Wokół rozrzucone są srebrne kwadraty. To bomba fosforowa. Reportaż wojenny Dmytro Antoniuka. Część XII

Dmytro Antoniuk
Udostępnij:
- Wczoraj był tu Prezydent RP - pisze Dmytro Antoniuk. Zapraszamy do kolejnego reportażu.

22-23 kwietnia 2022 roku: moskowskie popy, Wielkanoc

Wracam do domu przez Ostróg, gdzie spędzam noc z dobrymi znajomymi. Następnego dnia udajemy się z nimi do miejscowej cerkwi oraz do klasztorów w Międzyrzeczu i Dermaniu. Wszystkie te ziemie po rozbiorach Rzeczypospolitej zostały zajęte przez imperium rosyjskie i agresywnie, przez ponad sto lat, zasadzono na nich moskiewskie prawosławie, zakazując unii i odbierając katolikom klasztory. W niezrozumiały sposób patriarchat moskiewski, do którego należą najstarsze, najlepsze cerkwie na Wołyniu (!), istnieje nadal! Właśnie teraz, po zajęciu Krymu i Donbasu, po okropnościach Buczy, Charkowa, Mariupola! Ludzie jak chodzili do moskiewskich księży, którzy uważają się za jedyny „kanoniczny” kościół prawosławny Ukrainy, tak i nadal chodzą. W ogóle nie mogę tego zrozumieć ani zaakceptować. Jest to tym bardziej nie do pomyślenia, że ​​wielu krewnych parafian moskiewskich cerkwi jest obecnie na wojnie, a niektórzy zginęli. Tak, miejscowi księża już wygłaszają kazania po ukraińsku, próbując oddzielić się pozorną autokefalią od swojego patriarchy (a właściwie KGB-isty Władimira Gundiajewa) Cyryla, który otwarcie błogosławi mordy na Ukraińcach. Ale nawet jeśli ci księża próbują teraz „zmienić buty w powietrzu”, to działalności ich kościoła, który przez trzydzieści lat dyskredytował samą ideę niepodległej Ukrainy, nie anulują. Potrzebny jest nie tylko oficjalny zakaz z UPCMP, ale także odpowiedzialność karna.

Postanawiamy przespacerować się po „moskiewskich” kościołach, przyjrzeć się reakcji na nas, bo jednym z moich towarzyszy jest człowiek znany ze swoich patriotycznych poglądów. W pierwszym pop czyta kazanie. W języku ukraińskim. Jest dużo ludzi. Kiedy nas widzi, zaczyna opowiadać, że oglądał w Internecie, jak ludzie w Mariupolu pod ostrzałem nadal chodzili do kościoła. Nie precyzuje, czyj to był ostrzał. Wychodzimy.

Naszym kolejnym punktem jest monaster św. Trójcy w Miedzyrzeczu, kilka kilometrów od Ostroga. Główny kościół został zbudowany w pierwszej połowie XVI wieku przez Konstantina Ostrogskiego, jako podziękowanie Bogu za zwycięstwo nad Moskalami pod Orszą. Czczona, starożytna i cudowna ikona Matki Boskiej Międzyrzeckiej nadal zdobi monaster. Szanowana była zarówno przez prawosławnych, jak i katolików.

W pierwszej połowie XVII w. Janusz Ostrogski przekazał kościół ojcom franciszkanom, budując wokół obronne mury i baszty. Zakonnicy zostali wygnani przez Moskwę po Powstaniu Styczniowym, i Moskale nadal są w naszym zabytku. Mój towarzysz jest zawodowym konserwatorem zabytków, zna każdy milimetr w ikonie Matki Boskiej Międzyrzeckiej. Pokazuje nam, że nadszedł czas, aby w niektórych miejscach ją naprawić. Zwraca uwagę również na obrazy prawosławne w barokowych ramach, wciąż franciszkańskich, namalowane w XIX wieku wprost na katolickich. Opowiada, jak na próżno kilka lat temu próbował bronić wieży klasztornej dzwonnicy z XVIII wieku, którą moskiewscy mnisi zechceli przebudować, niszcząc autentyczne górne kondygnacje; jak już w niepodległej Ukrainie, za milczącą zgodą miejscowych władz ochrony zabytków, zakonnicy zamalowali starożytne obrazy malowidłami o absolutnie drugorzędnej jakości artystycznej; jak jednocześnie rozebrano piękne sklepienia żebrowe w celach franciszkanów. W rzeczywistości był on samotnym wojownikiem na polu, który próbował to wszystko uratować. Brodaci mnisi w wysokich kapeluszach (nabożeństwo dawno się skończyło) witają go, ale widać, że starają się trzymać z daleka i nie mówić za dużo w obecności naszego towarzysza.

