Wspomnienie Grudnia '70. Nieludzkie pogrzeby przy latarkach

rozm. Ryszarda Wojciechowska
Mirosław Piepka i Michał Pruski  jako nastoletni chłopcy byli świadkami tragicznych zdarzeń grudniowych. Jeden w Gdyni, drugi w Gdańsku
Mirosław Piepka i Michał Pruski jako nastoletni chłopcy byli świadkami tragicznych zdarzeń grudniowych. Jeden w Gdyni, drugi w Gdańsku Karolina Misztal
O swoich przeżyciach z grudnia ’70 mówią scenarzyści filmu „Czarny Czwartek”, Mirosław Piepka i Michał Pruski.

Premiera książki "Pogrzebani nocą" o ofiarach grudnia '70 na Wybrzeżu Gdańskim już 14 grudnia - kliknij w obrazek i dowiedz się więcej:

Książka „Pogrzebani nocą” wydana przez „Dziennik Bałtycki” we współpracy z Instytutem Pamięci Narodowej powstała, jak mówią jej autorzy, żeby wypełnić wreszcie tę gorszącą lukę w narodowej pamięci o tamtych dramatycznych wydarzeniach. Czy wy podobnie myśleliście, przystępując do pracy nad scenariuszem do „Czarnego czwartku”?
Michał Pruski: - Pomysł na scenariusz narodził się właściwie przez przypadek. Ale myślę, że potem już samo pisanie było konsekwencją pewnej traumy, która we mnie i w Mirku siedziała od lat. Obaj jako nastoletni chłopcy byliśmy świadkami tych tragicznych zdarzeń, ja w Gdyni, Mirek w Gdańsku. Pisząc, czułem, że dobrze wreszcie wyrzucić to z siebie. Poza tym był to dla mnie także rodzaj pewnego zadośćuczynienia wobec własnego sumienia. Bo ja, jeśli chodzi o poprzedni ustrój, okazałem się dość naiwny i tkwiłem w nim.

To ciekawe, że scenariusz filmu, który zebrał kilkanaście nagród na wielu festiwalach narodził się przez przypadek.

Michał Pruski: - Siedzieliśmy u Mirka w domu na Kaszubach i pracowaliśmy nad telewizyjnym serialem o współczesnej tematyce. W pewnym momencie, wiedząc o tym, że Mirek ma spore doświadczenie w dokumentalistyce telewizyjnej, zaproponowałem: - Zróbmy film o Grudniu ’70. Mirek się żachnął, że takich dokumentów było już wiele. Powiedziałem więc: To dodajmy sceny fabularyzowane. Pamiętam, że ostro się wtedy na ten temat posprzeczaliśmy. Tak ostro, że potem przez pół dnia panowała między nami cisza.

To co się stało, że jednak „Czarny czwartek” powstał?
Michał Pruski: - Przekonałem Mirka argumentem, że w 2010 roku będzie okrągła, 40 rocznica wydarzeń grudniowych. Co prawda, był już jeden film o Grudniu ’70, pt. „Skarga”, w reżyserii Jerzego Wójcika. Ale on dotyczył wydarzeń grudniowych w Szczecinie. I został nakręcony w konwencji oniryczno-baśniowej. Jest też jedna, słynna scena w „Człowieku z żelaza” Andrzeja Wajdy, kiedy Mateusza Birkuta dopada grudniowa kula na betonowym moście koło stoczni. Ale poza tym nic więcej fabularnego na ten temat nie było.
Mirosław Piepka: - Kiedy już zdecydowaliśmy, że bierzemy się za pisanie, najtrudniejsze dla nas było znalezienie głównego wątku. Poprosiłem Michała, który wówczas pracował w gdyńskiej bibliotece, żeby przygotował spis wszystkich ofiar Grudnia ’70 w Gdyni z ich krótkimi metryczkami. Na tej liście w większości byli bardzo młodzi ludzie, jeszcze bez rozwiniętych życiorysów. Dopiero na samym końcu pojawiło się nazwisko Brunona Drywy, człowieka, który został zabity, kiedy jechał do pracy i osierocił troje dzieci. W tym momencie w głowie błysnął mi pomysł na film. Trzeba było tylko odnaleźć tę rodzinę.

Dlaczego to film o wydarzeniach grudniowych w Gdyni, a nie w Gdańsku, Elblągu czy Szczecinie?
Mirosław Piepka: - Gdynia była dla mnie szczególnie tragiczna. Większość ofiar, tak jak nasz bohater, jechała do pracy, ufając w apel Kociołka. Ale w tym mieście nie było żadnych walk. Nie zdewastowano ani jednego sklepu, nie postawiono ani jednej barykady. Tylko szedł protestujący tłum. Strzelano więc do bezbronnych ludzi, co było dla mnie wielką zbrodnią. Gdańsk był również tragiczny. Ale to był tragizm innego rodzaju. Protestujący weszli w pewnym momencie w posiadanie broni. Miasto było dewastowane przez strajkujących, sklepy rozkradane. Wiem, że w tego typu rewolucjach to rzecz na marginesie, ale jednak to była inna sytuacja.

Co z tamtych dni najmocniej zapadło wam w pamięć?
Mirek Piepka: - Jako uczeń III klasy sopockiego liceum urwałem się do Gdańska na wagary. Widziałem wtedy dramaty ludzi po obu stronach barykady. Na moich oczach rozegrała się tragedia przed dworcem kolejowym. Z prawej strony stał wojskowy transporter nieuzbrojony. Młody żołnierz z hełmofonem na głowie wyglądał przez okienko. W pewnym momencie idący od strony hotelu Monopol tłum ruszył w jego kierunku. Żołnierz nie miał innego wyjścia, jak tylko uciekać. Ruszył bardzo szybko, wzdłuż dworca. Nagle z głównego wejścia dworcowego budynku wyskoczył najwyżej piętnastoletni chłopak. Wpadł prosto pod ten transporter. Została z niego miazga. Żołnierz zatrzymał pojazd, wysiadł z niego. Ukląkł na jezdni, zdjął hełmofon i zaczął tłuc głową o asfalt, wyjąc z rozpaczy. I ten rozwścieczony tłum, który w dużym stopniu przyczynił się do tego, że żołnierz wcześniej ruszył, zamarł. Po długiej chwili z tego tłumu do klęczącego żołnierza podeszło dwóch mężczyzn. Wzięło go pod pachy i podprowadziło pod przychodnię kolejową, gdzie stały inne transportery, oddając go w ręce żołnierzy.
Michał Pruski: - Ja też wtedy chodziłem do sopockiego liceum. 17 grudnia idąc do szkoły, usłyszałem od strony Gdyni bardzo wyraźne serie z karabinów maszynowych. Jak to nastolatek gnany ciekawością, poszedłem na peron kolejki, żeby podjechać i zobaczyć, co się dzieje. Ale kolejki nie jeździły. Zatrzymywały się w Sopocie i wracały do Gdańska. Wahałem się, co robić. Nagle zapowiedziano, pamiętam jak dziś, opóźniony pociąg z Jeleniej Góry do Gdyni. Wsiadłem. Na wysokości skrzyżowania Świętojańskiej i 10 Lutego włączyłem się w pochód, który niósł ciało Zbyszka Godlewskiego. Nagle do manifestujących zaczęto strzelać z helikopterów. Dotarliśmy jednak do dawnego prezydium Miejskiej Rady Narodowej. I wtedy dopiero zaczął się straszliwy kocioł. Z dwóch stron ruszyło na nas ZOMO. Przeżyłem pierwszy, potworny lęk o życie. Dookoła świstały kule. Widziałem, jak dwóch mężczyzn trafiły. Uciekaliśmy w stronę Wzgórza Nowotki, obecnie Wzgórza Maksymiliana. Kilkaset osób wspinało się razem ze mną na nasyp. Już na nasypie obejrzałem się i zobaczyłem, jak milicjanci tłuką zatrzymywanych na ulicy bezbronnych chłopaków. Nadjechała kolejka. Tłum się wcisnął do ostatniego miejsca. Kolejka ruszyła i w tym momencie w oknach zaczęły pękać szyby. Okazało się, że po obu stronach kolejki stoją zomowcy i strzelają z ręcznych wyrzutni granatami łzawiącymi do nas. Kiedy jeszcze tego dnia wróciłem do szkoły, byłem tak oślepiony, że nie dałem rady niczego napisać. Z tamtej lekcji zachowałem zeszyt, w którym są tylko jakieś roztańczone linie.

Zobacz również: Premiera książki "Pogrzebani nocą" o ofiarach grudnia '70 na Wybrzeżu Gdańskim [WIDEO]

„Pogrzebani nocą” to tytuł nawiązujący do haniebnych pochówków ofiar grudniowych. W „Czarnym czwartku” pogrzeb Brunona Drywy jest też jednym z najbardziej wstrząsających kadrów.
Michał Pruski: - W ten sposób chowano wszystkie ofiary grudnia. Taki pochówek miał również Zbyszek Godlewski, legendarny Janek Wiśniewski. To były nieludzkie wręcz pogrzeby, przy latarkach. Rodzinę informowano zazwyczaj godzinę przed, wyciągając ich zszokowanych z domu. W tych grudniowych opowieściach jest historia, która zjeżyła mi resztki włosów na głowie. Kiedy robiliśmy dokumentację do scenariusza, trafiliśmy do matki jednego z zabitych. Ona i jej mąż, podobnie jak prawie wszystkie rodziny, przez długi czas kompletnie nie wiedzieli, co się stało z ich z synem. W końcu powiadomiono ich, że znaleziono go. I że mogą go pochować. Pogrzeb odbył się oczywiście nocą. Trumna była jednak zaplombowana. Nie można było zajrzeć i zobaczyć, czy to rzeczywiście on. Minęło kilka miesięcy. Podczas świąt wielkanocnych ojciec zamordowanego chłopaka i brat wypili po kilka kieliszków. I wtedy ojciec powiedział, że od pochówku gnębi go myśl, czy rzeczywiście w tamtej trumnie był jego syn. I musi to sprawdzić. Wzięli więc obaj łopaty, poszli na cmentarz, odkopali trumnę, otworzyli. I upewnili się, że to był on. W kieszonce marynarki, w której go pochowano, miał wsuniętą szkolną legitymację.

Ta opowieść jest też w „Pogrzebanych nocą”.
Michał Pruski: - Film ma swoją objętość, więc wszystkiego nie mogliśmy pokazać. Nie było w „Czarnym czwartku” losów syna Brunona Drywy, który przez kilka lat myślał o tym, żeby zostać milicjantem. Ale tylko po to, żeby zdobyć broń i mścić się za ojca. Pokazywał nam portfel ojca, na którym jako dziecko napisał tuszem: pomszczę cię. To były epizody, które jednak składały się na koszmarny obraz tego, co się wówczas działo.
Mirosław Piepka: - Niektórzy stawiają pytanie, czy warto było ponieść aż takie ofiary? I w imię czego? Przecież jeszcze wtedy system się nie zmienił. W kraju też zmiany na lepsze nie było. Ale śmiem twierdzić, że ten straszny i okrutny grudzień na Wybrzeżu był prawdziwym początkiem końca komuny.

ryszarda.wojciechowska@polskapress.pl

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

g
gerard.thrun@wp.pl

Dzięki za ten artykuł.Odświeżył mi się tam ten Czas. Byłem świadkiem tam Tych wydarzeń. .Jako uczeń ZSBO w Gdańsku,miałem praktyki w Stoczni Gdańskiej im.Lenina,a mieszkałem w bursie przy III LO w Gdyni. Wtedy w Gdańsku byłem w okolicach ul.Garncarskiej i dawnej Krewetki,a w Gdyni,w okolicach ul.Partyzantów ,na przeciew Urzędu Miasta,w czasie ataku ZOMO. Został wtedy postrzelony chłopak stojący przede mna.Pamiętam ,iż został włożony przez ludzi ,chyba do ŻUKA,który Go wywiózł .
Pozdrawiam redakcję.
Gerard Thrun-rocznik1953

Dodaj ogłoszenie