Wykopywanie

    Zdjęcie autora materiału

    Dziennik Bałtycki

    Jest więcej danych przemawiających za istnieniem UFO, niż za różnymi wersjami zamachu na generała Sikorskiego - twierdzi prof. Jacek Tebinka z Uniwersytetu Gdańskiego, znawca polsko-brytyjskiej historii z lat II wojny światowej. - Decyzja o ekshumacji to traktowanie historii w kategoriach taniej sensacji. Z profesorem Jackiem Tebinką rozmawia Jarosław Zalesiński
    Zacznijmy od wersji spisku brytyjsko-polskiego. 3 lipca 1943 roku Sikorski w drodze powrotnej z wizyty w Armii Polskiej na Bliskim Wschodzie przylatuje na Gibraltar. Brytyjczycy zorganizowali mu tu potajemne spotkanie z sowieckim ambasadorem Iwanem Majskim.
    To nonsens. Stalin, po zerwaniu w kwietniu stosunków z rządem polskim, żadnego kontaktu z nim nie szukał. Ale gdyby nawet była potrzeba prowadzenia jakichkolwiek rozmów, nikt nie organizowałby spotkania w Gibraltarze. Sikorski znalazł się tam 3 i 4 lipca przypadkiem. Pierwotnie miał lecieć z Kairu do Algieru. Ale kiedy otrzymał od Churchilla depeszę, w której brytyjski premier gratulował mu sukcesów w pacyfikowaniu antyradzieckich nastrojów w armii Andersa i dodał, że oczekuje go w Londynie bardzo ciepło...


    Służbista Sikorski odebrał to jako wezwanie do powrotu.
    I kazał zmienić trasę lotu.

    Z tym, że przez Gibraltar i tak musiałby wracać.
    Ale kilka dni później, kiedy po Majskim nie byłoby w Gibraltarze śladu. Majski też zresztą znalazł się w Gibraltarze przypadkowo - Stalin odwołał go na konsultacje, co było dyplomatyczną formą nacisku po decyzji brytyjsko-amerykańskiej, że nie będzie drugiego frontu we Francji w 1943. Od razu uprzedzę pana kolejne pytanie o jakieś tajne komando Majskiego, które miało zabić Sikorskiego...

    Przypadków nie ma, panie profesorze. A Sikorskiego w pałacu gubernatora zabiło komando nie Majskiego, tylko polskich oficerów. Tak twierdzi Dariusz Baliszewski.
    To pomysły z kręgu bajek, zdradzające kompletną nieznajomość systemu bezpieczeństwa w Gibraltarze. Można się tam było dostać pod ścisłą kontrolą, a już szczególnie dokładnie były sprawdzane osoby latające wojskowym transportem Wyspy Brytyjskie - Gibraltar. Sikorski miał olbrzymie kłopoty, żeby zabrać swoją córkę. W końcu postawił na swoim, przez co zginęła razem z nim na pokładzie samolotu.

    O Zofię Leśniowską jeszcze zapytam. Polscy oficerowie nie mieli powodów, by chcieć zlikwidować Sikorskiego?
    Owszem, znaczna część oficerów Dwójki, czyli wywiadu, mogła nie lubić Sikorskiego, ale nie róbmy z nich jakichś zawodowych morderców. Zresztą, gdyby rzeczywiście ktoś z piłsudczyków chciał mordować Sikorskiego, o wiele prościej mógł to zrobić na Bliskim Wschodzie, gdzie spora część korpusu oficerskiego była wrogo do Sikorskiego nastawiona. Zabić generała można było, umieszczając w jego samolocie ładunek wybuchowy, z zapalnikiem czasowym albo ciśnieniowym, który zdetonowałby bombę nad Morzem Śródziemnym albo Atlantykiem, i nikt nigdy nie natrafiłby na żadne ślady.

    "Spiskowcy" woleli jednak z Generalnego Gubernatorstwa wysłać do Gibraltaru tajemniczego kuriera, Jana Gralewskiego, którego zwłoki znaleziono po katastrofie na pasie startowym.
    Te zwłoki to kolejny wymysł twórców teorii spiskowych. A idea, że jakieś komanda zabójców przewędrowały przez pół Europy, okupowanej przez Niemców, żeby trafić na 4 lipca do Gibraltaru, to już szczyt fantazji. Jaka tajna supersłużba miałaby to zorganizować?

    NKWD, bo to już wersja spisku sowieckiego, lansowana przez Tadeusza Kisielewskiego. Ta supersłużba wyszkoliła nawet dwóch sobowtórów Gralewskiego i przewerbowała obu pilotów.
    Sam pan widzi, że te pomysły nadają się co najwyżej na scenariusze nędznych filmów klasy B i nie mają nic wspólnego z rzeczywistością.

    Najbardziej podoba mi się melodramatyczna historia córki Sikorskiego, którą Brytyjczycy podrzucili Majskiemu na pokład jego samolotu. Bo widziano ją potem w Moskwie.
    Jej zwłok rzeczywiście nie wyłowiono. Ale pomysł, że Brytyjczycy oddawaliby córkę premiera rządu w ręce Rosjan...

    Choć chcieli ukryć przed nimi zamach.
    Pokazuje, jak autorzy tych fantazji są na bakier z logiką. Trudno racjonalnie polemizować z wymyślanymi opowieściami, które nie mają żadnych podstaw źródłowych. Ludzi, którzy wierzą w te spiskowe historie, i tak nie da się przekonać. Tak samo jak wierzących w UFO, chociaż w tym przypadku jest chyba więcej danych przemawiających za ich istnieniem, niż za różnymi wersjami zamachu na Sikorskiego.

    Nie mam powodów, żeby uważać się za człowieka szczególnie rozgarniętego, ale fantastyczność tych pomysłów rzeczywiście jest dla mnie widoczna na pierwszy rzut oka.
    A jednak jedna z instytucji państwa polskiego, czyli katowicki IPN, można domniemywać, że za zgodą prezesa Kurtyki, wszczął śledztwo w sprawie Sikorskiego. Koncepcje spiskowe są przyjmowane i szeroko nagłaśniane przez wydawałoby się poważne media. Budzi to moje zdziwienie.

    Zwolennicy tych teorii mają zawsze jeden argument: to, czego nie wiemy, ukryte jest w brytyjskich archiwach.
    Kolejny mit. Jeśli ktoś głosi, że Brytyjczycy przedłużyli o 50 czy 100 lat tajność dokumentów, związanych ze sprawą Sikorskiego, to znaczy, że nie ma pojęcia, o czym mówi. Gdyby rzeczywiście władze brytyjskie miały jakieś dokumenty z 1943 roku w Ministerstwie Spraw Zagranicznych czy w Służbie Bezpieczeństwie (MI5), i utajniliby je na kolejne lata, to przecież nikt by o tym w Polsce nie wiedział.

    Ale kiedy przekopywał się Pan przez te archiwa, cztery teczki były nadal utajnione.
    To teczki z lat 1967-1968. Są już udostępnione badaczom. Natomiast dokumenty brytyjskie, dotyczące katastrofy, powstałe w 1943 roku, zostały odtajnione w 1972 roku, kiedy Brytyjczycy masowo odtajnili dokumenty, dotyczące II wojny światowej. Jest tam raport komisji RAF, która ustaliła, że to był wypadek, i wykluczyła sabotaż.

    Ale nie wyjaśniła technicznych powodów niesprawności sterów.
    Co daje do dzisiaj podstawy do spekulacji, a według mnie jest potwierdzeniem, że Brytyjczycy niczego nie ukrywali. Gdyby chcieli utajnić prawdę o jakimś rzekomym zamachu, niezależnie przez kogo dokonanym, nie konstruowaliby przecież komunikatu, który dawałby powody do wątpliwości.

    Cały ten raport RAF szczególnie dokładny nie był.
    Można czuć niedosyt po jego lekturze. Nie ocalały na przykład żadne dokumenty, dotyczące technicznych szczegółowych badań szczątków samolotu. A tych szczątków było sporo i badano je w specjalnym ośrodku RAF.

    A komisja wyjaśniła, skąd wziął się worek z pocztą na pasie lotniska po starcie Liberatora?
    Tego nikt nie wie. To rzeczywiście niezrozumiałe. I ten worek, i to, że czeski pilot Prchal, który ocalał, miał na sobie kamizelkę ratunkową, a twierdził, że jej nie zakładał. Na tych szczegółach opierali się twórcy wcześniejszych teorii spiskowych, rotmistrz Jerzy Klimkowski czy Stanisław Strumph-Wojtkiewicz. To byli poprzednicy dzisiejszych odkrywców.

    Prekursorem był chyba po pierwsze doktor Goebbels.
    Oczywiście. To propaganda niemiecka zaczęła od razu głosić, że za śmiercią Sikorskiego stali alianci. W latach 60. pojawiła się książka "Wypadek" Davida Irvinga. Jego dzieło to kopalnia pomysłów, podjętych potem przez naszych autorów.

    Wrócę do mojego pytania: zostały gdzieś jakieś sekretne teczki czy nie?
    Wiara, że np. w archiwach Secret Intelligence Service, czyli brytyjskiego wywiadu, znajduje się coś, co pozwoli wyjaśnić tajemnicę śmierci Sikorskiego, to czysty nonsens. MI6 nie zajmowało się bezpieczeństwem w Gibraltarze. Z kolei SOE, które ćwiczyło ludzi, w tym polskich cichociemnych, w zabijaniu i sabotażu, byłoby ostatnią instytucją, która mogłaby Sikorskiego zamordować. Co więcej, kiedy w 1967 roku ukazał się sztuka "Soldaten" Rolfa Hochhutha, w której oskarżył on oficerów SOE o zabicie Sikorskiego, oficerowie ci wytoczyli Hochhutowi procesy przed brytyjskimi sądami i bez większych problemów je wygrywali.

    Kiedy po książce Irvinga i sztuce Hochhutha sprawa wróciła na wokandę, Brytyjczycy przekopali archiwa. I?
    Stwierdzili, wbrew temu, co twierdzą na ten temat zwolennicy teorii spiskowych, że mimo słabości raportu z 1943 roku najbardziej prawdopodobna jest wersja wypadku lotniczego. Wtedy też pojawiła się jednak informacja, iż jeden z oficerów KGB, który w latach 60. uciekł na Zachód, powiedział Brytyjczykom, że to NKWD zabiło Sikorskiego.

    Opisywał Pan tę sprawę. Chodziło o Golicyna?
    Najprawdopodobniej. Twierdził on na przykład, że rozdźwięki między rosyjską i chińską partią komunistyczną były fikcją, mającą osłabić czujność Zachodu. Zatem chyba także był człowiekiem żyjącym w świecie fantazji. Choć dobrze by było, gdyby władze brytyjskie udostępniły protokół przesłuchania Golicyna przez MI5

    A coś może być w archiwach rosyjskich?
    Nie oczekiwałbym tam sensacji, dotyczących śmierci Sikorskiego. Dla nas byłoby bardziej interesujące, gdyby odtajniono dokumenty dyplomacji radzieckiej z lat 1939-45. Czy np. w grudniu 1941 roku Związek Radziecki był gotów zgodzić się na korzystniejszą dla nas wschodnią granicę? Mamy tylko jeden dokument rosyjski z tych lat, z którego wynika, że strona radziecka rozpatrywała koncepcję - Lwów dla Polski, a Wilno i Białystok dla ZSRR, albo odwrotnie. Nie znamy też tak naprawdę przyczyn, dla których strona radziecka zdecydowała się na wyrzucenie armii Andersa z ZSRR. Takich rzeczywistych pytań jest sporo.

    Ale nie tak malowniczych, jak historie agentów sobowtórów.
    To się o wiele lepiej sprzedaje, ma pan rację. Można by to nazwać tabloidyzacją historii. Tak jak pieniądz lepszy jest wypierany przez gorszy, tak pamięć historyczna zmienia się w historical fiction.

    W jej potwierdzanie zaangażowały teraz swój autorytet najpoważniejsze instytucje państwa.
    W przypadku polityków w oczywisty sposób wynika to z poszukiwania popularności. Widać też w tym niechęć przed stawianiem czoła popularnej wersji historii. Będzie to miało, jak przypuszczam, daleko idące konsekwencje nie tylko dla naszej sceny wewnętrznej, ale też w stosunkach z Wielką Brytanią. Jednym z negatywnych społecznych skutków będzie prymitywizowanie spojrzenia na historię i traktowanie jej w kategoriach taniej sensacji.

    Na koniec mam asa w rękawie. Otrzymaliśmy w redakcji sygnał, że bosman na okręcie, którym przywieziono do Polski zwłoki Sikorskiego, przysięgał na wszystkie świętości, że w głowie generała była rana postrzałowa.
    Niczym mnie pan już nie zaskoczy. Ja słyszałem, że to kapitan "Orkana" powiedział o tym w sekrecie marynarzowi. Widzę, że marynarz awansował od tamtego czasu na bosmana. Tak to plotka rośnie.

    Nasz informator powiedział też: jeśli rany w głowie nie będzie, to znaczy, że głowa została podmieniona.
    Zwolennicy teorii spiskowych już przyjęli pozycję obronną i głoszą, że jeśli nawet nie będzie tej przysłowiowej dziury w czaszce od kuli karabinowej, o niczym nie będzie to przesądzać. Tyle że pojawią się jeszcze bardziej absurdalne teorie. Moja wyobraźnia nie sięga tak daleko, by przewidzieć jakie, ale pojawią się na pewno.


    Jacek Tebinka jest historykiem i politologiem, profesorem Uniwersytetu Gdańskiego, zajmuje się badaniem stosunków polsko-brytyjskich w XX wieku i polityki mocarstw wobec Polski w czasie II wojny światowej; opublikował m.in.: "Polityka brytyjska wobec problemu granicy polsko-brytyjskiej 1939-1945", Warszawa 1998 oraz "Nadzieje i rozczarowania. Polityka Wielkiej Brytanii wobec Polski 1956-1970", Warszawa 2005.

    Czytaj treści premium w Dzienniku Bałtyckim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo