Wiwat Gutek, made in Poland

Irena Łaszyn
G. Mehring
Niby twardy wilk morski, a gdy dotarł na metę regat Velux 5 Oceans, to się popłakał. O Gutku, czyli Zbigniewie Gutkowskim z Gdańska, który przepłynął samotnie pięć oceanów i 30 tysięcy mil, a także o latających rybach, ryczących czterdziestkach, awarii głowy i jajecznicy ze szczypiorkiem, pisze Irena Łaszyn

Przeczytaj także: Świat według mistrzyni fitness Aleksandra Kobielak

Był pierwszym Polakiem, który zakwalifikował się do tych regat. Najstarszych, najbardziej prestiżowych i ponoć najtrudniejszych. Niektórzy oglądali go więc od stóp do głów i pytali zdumieni: - To u was jest morze? Dziwili się, że choć wygląda jak dzieciak, ma już 36 lat i 100 tysięcy przepływanych mil.

Gdy wystartował z La Rochelle i jeszcze na wodach Zatoki Biskajskiej objął prowadzenie, prawie pospadali ze stołków. Gdy w klasyfikacji generalnej zajął drugie miejsce, zostawiając w tyle wilki morskie o medialnych nazwiskach, zaczęli poklepywać go po ramieniu i nazywać przyjacielem.

Bo Gutek dał czadu! Podobnie jak ta jego łódka, Operon Racing, zwodowana jeszcze w 1993 roku, weteranka mórz i oceanów, pobłażliwie nazywana Babcią. Tyle sztormów, awarii, uszkodzeń, wypadków, a tu - proszę: Meta. Sukces.

- Udało się, udało! - darł się do ucha żonie Elizie, która czekała z córką Zuzanną, całym teamem i kibicami w porcie w La Rochelle.

- Żadnych czułych słówek, w rodzaju "Och, jak się stęskniłem" - śmieje się Eliza. - Tylko to "udało się", okraszone mocnym męskim słowem.

Dziennikarz, który podstawia mikrofon, dziwi się.

- Żadnych wyznań? - dopytuje.

- Ależ to brzmiało jak wyznanie!

- A co robiliście potem?

- Rozmawialiśmy o sprawach technicznych.

- A jeszcze potem? - dziennikarz najwyraźniej nie zamierza ustępować.

- Nadal rozmawialiśmy.

On płynął, ona latała

Ktoś, kto ich nie zna, myśli sobie, że Gutkowscy są takim sobie zwyczajnym małżeństwem. On pływa, ona siedzi w domu i z nerwów obgryza paznokcie, a potem wita go kwiatami, chlebem i solą. A to nie tak! Żeby on mógł się bujać na tej swojej łódce, ona musi sto tysięcy rzeczy zorganizować. Jest przecież jego menedżerem, rzecznikiem, ostoją i prawą ręką. Nie siedzi więc, nie rozczula się, tylko zasuwa. Zajmuje się logistyką, sponsorami, mediami.
Przeczytaj też:

- Tyle jest zajęć, że chciałabym się czasami rozmnożyć przez pączkowanie, żeby to ogarnąć - tłumaczy.
Velux 5 Ocean to pięć etapów: Z La Rochelle we Francji do Cape Town w RPA, z RPA do Wellington w Nowej Zelandii, z Nowej Zelandii do Punta del Este w Urugwaju, z Urugwaju do Charleston w USA, z USA do La Rochelle. Eliza latała więc z Gdańska do tych portów, żeby żeglarza powitać. Właśnie - bardziej żeglarza niż męża, znała swoje miejsce. Rejs trwał od 17 października. Finisz był 28 maja.
Gdy ktoś pyta o rozłąkę, tęsknotę, stres, Eliza wzrusza ramionami. Przecież tylko parę tygodni byli osobno, potem - w przerwie, między etapami - razem. Dopiero gdy on ruszał na kolejny odcinek, rozstawali się. Poza tym, cały czas wisieli na telefonie.

Niekiedy kontaktowali się kilka razy dziennie. A gdy był na drugiej półkuli, wyrywał ją ze snu w środku nocy.

Organizatorzy regat Velux 5 Oceans zadbali, żeby Gutek miał kontakt z domem i resztą świata, głównie z komisją regatową. Niektórzy żartowali, że taki rejs to jak morskie wydanie Big Brothers. Łódka okamerowana, żeby zawodnik z różnych miejsc, z dziobu, rufy, z wewnątrz, z zewnątrz nagrywał kawałki dla telewizji i organizatorów. Na pokładzie były telefony satelitarne, technologia mobilna, internet.

- I co? Wciąż omawialiście przez ten internet problemy techniczne? Żadnych spraw domowych?

- O domowych dopiero teraz będziemy rozmawiać. W Gdańsku.

O tym, że znowu ubyło jej kilogramów, a przybyło wrzodów na żołądku, dowiedział się jednak już podczas konferencji prasowej. W Porcie Lotniczym im. Lecha Wałęsy.

Chłopak z sąsiedztwa

Przylecieli w ostatni poniedziałek, przez Paryż.

W Salonie VIP czekali przyjaciele, sponsorzy i dziennikarze. Prześwietleni i zrewidowani. Dzwoni? Proszę zdjąć buty! I pasek. I zegarek. Rozstawić nogi. Wyjąć klucze. Dyktafon położyć na taśmę. O, zapałki! Chce pani wzniecić ogień?

- To z powodu Gutka taki cyrk?

- Tu jest Salon VIP! Obowiązują procedury.

Wchodzi Gutek, opalony i uśmiechnięty. Oklaski na powitanie. Okrzyki. Wiwat, Gutek! Gra-tu-lu-je-my!!! Dwaj mężczyźni w koszulkach z napisem "Gutek made in Poland" rozwijają transparent: "Gutek, twardy z Ciebie chłop. Teraz czas na Vendee Globe".
Vendee Globe to jeszcze trudniejsze regaty, bez zawijania do portów i bez pomocy z zewnątrz.
Mężczyźni są przyjaciółmi z wyspy Stogi, razem chodzili do szkoły.

Bo Gutek nie jest żadnym VIP-em, jest chłopakiem z sąsiedztwa. Wychowywał się w Górkach Zachodnich, mieszkał w pobliżu Jachtklubu Stoczni Gdańskiej, wtedy im. Lenina. Fascynowały go łódki i kolorowe żagle. Miał 10 lat, gdy postanowił zostać wilkiem morskim. W szkole powstało akurat kółko geograficzne, połączone z kółkiem żeglarskim. Natychmiast się zapisał. Najpierw pływał na malutkich żaglóweczkach, optymistach i kadetach, potem przestawił się na większe jednostki. Wciągnęło go.

Był członkiem polskiej narodowej olimpijskiej drużyny żeglarskiej klasy 470. Był kapitanem wachtowym na pokładzie jachtu Warta-Polpharma, podczas regat The Race. Próbował, z kolegami, pobić rekord opłynięcia świata bez zawijania do portu żaglowcem jednokadłubowym, ale nie wyszło, musieli - z powodu uszkodzeń na łodzi - przerwać rejs po przepłynięciu 9500 mil.

Przedtem zawsze pływał z kimś. Teraz był na jachcie sam. Jachcie Operon Racing, w nowej, ekscytującej klasie Eco 60 Class. Do regat szykowało się dziewięciu zawodników, zakwalifikowało się pięciu, do mety dotarło czterech.

- Nie dałbym rady bez pomocy innych - podkreśla.

I cytuje Kargula z filmu "Kochaj albo rzuć": Ja tylko pociągnął…

Eliza też jest z wyspy Stogi. Tam nadal mieszka jej rodzina.

A oni z Gutkiem, Zuzą, pięcioma kotami, amstaffem Tequillą i królikiem cyborgiem, który miał nie żyć już 11 lat temu, ale żyje do dziś, mają mieszkanie w bloku, na Morenie.

W pobliżu jest klub, w którym pływa 13-letnia Zuza.

- Tak normalnie, na basenie - uściśla - ale czasami, gdy tata jest w domu, zabiera mnie na łódkę.
Eliza policzyła, że w trakcie 14 lat małżeństwa Gutka nie było w domu w sumie pięć lat.

Awaria za awarią

Wszyscy pytają w zasadzie o to samo: Co było najtrudniejsze, a co najpiękniejsze? Czy miał chwile zwątpienia? Jak znosił samotność? Kiedy spał? Co jadł?

Właściwie to najłatwiej odpowiedzieć na to ostatnie pytanie. Jadł głównie liofilizowane produkty, takie w proszku. Wystarczyło zalać wrzątkiem i pomieszać. Podczas pierwszego etapu nie miał nic innego, żadnego normalnego jedzenia, schudł więc kilkanaście kilogramów. Potem był mądrzejszy.
Ten pierwszy etap, do Kapsztadu, w ogóle był szczególny. Kłopoty z samosterem, elektroniką, żaglem i z własnym organizmem.

- Oprócz awarii sprzętu, miałem awarię głowy - opowiada. - Rozciąłem ją sobie, w kilku miejscach, wirnikiem od generatora wiatrowego. Krew zalewała oczy. Sam opatrzyłem rany. Na szczęście, nie musiałem tego zszywać, wystarczył specjalny plaster.

Zrobił to tak fachowo, że dziś prawie nie ma śladu.

- Wtedy jednak byłem na siebie zły - przyznaje. - Próbowałem odczepić wodorosty od płetwy sterowej, nie spojrzałem, gdzie trzeba, i dostałem w łeb.

Potem był równik. I latające ryby, na osłodę. Same wskoczyły na pokład. Jedną zdążył uratować.
Drugi etap to kłopoty z autopilotem. Dla samotnego żeglarza autopilot jest urządzeniem niezwykle ważnym. Pozwala na automatyczne sterowanie jachtem, gdy trzeba wykonać inne istotne prace, np. zająć się nawigacją czy drobnymi naprawami albo po prostu zamknąć oko. Poprawne działanie autopilota decyduje o bezpieczeństwie zawodnika.

I wyznaje, że po raz pierwszy w życiu naprawdę się bał. Dokoła ryczące czterdziestki, a nawet pięćdziesiątki, piętnastometrowe fale, jachtem miota tak, że nie wiadomo, gdzie góra, gdzie dół, a tu taka historia.

- Jak jechać bez kierowcy? - zachodził (w poranioną) głowę.

Dał radę. Nawet sam ze sobą podzielił się opłatkiem, bo były Wigilia i Boże Narodzenie. Zjadł kawałek piernika. Przetrwał ten horror.

W Wellington czekały Eliza i Zuza.

Trzeci etap to kłopoty z kilem i okryty złą sławą przylądek Horn. Minął go 23 lutego, o godzinie 18.45 czasu polskiego. "Tym razem wyglądał pięknie i dostojnie. Dziesięć lat temu był przerażający i niebezpieczny" - powiadomił Elizę. I dodał, że jest szczęśliwy jak dziecko. Zwłaszcza że 30-40 mil wcześniej witało go stado delfinów.
Do Punta del Este dotarł jako drugi, po wyczerpującym, trwającym ponad dobę pojedynku, o 40 sekund (!) wyprzedzając Brytyjczyka Chrisa Stanmore-Majora. Dosłownie, 500 metrów przed metą.
Nawet jego twarda żona nie wytrzymała.

- Wtedy się wzruszyłam - przyznaje Eliza.

Czwarty etap to kolejna awaria: Urwało się górne mocowanie głównego sztagu - jednej z trzech stalowych lin utrzymujących maszt w pionie. Żagiel był w wodzie. Naprawić tego na morzu nie sposób, a ponieważ stabilność masztu jest priorytetem, Gutek zdecydował się na postój techniczny w brazylijskim porcie Fortaleza.

Zboczył z trasy. Niespodziewany postój i naprawy zajęły 12 dni. Bo wcześniej zepsuł się alternator i popękał bukszpryt. A Gutek miał wypadek, spadł z nadbudówki i uszkodził żebra. Jedno było złamane.
Tym razem nikogo nie prześcignął.

Piąty etap to trasa z Charleston do La Rochelle. Burza z piorunami, silny wiatr, szkwał i… stare rybackie sieci zaczepione na kilu.

- Chciałem zanurkować, żeby je ściągnąć, ale zobaczyłem w pobliżu dwie orki - relacjonuje. - Nie chciałem być częścią ich łańcucha pokarmowego. Odpuściłem, ale to mnie spowalniało.

Jeszcze musiał wskoczyć na maszt, bo coś tam nie działało. Rozważyć, czy chce dodatkowe punkty za najszybsze przejście strefy pomiaru prędkości, choć bramka nie po drodze i trzeba nadłożyć drogi.
Nie spał trzy doby. Raz zderzył się z wielorybem.

Do La Rochelle wpłynął 28 maja, o godzinie 15.07. Zamknął okołoziemską pętlę. Okazał się lepszy od Dereka Hatfielda, choć gdy mijali bramkę, miał tylko punkt przewagi nad Kanadyjczykiem.
Na podium nie mógł powstrzymać łez. Był 183 żeglarzem na świecie, który opłynął samotnie glob dokoła.

W domu na chwilę

Potem był czas dla rodziny. Postanowili zrobić przyjemność Zuzie i wybrać się do legendarnego fortu Boyard. Wybudowanej na morzu w początkach XIX wieku twierdzy, która miała bronić francuskiego wybrzeża przed atakiem angielskiej floty, a ostatecznie służyła jako więzienie. Budowla stała się szerzej znana także w Polsce, za przyczyną popularnego programu telewizyjnego, rozgrywanego na jej terenie.
Wsiedli na statek, myśleli, że wejdą do środka twierdzy. Ale wycieczka tego nie przewidywała. Okrążyli więc fort i wrócili do portu. Pokładali się ze śmiechu, a Gutek pukał się w głowę. Tyle miesięcy na wodzie i jeszcze wybrał się na wycieczkę turystycznym statkiem! Jako pasażer!

Co mu się marzy? Chwila oddechu. Własne łóżko. Ale bez przesady. On w domu długo być nie może, zaraz go nosi.

- Dobrze, że zrobił mi, tak jak obiecał, jajecznicę ze szczypiorkiem na śniadanie - uśmiecha się Eliza. - To nasza porejsowa tradycja.

Bo generalnie - Gutek w domu niewiele robi. Jest od innych celów. Nawet wiertarkę obsługuje Eliza, jak na żonę żeglarza przystało.

- Nie mam o to żalu - twierdzi. - Wiedziałam, kogo biorę. W okresie narzeczeńskim trochę się buntowałam, głównie z powodu tych samotnych świąt, imienin, urodzin, walentynek. Teraz już się nie buntuję. Przecież on spełnia marzenia. To ważniejsze niż cokolwiek.

- A był kiedyś u Zuzanny na wywiadówce?

- Kiedyś tak. Ale to nie ma znaczenia. Jest pierwszym Polakiem na regatach Velux 5 Oceans. Zakończył je na drugim miejscu. To duży sukces i duży zaszczyt.

Zuza mówi, że o jej szkołę nie trzeba się martwić. Zawsze była w czołówce. A za parę dni ma mistrzostwa okręgu w pływaniu.

Jacht Operon Racing przechodzi lifting, do Polski dotrze 2 lipca. Przyjaciele powitają wtedy Gutka ponownie. Tym razem w Sopocie, macierzystym porcie.

- "Babcia" jest z Sopotu, sponsor, czyli wydawnictwo Operon - z Gdyni, a Gutek z Gdańska - śmieją się. - Wiwat, Trójmiasto! Wiwat, Gutek!

Gutek ma nadzieję, że Brad Van Liew, zwycięzca regat, też do Sopotu dotrze. A cały świat zobaczy, że Polska ma dostęp do morza.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

b
bagienny

I tak kapitan Gutek - Gutkowski dołączył do Wielkich, którzy rozsławiają Polskę i Trójmiasto. Dzięki takim między innymi ludziom, świat dowiaduje się o Polsce .Jesteśmy dumni , że Gutek /młody ,skromny/ pokazał że można!!!!!! Jeszcze raz szczerze gratuluję !!!!!!!!

Dodaj ogłoszenie