Wspomnienia o Annie Przybylskiej. Przyjaciele i znajomi opowiadają o zmarłej aktorce

Monika Jankowska
Anna Przybylska nie żyje. Ta wiadomość wstrząsnęła w ubiegłą niedzielę całą Polską. Uśmiechnięta, skromna, z dużymi orzechowymi oczami - tak zapamiętali ją znajomi i przyjaciele z Trójmiasta.

Wiganna Papina, znana warszawska stylistka, gdynianka z pochodzenia, o początkach swojej znajomości z Anną Przybylską mówi tak:
- Pracowałam wtedy przy programie "Lalamido". Ania przyszła na casting. Pamiętam, że była urocza, od razu zrobiła na mnie pozytywne wrażenie. Miała jakieś 15 lat. Ale moi koledzy powiedzieli, że do programu się nie dostanie, bo... ma za mały biust. Ech, to był ich błąd. Do dziś się śmieję, że nie potrafili rozpoznać prawdziwej gwiazdy.

Pogrzeb Anny Przybylskiej w Gdyni. Tysiące osób pożegnało zmarłą aktorkę

Chociaż Anna Przybylska od zawsze marzyła, by zostać aktorką, zaczynała jako modelka.
- Pamiętam ją z mojego pokazu w Teatrze Miejskim w Gdyni - opowiada Papina. - Ubrałam ją w dwie kreacje, a proszę mi wierzyć, dla modelki to, że się dwukrotnie pojawia na wybiegu, jest sporym wyróżnieniem. Nałożyłam jej na głowę wielką białą perukę, taką w barokowym stylu. Na pierwszy strój składały się spódnica, różowy stanik i futrzane buty w takim samym kolorze. Za drugim razem ubrałam ją w pomarańczowe pióra, sukienkę, a do tego złote buty i rajstopy. W domu mam nawet zdjęcia z tego pokazu. Co jeszcze mogę powiedzieć o Ani? Ludzie zawsze do niej lgnęli. Każdego chciała wciągnąć w zabawę, jakąś małą aferkę. Była sympatyczna, radosna, miała takie chochliki w oczach. Gdy tylko zdarzała się okazja, jeździłyśmy po Gdyni na rolkach.'

Anna Przybylska w 2008 roku uczestniczyła w kampanii promującej Gdynię - swoje rodzinne miasto. Jej twarz na tle gdyńskich widoków oglądaliśmy na billboardach w całej Polsce. Potem aktorka została honorowym ambasadorem miasta.
- Wybraliśmy właśnie ją, bo była młoda, dynamiczna i nie cedziła słów przez słomkę - tłumaczy Joanna Grajter, rzecznik prasowy Urzędu Miasta Gdyni.

Na czerwonym dywanie

Anna Wróblewska, rzecznik Festiwalu Filmowego w Gdyni, znała Annę Przybylską od wielu lat:
- Pamiętam nasze pierwsze spotkanie - na planie "Kariery Nikosia Dyzmy". Ja byłam rzeczniczką, ona grała główną rolę. Przedstawiłam się i poprosiłam o udzielenie wywiadu gazecie. Wkręciła mnie natychmiast - strzeliła focha. Powiedziała "Ja? Dla nich? Nigdy. Nie rozmawiam z tą redakcją!". Zdążyłam się już przerazić, w głowie mętlik, rzuciłam się tłumaczyć, prosić, a ona wybuchnęła śmiechem! Nabrała mnie koncertowo! W ten sposób zaczęła się nasza przyjaźń. Potem się przekonałam, że ta kpina ze świata celebrytów, który zresztą jeszcze wtedy tak się nie nazywał, dystans do czerwonego dywanu i świateł wielkiego świata były jej cechami charakterystycznymi, wyróżniały ją.

Wyglądała zjawiskowo

Katarzyna Litwin, menedżerka nieistniejącej już sopockiej grupy Blenders, opowiada:
- W 2010 roku produkowałam teledysk zespołu Blenders, do którego bardzo chcieliśmy zaprosić Anię Przybylską. Skontaktowałam się z jej agentką, której przedstawiłam pomysł i scenariusz. Po kilku dniach dostaliśmy pozytywną odpowiedź, zgodziła się - mówi Katarzyna. I dodaje:
- Ania na planie, w przerwie pomiędzy zdjęciami, przyznała, że słuchała Blendersów w czasach licealnych i dlatego zgodziła się zagrać w teledysku. Wcieliła się w postać z innego świata, postać, która ląduje na ziemi, aby przygotować armię pięknych kobiet. Wszyscy uznali, że wyglądała zjawiskowo.
- Chętnie rozmawiała z ekipą, modelkami, wspólnie jedliśmy obiad. Pomimo opóźnień czasowych na planie nie szczędziła drobnych żartów, które rozluźniały atmosferę - zdradza kulisy pracy z aktorką przedstawicielka Blendersów.

Jej słowa potwierdza Sławomir Urbański, członek zespołu:
- Ania różniła się od innych gwiazd. W stosunku do ludzi była bezpośrednia, ale nie nachalna. To była po prostu równa babka. Miała piękne życie - kariera, mąż, dzieci. Ludzie lubią, kiedy takie osoby osiągają sukces. Co tu dużo kryć, ja też to lubię.

Najważniejsza była uczciwość

Taki portret Anny Przybylskiej kreśli Małgorzata Rudowska, jej przyjaciółka i zarazem menedżerka:
- Anię znałam już od 20 lat. Pamiętam, kiedy przyszła do mojej agencji hostess i modelek Perfect Studio. To był 1994 rok. Sama nie byłam typem modelki, ale po pierwszym roku studiów na Uniwersytecie Gdańskim postanowiłam założyć własny biznes, i tak właśnie powstało Perfect Studio. Pewnego dnia pojawiła się tam Ania - młodziutka, z wyjątkową urodą. Była wtedy blondynką, słońce odbijało się w kosmykach jej włosów. Na wszystkich spoglądała swoimi dużymi orzechowymi oczami.Pomyślałam, że wygląda jak europejska wersja Naomi Campbell.Jednak od razu wiedziała, że chce być aktorką, nie modelką. Kiedy więc pojawiali się przedstawiciele warszawskich agencji z propozycją, by schudła, żeby osiągnąć wymiary modelki, odpowiadała, że tego nie zrobi.

W końcu przyszedł czas na spełnienie marzeń o aktorstwie. W Warszawie odbywał się casting do "Ciemnej strony Wenus". Ania, wraz z Małgorzatą i… jej siedmiotygodniowym synkiem wybrały się do stolicy. Pojechali tam autem Rudowskiej. Pierwszy etap castingu poszedł gładko, ale Anna i tak twierdziła, że nie ma żadnych szans. Przybyło ponad sto kandydatek - znane aktorki, modelki i ona - Anna Przybylska. Okazało się, że reżyser Radosław Piwowarski właśnie na nią postawił. Odtąd jej kariera potoczyła się błyskawicznie. Grała m.in. Marylkę w "Złotopolskich".
- Uwielbiała jeździć na plan tego serialu - opowiada Małgorzata Rudowska. - Kochała całą ekipę. Wszyscy tam byli jedną wielką rodziną. Zresztą, ona miała duży szacunek do ludzi, każdemu poświęcała uwagę - nieważne, czy był to reżyser, czy pani garderobiana.

Małgorzata dodaje, że ich przyjaźń dojrzewała z każdym dniem. Ufały sobie całkowicie.
- To chyba dlatego że dla nas obu najważniejsza była uczciwość. I choć nie do końca wyobrażałam sobie możliwość pracy w show-biznesie, to po namyśle zgodziłam się zająć jej zawodowymi sprawami. Ale ważna dla nas była nie tylko praca. Nasze rodziny spędzały wspólnie wakacje. Ja jestem matką chrzestną jednego z jej dzieci, a ona - jednego z moich. To, że mogłam się z nią przyjaźnić, było dla mnie zaszczytem.

Przyjaciółka doskonała

- Przede wszystkim pamiętam tę jej oryginalną, wiecznie uśmiechniętą twarzyczkę, która przyciągała wzrok wszystkich. Twarz miała jak anioł, ale głos - gruby i tubalny, nikt by się nie spodziewał, że tak może brzmieć drobna kobieta. Uwielbiałam ten głos! - wspomina Beata Górska, która poznała Annę Przybylską w Perfect Studio.

- W tej agencji modelingowej dziewczyny szybko się polubiły, nie było między nami rywalizacji. Panowała rodzinna atmosfera. Dlatego żadna z nas nie zazdrościła, gdy Gosia Rudowska wzięła na casting do Warszawy tylko Anię. Pamiętam, że czasami sesje zdjęciowe robiło się u Małgorzaty w domu. Takie były czasy.

A Ania? To była dziewczyna do tańca i do różańca, szalona, otwarta.
- Między nami nawiązała się prawdziwa przyjaźń. Ja mieszkałam na Grabówku, ona na Oksywiu. Często się odwiedzałyśmy. W tamtym czasie byłyśmy nierozłączne. Kiedy miałam 24 lata, urodziłam swoje pierwsze dziecko - opowiada Beata. - Ania miała wówczas lat 20 i już wtedy zwierzała mi się, że też marzy, by mieć dom i dużą rodzinę.

To było bardzo mądre marzenie. Bo niby która 20-latka myśli w ten sposób? A ona myślała.
W końcu oprócz urody, życiowej mądrości, talentu i fantastycznej pracy, los przyniósł Ani wspaniałą rodzinę i dużo miłości.
- Ona umiała się tym wszystkim cieszyć i korzystać z każdej chwili. Dla niej radością dnia codziennego było zrobienie zakupów i przygotowanie obiadu dla dzieci i męża. Z tego ogromnego nieszczęścia, jakie ja spotkało, płynie chociażby dla mnie lekcja życia, że nie należy marnować czasu na sprzeczki i waśnie…

Beata Górska przypomina, że Anna Przybylska nigdy nie udawała nikogo innego, choć, z racji wykonywanego zawodu, pewnie przyszłoby to jej z łatwością. Nawet wtedy kiedy już źle się czuła, kiedy nie wyglądała tak, jak chciała, była po prostu sobą.
Aktorka lubiła spędzać czas na nadmorskich spacerach i… pogawędkach:
- Kiedy udało nam się spotkać, to gadałyśmy i gadałyśmy. Anka była doskonałą kumpelą. Rodzina i przyjaciele byli dla niej najważniejsi. Co do spacerów… W ostatnią niedzielę odbyłam samotny spacer dla niej, jej ulubioną trasą z Orłowa do Sopotu. Nie przypuszczałam, że tym samym to będzie jej ostatni, choć jedynie wirtualny spacer w to piękne niedzielne południe... i że Ania już nigdy więcej na żaden spacer się nie wybierze.

Anna Przybylska (1978-2014) aktorka, modelka. W 1997 ukończyła IX LO w Gdyni. W tym samym roku zadebiutowała w kinie rolą w filmie "Ciemna strona Wenus". Prywatnie żona Jarosława Bieniuka - byłego piłkarza Lechii Gdańsk. Matka trójki dzieci. Aktorka zmarła na raka trzustki w domu rodzinnym w Gdyni. Jej pogrzeb odbył się w czwartek, 9 października. W grudniu skończyłaby 36 lat.
[email protected]

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

e
e.banasiak
ANIU...BYŁAŚ ZŁOTEM,PRZYKŁADEM DLA NAS...BĘDZIEMY ZA TOBĄ TĘSKNIĆ BAAAARDZOOOO....
Dodaj ogłoszenie