W 1633 r. w Dermaniu, w innym na naszej drodze klasztorze, także zbudowanym przez Ostrogskich, został pochowany autor słynnej „Gramatyki słowiańskiej” Meletius Smotrycki. Trumna podobno pozostała w kryptach kościoła klasztornego, ale została zrabowana w czasach sowieckich.

Pada deszcz. Nabożeństwo się skończyło, ale docieramy do środka świątyni. Tylko tutaj widać, że jest to XVI wiek, ponieważ zewnętrzna część cerkwi została mocno przebudowana w okresie imperium rosyjskiego. Nie widać sióstr zakonnych (jest to prawosławny klasztor UPCMP), ale gdy przechadzamy się po terenie i patrzymy na dawne mury obronne, jesteśmy wyraźnie obserwowani z okien cel.

Krótko mówiąc, moskiewskie prawosławie w ogóle stąd nie wychodzi. Sprzyja temu lokalny skorumpowany samorząd, pieniądze hojnie wspieranych przez Rosję księży, oraz jaskiniowe przesądy ludności, której od wieków mówiono, że tylko kościół rosyjski ma Ducha Świętego. Byłoby to bardzo zabawnie, gdyby nie było gorzkie. Na własnej ziemi nadal nie posiadamy naszych zabytków.

Następnego dnia, już w domu, skromnie świętujemy z żoną Wielkanoc. Ciasto wielkanocne (paski) kupujemy w sklepie, a pisanki robimy sami, mieszając różne barwniki i maczając w nich jajka. Kiedyś byłem bardzo pobożny, tego wieczoru chodziłem na całonocne nabożeństwa, ale teraz wolę siedzieć w domu. Uważam, że moja osobista cicha modlitwa jest o wiele ważniejsza niż stanie w zatłoczonym kościele przed księżmi, z których wielu martwi się tylko o to, ile pieniędzy zobaczą w kościelnej skrzynce po świętach.

24 kwietnia 2022 roku: z wolontariuszami niemieckimi na Polesiu

Mój dobry znajomy z Niemiec – Leon, wraz ze swoimi przyjaciółmi i dziewczyną (nawiasem mówiąc jest Rosjanką) od 24 lutego poświęca cały swój wolny czas na pomoc Ukrainie. Wielokrotnie jeździł do polskiej granicy, zabierał uchodźców. Teraz, zebrawszy samodzielnie około stu pojedynczych opakowań z artykułami spożywczymi oraz higienicznymi, przyjechał z ojcem do Kijowa. Mój przyjaciel M. i ja musimy pomóc zawieźć to wszystko ludziom, którzy mieszkają w najbardziej dotkniętych wioskach na północ od Kijowa. Od wojskowych i wolontariuszy w Iwankowie dowiedziałem się, że te wsie to Kuchary, Podhajne i Teteriwska, położone na granicy obwodów Kijowskiego i Żytomierskiego. To tam w marcu toczyły się zaciekłe walki, i ludzie pilnie potrzebują pomocy.

Przejeżdżamy uszkodzonym przez rakietę centrum miasta Malin. Robimy duży łuk, bo most na rzece Teteriw koło Kucharów jest mocno uszkodzony. Nie znamy nikogo w tych wioskach, więc planujemy przekazać paczki tym, których spotykamy. Jako pierwsze spotykamy dwie panie w Kucharach. Stoją obok zniszczonego domu, jedna z nich jest jego właścicielką. Nie może powstrzymać łez, pamiętając, jak wszystko straciła. Wieś najbardziej ucierpiała od rosyjskich samolotów, które zrzuciły tu liczne bomby. Tu nie ma ani jednego całego domu.

Na jednej z ulic widzimy ludzi próbujących dokonać jakichś napraw starego, drewnianego domu, który stracił dach. W pobliżu znajduje się podobnie zniszczony, nowszy budynek. Cała rodzina, do której należą oba domy, próbuje coś zrobić, aby ocalić cokolwiek. Są bardzo wdzięczni Niemcom za pomoc. Mówią nam, gdzie jeszcze iść.

To takie dziwne - w wiosce nie ma prądu, nie ma połączenia mobilnego, ale za jakieś pięć minut miejscowi gromadzą się wokół nas. Przyjeżdżają głównie rowerami. Wokół same ruiny. Dużo zwierząt. Uderzają mnie pozostałości jednego, podobno niedawno pięknego domu, na podwórku którego szczekają na mnie trzy małe psy. Obok nich przechodzi kogut. To ich podwórko, ale właściciele nie mają gdzie już mieszkać.

Tymczasem ludzie wokół wbijają sklejkę lub deski w wybite okna i sadzą ogrody. Orają swoje działki. Wygląda to bardzo surrealistycznie, ale oni nie mają innego wyjścia. Nikt im nie pomoże. Podchodzi do nas starsza pani, mówi, że straciła dom i pyta, jak formalnie złożyć wniosek do państwa o odszkodowanie. Ku naszemu zawstydzeniu nie umiemy jej odpowiedzieć.

W sąsiedniej wsi Podhajne czeka już na nas cała ulica mieszkańców. Pani z Kijowa, która miała tu daczę, prowadzi nas, aby pokazać nam kolejny letni dom profesora ze stolicy. Obok znajduje się głęboki lej po bombie lotniczej. Ta wioska wydaje nam się jeszcze bardziej zniszczona niż Kuchary. Mijamy ruiny domu, z którego pozostał tylko ceglany komin. Takie zdjęcia widziałem tylko w książkach o drugiej wojnie światowej. Ale obok ruin, na słupie, w gnieździe są już dwa bociany. Więc życie toczy się dalej.

W Teteriwsku ludzie, którym rozdawaliśmy paczki, radzą udać się na most, gdzie jest dużo wrogiego sprzętu, a podobno nawet martwych moskiewskich żołnierzy. Spalonych wozów naprawdę pełno. Cała kolumna. Wokół tylko ruiny domów. Niektóre podobno były bardzo piękne, należały do ​​ludzi zamożnych. Na jednych z takich zgliszcz widzimy kilka osób. Przyjechali z Kijowa do swojego domu, którego tam już nie ma. Nie biorą pomocy – „inni bardziej jej potrzebują”. Obok nas kręci się duży, czarny, rasowy pies. Podobno mieszkał z sąsiadami, którzy uciekli, nie zabierając go ze sobą. Na ogonie zwierzęcia znajduje się duża, niezagojona rana, którą pies wydaje się drapać. Biegają tu też koty, błagając o jedzenie. Dajemy im kilka kiełbasek, które sami dla siebie przygotowaliśmy. Zabitych moskali już nie ma. Na naszych oczach ukraińscy wojskowi wynoszą ich z leśnych okopów w białych, nieprzezroczystych workach. Ładują na auta, gdzie widzimy jeszcze kilka takich paczek.

Spotykamy kobietę. Mówi. że jest pracowniczką Zjednoczonej Wspólnoty Terytorialnej. Zaprasza do pozostawienia reszty paczek w klubie wiejskim. Obiecuje oddać to wszystko ludziom. Chętnie się zgadzamy i obiadokolację przygotowujemy na schodach budynku. Kobieta wpuszcza nas, żebyśmy mogli usiąść przy dużym stole. Nadal jest zastawiony resztkami jedzenia. W końcu Wielkanoc. Wczoraj przyszli tu mieszkańcy Teteriwska, odbyła się wspólna biesiada. Z apetytem jemy, bo mimo okropności, które widzieliśmy, jesteśmi bardzo głodni. Pod ścianami tej sali dostrzegamy liczne paczki z żywnością. Więc pomoc tu dociera. Dowiemy się później, że ta kobieta jednak nie była zbyt chętna do kolportowania dalej tej pomocy. Dlatego nadal chcemy pomagać ludziom bezpośrednio – z ręki do ręki.

Na polu pod wsią dostrzegamy dziwnie pomalowane na srebrno krzaki. W pobliżu - pozostałości aluminiowego korpusu bomby. Wokół rozrzucone są srebrne kwadraty. To bomba fosforowa, zakazana przez wszystkie międzynarodowe konwencje. Rzucono ją w ludzi w Podhajnym. M. bierze w ręce jeden z tych kwadratów, ale każę mu go natychmiast wyrzucić i umyć palce.

Wracamy do domu przez Borodiankę. Jestem tu po raz drugi, nasi towarzysze - po raz pierwszy. Zatrzymujemy się w centrum, gdzie oglądamy straszne, okaleczone pociskami z samolotów wieżowce. Na progu takiego domu stoją liczne białe i czerwone znicze. Wczoraj był tu Prezydent RP. Widok tych świec, a zwłaszcza i dziecięcych rysunków na ścianie spalonego domu, ściska gardło. Patrzę na to ze łzami w oczach. Wydaje mi się, że po raz pierwszy płaczę. Dziwne, że mamy w sobie coś osobistego, co sprawia, że ​​oddajemy się emocjom. Dla mnie to zrujnowane beztroskie dzieciństwo, niemożność życia z mamą i tatą w domu; wychodzenia z nimi na lody lub do kina; bieganie z przyjaciółmi na podwórku aż się ściemni; wymiana zabawkami; oglądanie kreskówek. Wszystko to zostało odebrane naszym dzieciom i zemścimy się za to.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Materiały promocyjne partnera

Jak żołnierz dawca ratuje ludzkie życie

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej Dziennik Bałtycki
Dodaj ogłoszenie