reklama

XIII Festiwal Szekspirowski za nami: Polski Szekspir górą

Jarosław Zalesiński
"Hamlet" The Wooster Group nie był, ściśle biorąc, kolejną interpretacją tekstu <br>
"Hamlet" The Wooster Group nie był, ściśle biorąc, kolejną interpretacją tekstu Paula Court
Zakończony w poniedziałek Festiwal Szekspirowski pogodził tych, którzy żyją w przekonaniu, że "trzynastka" przynosi pecha, z tymi którzy uważają ją za szczęśliwą liczbę. Niczym szczególnym bowiem nie różnił się od poprzednich edycji gdańskiej szekspiriady

Jak co roku obejrzeliśmy jedno czy dwa przedstawienia znakomite, jedno czy dwa bardzo dobre, kilka dobrych i kilka takich jakichś...

Prywatnie nie mam żadnego kłopotu ze wskazaniem największego festiwalowego wydarzenia, choć po teatralnych korytarzach i w ogólnopolskich gazetach opinie o występie The Wooster Group kursowały rozmaite. Dla mnie "Hamlet" słynnej amerykańskiej grupy był dużej miary teatralnym przeżyciem. Może rozczarowali się nim ci, którzy spodziewali się kolejnej oryginalnej wersji Szekspirowskiego dramatu? A przecież "Hamlet" The Wooster Group nie był, ściśle biorąc, kolejną interpretacją tekstu. Odtwarzając na scenie słynną filmową wersję z Richardem Burtonem z 1964 roku, Elisabeth LeCompte, reżyser, powiedział coś bardzo istotnego o naszym niewygodnym życiu na olbrzymim kopcu, usypanym z wcześniejszych dzieł i ich interpretacji. I powiedziała to w perfekcyjnym przedstawieniu.

Zastanawiającym esejem na scenie, mało zresztą mającym wspólnego z Szekspirem, okazało się także przedstawienie "Warum, Warum", wyreżyserowane przez inną światową znakomitość, Petera Brooka. Jeśli natomiast trzymać się sztuk trzymających się Szekspira, wymienić by trzeba było najpierw dwa polskie przedstawienia, wyróżnione w konkursie organizowanym przez Fundację Theatrum Gedanense na najlepszą polską inscenizację Szekspira. Pierwsze wyróżnienie przypadło gdańskiego teatrowi Wybrzeże i wyreżyserowanemu tu przez Szymona Kaczmarka "Poskromieniu złośnicy". Kaczmarek zobaczył w Szekspirowskiej komedii to, czego przed nim nikt nie odkrył. To nie historia wojny płci, tylko opowieść o młodych, pozbawionych życiowych drogowskazów ludziach, którzy w świecie nieobecnych ojców i wszechobecnej popkultury muszą na własną rękę szukać wzorców bycia mężczyzną i kobietą.

Nową, ciekawą wersją "Otella" podzieliła się też z widzami Agata Duda Gracz, która w łódzkim Teatrze im. Jaracza wyreżyserowała przedstawienie, nagrodzone w konkursie Złotego Yoricka wyróżnieniem honorowym. Jago, intrygantowi, który oplątał Otella swoimi kłamstwami, dorobiła wyraźną motywację. Jago, zdradzony nigdyś przez swą żonę, podświadomie szuka odwetu na swym rywalu i przyjacielu zarazem. Ich przyjaźń jest tak naprawdę pozorem, mistyfikacją. Ale czy nie takim samym pozorem jest miłość Otella do Desdemony, skoro Otello tak łatwo daje wiarę półsłowkom Jago? W przedstawieniu Dudy Gracz pierwszoplanowi bohaterowie są kimś innym na zewnątrz, w ludzkich oczach i opinii, a kimś innym wewnątrz. Wystarczy bardzo niewiele, czasem jeden impuls, aby poukrywane w nich kompleksy i winy zaczęły zmieniać ich życie w tragedię.
Spektakle zagraniczne w zestawieniu z polskimi produkcjami wypadły w tym roku bladziej. Owszem, "Ryszard III" Węgierskiego Teatru w Cluj był całkiem ciekawym opisem powstawania dyktatury, owszem, "Hamlet" Teatru Narodowego z Sibiu pokazał oryginale pomysły, choćby odgrywanie przez Gertrudę i Klaudiusza, a nie przez przyjezdnych aktorów, scenek "Pułapki na myszy"; ale daleko było tej sztuce do pojawiających się na wcześniejszych festiwalach przedstawień Rumunów. Anglicy, tradycyjnie, przekonywali, że granie Szekspira bez Bóg wie jakich fajerwerków daje w teatrze dobry efekt - tak jak w bezpretensjonalnej plenerowej wersji "Snu nocy letniej" teatru The Globe czy w tej samej komedii w wykonaniu grupy Propeller, która fragmenty inscenizacji rzemieślników zagrała jak grupa rekonstrukcji historycznej. Poza tymi jednak i paroma innymi jeszcze pojawiło się w tym roku trochę, a nawet jakby za dużo, produkcji półprofesjonalnych. "Kupiec wenecki" Bremer Shakespeare Company czy pierwsza premierowa produkcja gdańskiego Teatru w Oknie, czyli "Alchemik" Bena Jonsona, niech wystarczą za przykłady.

Wiem, to nieuniknione, nie ma na tym świecie takiego festiwalu, którego program składałby się z samych ważnych wydarzeń. Zawsze jest trochę owsa i trochę siana, a wybór należy już do publiczności. Niemniej chciałoby się, aby na gdańskim Festiwalu Szekspirowskim, aspirującym od lat do tytułu flagowej gdańskiej imprezy kultury wysokiej, rozziew między najlepszymi i najsłabszymi spektaklami był stopniowo coraz mniejszy. A jest stale taki sam.

Zmienia się natomiast bardzo wyraźnie imprezowa oprawa zaproszonych spektakli. Coraz więcej konferencji, wasztatów, spotkań, publikacji. Organizatorzy festiwalu od dawna zdradzali edukacyjne zacięcie. Chwała im za to. W ten sposób pracują na publiczność, jaka za lat kilka będzie szturmować festiwal w nowo wybudowanym Gdańskim Teatrze Szekspirowskim.

FLESZ: Elektryczne samoloty nadlatują.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie