też zaczął im w niektórych wyprawach towarzyszyć. Ale on zjeździł mniej świata.
- Widzę między nimi różnicę - mówi Michał Szymański. - Alicja, dziś 10-letnia, jest otwarta, ciekawa nowych miejsc i smaków. Sześcioletni Jędrek jest bardziej zachowawczy. Nieznane potrawy? Brrr... Tylko frytki!

Świat all inclusive

Świat się skurczył, stanął otworem, ale rodziców plecakowców za wielu po nim nie krąży. Owszem, maluszki latają z mamami wyczarterowanymi samolotami do Tunezji czy na Kretę, pluskają się w hotelowych basenach i huśtają pod palmą, w ramach oferty all inclusive. Przeważnie jednak nosa za hotelową bramę nie wystawiają. Mamy uważają bowiem, że to zbyt męczące, niebezpieczne i… nudne.

Są też takie, które twierdzą, że dziecko w ogóle nie powinno podróżować. Albo więc siedzą z nim w domu i czekają, aż dorośnie, odmawiając sobie wyprawy nawet nad pobliskie jezioro. Albo podrzucają dziecię babci. A babcie, jak to babcie, przyjmują je z otwartymi ramionami. No bo kto to widział, żeby się pchać z maleństwem w nieznane? Jeszcze się w życiu najeździ…

Dominika i Radek Kwiatkowscy oświadczyli rodzicom już na początku, gdy ledwie się pierwsza córka pojawiła na świecie, że będą podróżować z dzieckiem.

- Albo razem, albo wcale - zapowiedzieli. - Dla dziecka jest ważne, by być z rodzicami, niewygody i cała reszta nie mają znaczenia. A ciekawość świata trzeba wzbudzać od pieluch.

Nie pomogły protesty. I argument, że i oni powinni od dziecka odpocząć.

Zaczęli ostrożnie, od Beskidu Sądeckiego, z półroczną Arlettą w nosidełku. Następnie odbyli namiotową wyprawę do Włoch. Wreszcie zdecydowali się na Egipt, kiedy córka miała niecałe trzy lata. Nie zwiedzali tego kraju z wycieczką, chociaż byli i w Luxorze, i w Dolinie Królów. Poruszali się publicznymi środkami transportu, ignorując ostrzeżenia "zorganizowanych" turystów, podróżujących karnie w autokarowych konwojach, straszących terrorystycznymi zamachami czy porwaniami. Byli zachwyceni.

Are you christians?

Ale pewnego dnia, gdy jechali autobusem linii Upper Egypt z Hurghady do Luxoru, zrobiło się gorąco. Po trzech godzinach jazdy kierowca zatrzymał się bowiem na totalnym pustkowiu, a tubylcy pospiesznie opuścili pojazd. Została tylko trójka Kwiatkowskich. Przypomnieli sobie autobusową masakrę sprzed kilku lat, pomyśleli o dżihadzie. Zanim się do końca wystraszyli, współpasażerowie wrócili, bo jak się okazało, między skałami znajdowała się jedyna w promieniu 150 km toaleta i sklepik z zimnymi napojami.
Niestety, razem z nimi weszli do autokaru dwaj mężczyźni w czarnych skórzanych kurtkach. Jeden stanął przy drzwiach, drugi skierował się w stronę białych turystów. Miał groźną minę. - Are you christians? (Czy jesteście chrześcijanami?) - zapytał. Spojrzeli po sobie, nie wiedząc, czy mówić prawdę, czy też w obliczu zagrożenia skłamać. Zanim Radek odpowiedział "yes!", wydawało się, że minęła wieczność. "Terrorysta" nachylił się nad nimi i drążył dalej: - Orthodox? Dominika, oczami duszy widząc najbardziej krwawe sceny z telewizji Al Jazeera, a jednocześnie pamiętając, że każdy stereotyp to mit, odrzekła: - We're catholics! I wtedy Arab sięgnął za dekolt. Uśmiechnął się i wyjął… złoty krzyżyk. On też był chrześcijaninem. A ten przerażający numer wykręcił zapewne także innym turystom.

Egipt ich zauroczył. Do tego stopnia, że równo dziewięć miesięcy później na świat przyszła ich druga córka. Nazwali ją Aisza. Takie imię nosiła niezwykle przez wszystkich szanowana żona proroka Mahometa, twórcy islamu. Po trzech latach i ją zabrali do Egiptu. A także - małego kuzyna.
- Było rewelacyjnie - mówi o tej wyprawie Dominika. - Nie nudziliśmy się ani my, ani dzieci. Od razu umówiliśmy się: będą dwa dni zwiedzania, a potem dwa dni szaleństwa na placach zabaw. Najpierw piramidy, potem łódka ze szklanym dnem. Taka nagroda za wytrzymałość.
Zwiedzanie Skunksa

A wyprawa do Gizy też się dzieciom spodobała. "Babciu, widziałam Skunksa!" - meldowała potem mała Aisza, mając na myśli, rzecz jasna, słynnego lwa z głową faraona Chefrena.

Potem były Tunezja i Maroko. Typowy wyjazd backpackerski, w ramach couchsurfingu, czyli wymiany gościnności. Na zasadzie: ja mieszkam u ciebie, ktoś inny zatrzyma się kiedyś u mnie. Za darmo. Dzięki takiemu podróżowaniu koszty radykalnie się zmniejszają. Dwutygodniowa samolotowa wyprawa do Maroka, z przeprawą przez Atlas Wysoki i wioską M'Hamid, w której kończy się asfalt, a zaczyna Sahara, z mnóstwem atrakcji i spaniem w namiotach nomadów, z których przez utkany z owczej wełny dach można podziwiać gwiazdy, to koszt ok. 1000 zł na osobę. Właśnie o te koszty wypytywali ich głównie uczestnicy spotkań podróżniczych w Centrum Zabaw Twórczych Edward w Gdańsku, które wojaże z dziećmi propaguje. I dziwili się, że to trzy razy taniej niż w Sopocie.

Kwiatkowscy uważają, że dzieci otwierają wszystkie bramy. Dzięki nim znajdują się miejsca w zatłoczonych autobusach i hotelach, zapraszają nieczynne muzea, a przechodnie rozpływają się w uśmiechach. "Całuj to dziecko ode mnie każdego dnia" - powiedział im kiedyś pewien Arab, podwożąc tam, gdzie chcieli.

Autostop na dziecko

Michał Guć, globtroter, a na co dzień wiceprezydent Gdyni, podkreśla, że nawet autostop z dzieckiem łapie się jak taksówkę. Wystarczy stanąć na poboczu. Przekonał się o tym, gdy razem z żoną Iwoną i małym Maciusiem postanowił przemierzyć stopem Hiszpanię i Portugalię. Syn miał wtedy pięć miesięcy, większość czasu przesypiał, a jadał wyłącznie z piersi mamy. Zanim wyjechali, wszyscy życzliwi pukali się w głowę. Niektórzy zresztą do dziś uważają, że te ich wyprawy to szaleństwo. Pomimo że Maciek ma już dziewięć lat, zwiedził 30 krajów na trzech kontynentach i zaliczył 18 wypraw.
- Decyzja, by od samego początku podróżować z synem, była jedną z najlepszych, jakie podjęliśmy w życiu - podkreśla Michał Guć. - Bo podróże to bycie razem na 500 procent. To przeżywane wspólnie przygody, to wspólne trudy i zadziwienia, które potem razem się wspomina. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której świadomie mógłbym wyrzucać dziecko poza nawias rodziny, tłumacząc mu, że to co najpiękniejsze w naszym życiu nie jest dla niego. Podróże to także edukacja, otwieranie się na świat i ludzi, szkoła radzenia sobie w różnych sytuacjach. Takich doświadczeń dziecko nie zdobędzie u babci.

Tato, kup mi świerszczyka

Jasne, że podróżując z dzieckiem, trzeba pamiętać o zagrożeniach. Trzeba zwolnić tempo. Trzeba znaleźć czas na odpoczynek i drzemkę. Ale można się zdrzemnąć nawet w meczecie, a spać - w jurcie, szałasie, lepiance i pod gołym niebem. Im bardziej egzotycznie, tym lepiej. Gdy Maciek miał 1,5 roku, podróżowali po Stanach Zjednoczonych, rozbijając namiot w Dolinie Śmierci lub pod ogromnymi kaktusami w Saguaro National Parku. Kiedy miał trzy lata - jechali koleją transsyberyjską do Mongolii, 8 tys. kilometrów. W pociągu spędzili wtedy dwa tygodnie, kolejne dwa - w mongolskim stepie, i czuli się bosko. Po Afryce jeździli matatu - rodzajem busa, do którego kierowca wciskał kilkanaście osób, parę zwierząt i ładunek wielkości fortepianu. Jadali to, co tubylcy.

Nawet gotowane baranie wnętrzności! W laotańskiej dżungli poruszali się tyrolką, czyli "latali" w specjalnej uprzęży, uczepieni do liny rozciągniętej między drzewami. Spali w domku na drzewie, a jadali smażone pająki i koniki polne. "Tato, kup mi świerszczyka!" stało się najpopularniejszym tekstem tamtej podróży.

Maciek uwielbia wędrowanie po świecie, łaknie kolejnych wrażeń. W Malezji nurkował z fajką na rafie koralowej i pływał z rekinami. W Indonezji… prowadził lekcję angielskiego. To było tak: W Sumbawa Besar, stolicy wyspy Sumbawa, podczas parady z okazji Święta Niepodległości Indonezji spotkali nauczycielkę z tamtejszej szkoły. Kobieta, kiedy usłyszała, jak Maciek ładnie mówi po angielsku, zaprosiła ich na swoją lekcję. Poprosiła, by Maciek stanął przy tablicy i opowiedział o swoim domu, Polsce i podróżach. Stwierdziła, że w taki sposób najlepiej zachęci swoich uczniów do nauki obcego języka. I Maciek sprostał temu zadaniu. On bardzo szybko złapał bakcyla.

Czas na Polskę

Tata wspomina taką historyjkę: Syn ma cztery lata. Tłuką się kilka godzin z Bandar-e-Anzali do Ardabil w Iranie, rozklekotanym autobusem, bez szyb w oknach. Mały trochę podsypia, owinięty sztywnym z brudu kocem, pożyczonym od kierowcy. W autobusie hałas diabelny, silnik huczy, ludzie się przekrzykują. W pewnym momencie pojazd tak podskakuje na wybojach, że Maciek się budzi, prosi o picie, pociąga wodę z butelki. W końcu odstawia ją, przeciąga się mocno i mówi zachwycony: "To jest życie!".

Teraz Guciowie szykują się na Bałkany, Kwiatkowscy planują wyprawę do Syrii, a Michał Szymański… wycieczkę po Polsce. Żadna więc zagraniczna egzotyka, tylko Warszawa, Kraków i Wieliczka. Bo dzieci w różnych miejscach na świecie były, a do tej pory nie widziały stolicy Polski. Chyba czas.

FLESZ: Elektryczne samoloty nadlatują.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie