Wielokrotnie skazany za rozboje wyszedł na prostą i został literatem

Tomasz Słomczyński
Marcin ostrożnie bierze na ręce swojego syna. Jego muskulatura i tatuaże czynią z maleństwa istotę jeszcze bardziej bezbronną i kruchą. A tę dziarę, czyli pułkownika, którego ma na ramionach, chętnie by jakoś usunął
Marcin ostrożnie bierze na ręce swojego syna. Jego muskulatura i tatuaże czynią z maleństwa istotę jeszcze bardziej bezbronną i kruchą. A tę dziarę, czyli pułkownika, którego ma na ramionach, chętnie by jakoś usunął Tomasz Słomczyński
Czy to figiel Purtka, dar w spadku po dziadku Leonie, a może efekt więziennej nudy? Tak czy inaczej Marek Komkowski, wielokrotnie skazany za rozboje, wyszedł na życiową prostą i został literatem.

Piątek, 2 października 2015 roku. Budzik dzwoni, jak zwykle, o czwartej rano. Marcin Komkowski siada na łóżku, czuje, że ogarnia go trema. Zamiast ruszyć do stoczni i usiąść za kierownicą sztaplarki, stanie dzisiaj przed nastolatkami. Jako pisarz. Chociaż nie lubi mówić o sobie „pisarz”. Raczej nazywa siebie „autorem”. Bo pisarze to wiadomo, Sienkiewicz, Szymborska. Gdzie jemu równać się z nimi. A dzisiaj w Kartuzach młodzi chłopcy pewnie nie będą pytać o to, jak składa słowa w zdania, a zdania w opowieści. Zapytają, jak to jest spędzić prawie połowę życia za kratkami. Poza tym chyba nie powinien wyjeżdżać z Gdańska. Monika ma dziś zgłosić się do szpitala.

Początek lat dziewięćdziesiątych. Marcin jeździ do Bącza koło Mirachowa na wakacje do dziadka Leona i babci Urszuli. To Kaszubi z krwi i kości. Tacy, u których zawsze jest porządek, życie poukładane, w tygodniu ciężka praca, w niedzielę zaś - wyprasowana koszula i msza w kościele. Bardzo lubi u nich spędzać czas. Gdy po latach będzie wspominał dzieciństwo, staną przed oczami obrazy: dziadek Leon powożący koński zaprzęg, babcia Ula siedząca na ganku. Przestrzeń, jezioro, las. Pomyśli: za dobrze miałem. I otworzy oczy, a wzrok zatrzyma się na szarym suficie dusznej celi. Ale to będzie dopiero po roku dwutysięcznym.

Druga połowa lat dziewięćdziesiątych. Marcin trafia do Bącza po każdej ucieczce z domu. Już wtedy poznaje nocne życie parku za ruskim czołgiem. Jedno drugiemu nie przeszkadza - znajduje czas na przesiadywanie w parku i na wyjazdy do dziadków, gdzie ma swoje króliki. Bardzo lubi się nimi opiekować.

Końcówka lat dziewięćdziesiątych. Park między ruskim czołgiem przy al. Zwycięstwa w Gdańsku a torami Szybkiej Kolei Miejskiej. Bar Pod Kasztanami, nieopodal nocny klub. Marcin wypija kolejne piwo. Na następne nie ma już pieniędzy.

Dziesiona to jest rozbój, czyli kradzież z użyciem przemocy. Nie trzeba od razu lać po pysku, wystarczy groźba. Na przykład „wyskakuj z portfela”. Dziesiona z dwójką to jest rozbój przy użyciu niebezpiecznego narzędzia. Zdarzało się, że Marcin nosił przy sobie motyla. Motyl to taki nóż, składa się i rozkłada w okamgnieniu. Sprężynę zresztą też nosi.

2 czerwca 2000 roku. Marcin zostaje zatrzymany. Naliczyli mu tych dziesion, również z dwójką, w sumie kilkanaście. Dostanie sześć lat.

Początek 2004 roku. Marcinowi zostały niecałe dwa lata odsiadki. Siłą mięśni i charakteru zdążył już wyrobić sobie pozycję. Podtarguje się regularnie, to znaczy podciąga na drążku. W pudle nie można powiedzieć: „podciąga”. Słowo „ciągnąć” jest zakazane. Tak jak słowo „lód” albo „posunąć”. Marcin jeszcze nie może sobie wydziarać pułkownika. Czyli wytatuować na ramionach więziennych dystynkcji - trzy gwiazdki i dwie belki. Na ten przywilej będzie czekał jeszcze kilka lat. Tymczasem stara się utrzymać wysoką pozycję, uchodzi za kozaka, gardzi konfidentami, nie okazuje lęku.

Otrzymuje szansę od służby więziennej. Przenoszą go na Przeróbkę, do zakładu półotwartego. Może pracować na wolności.

Kwiecień 2004 roku. Marcin wyskakuje z samochodu w Gdańsku na moście Siennickim. W aucie siedzą miejscy strażnicy, ale on nie wie, czy go gonią, nie ogląda się za siebie. W życiu nie biegł tak szybko, nie był tak zdyszany, tak zmęczony. W końcu pada na trawnik. Rozgląda się. Jest wolny.

Na ucieczce jest w sumie dwa miesiące. W ciągu dnia i wieczorami - park za ruskim czołgiem. W nocy - domek letniskowy na działce na Matarni. Taki na wypasie, z kominkiem. Żyć nie umierać.

Tylko kasę mieć. Ale to przecież nie jest żaden problem. Potem doliczą mu dodatkowe dziesiony. Marcin nie pamięta, ile ich było, jakoś tak ze dwadzieścia chyba.

Czerwiec 2004 roku. Łapią go, ale zaraz wypuszczają. Bo nie wiedzą, że jest na ucieczce, nie zorientowali się, że mają zbiega z więzienia. Kiedy wychodzi z komisariatu na Piwnej, nie może uwierzyć własnemu szczęściu. Wraca do parku. Kolejny raz, po kolejnym rozboju zatrzymują go „na ostro”: „Gleba!”. Marcin myśli: „Teraz to się zorientowali”. Nic podobnego. Siedzi w areszcie, a oni ani słowem nie wspominają o wcześniejszym wyroku, o ucieczce.

Postanawia wysłać list przez komin. Czyli przy pomocy człowieka, który ma kontakt z wolnością. W liście pisze, że chyba znowu mu się udało, że chyba nie wiedzą o ucieczce, więc posiedzi kilka miesięcy za jeden rozbój i wyjdzie.

List daje elektrykowi, a ten zamiast wrzucić go do skrzynki na mieście, idzie z nim do wychowawcy. I w ten sposób wszystko wychodzi na jaw.

Do starego, sześcioletniego wyroku, Marcinowi dokładają trzy miesiące za ucieczkę. A za te kolejne dziesiony, z których utrzymywał się przez dwa miesiące, dostaje jeszcze dziesięć lat.

Purtek

11 listopada 2015 roku. Monika proponuje wyjście na Paradę Niepodległości, która w Gdańsku jest rodzinnym i radosnym świętem. Nie, już nie zdążą. Ale i tak do centrum mogą się wybrać na jakiś spacer.

Tymczasem Marcin pyta, jak smakuje bigos i śledzie. Sam przyrządził. Przecież z wykształcenia jest kucharzem. W kuchni pracował w Zakładzie Karnym Czarnem, to już była końcówka wyroku. Śledzie są wyśmienite, tak jak bigos. Marcin nie przerywa opowieści.

To nie przychodzi tak od razu, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nadchodzi powoli, z dnia na dzień. Myślisz sobie, że to nie ma sensu, masz już dość tego wszystkiego, takiego życia. Szukasz odskoczni. Motorem wszystkiego w pudle jest nuda. Zwyczajna nuda. Nudę najtrudniej znieść. Bierzesz do reki kartkę, długopis i zaczynasz pisać.

Po jakimś czasie, mniej więcej po dziesięciu latach odsiadki, Marcin miał nową pozycję: pisarza.

W pudle umiejętność ładnego pisania jest w cenie. Można komuś napisać ładny list do dziewczyny. Jak ktoś to umie robić, to może sobie nie najgorzej poradzić.

Startował w różnych konkursach organizowanych przez Służbę Więzienną i zdobywał nagrody lub wyróżnienia.

Wielu więźniów pisze jakieś wierszyki, rymowanki. „Siedzę na lipie i myślę o c***e”. Ale to na konkursach nie przechodzi. Trzeba dać z siebie coś więcej.

Wszystkie więzienne dyplomy w schludnym mieszkaniu Marcina i Moniki pieczołowicie przechowywane są w foliowych koszulkach, w segregatorze, który stoi na honorowym miejscu na półce w salonie. W tym samym segregatorze Marcin trzyma akty oskarżenia i wyroki.

2010 rok (mniej więcej). Marcin leży na łóżku, zamyka oczy i widzi kaszubskie lasy, jeziora. Widzi też diabła, Purtka, kaszubskiego demona, o którym czytał w którejś z książek w więziennej bibliotece. Prosi wychowawcę o ponadprzydziałową kartkę papieru i ołówek. Postanawia diabła ożywić w swoich opowiadaniach. Bo wszyscy znają takiego Borutę na przykład, a Kaszubi mają swojego diabła, Purtek się nazywa. I jest kuzynem Smętka. Nie, Purtek nie jest bardzo zły. Raczej złośliwy, bo to nicpoń jest zwyczajny.

Monika

2014 rok, Zakład Karny w Czarnem, oddział dla pracujących. Można tu mieć wszystko. Dopalacze i miękkie narkotyki są tu na porządku dziennym. Z jednego grama skuna robi się tu 10 kulek - czyli porcji, i każdą sprzedaje współwięźniom po 10 zł. Trzykrotna przebitka, złoty interes. Ale nie tylko narkotyki można tam mieć. Również i telefon z dostępem do internetu.

Służba Więzienna ma specjalny detektor, który sygnalizuje, że gdzieś w pobliżu jest telefon. Gdzieś w pobliżu - ale gdzie? Marcin kolejny raz ma kipisz na celi. Jego telefonu nie znajdują. Do giera jakoś nie zaglądają. Gier to inaczej muszla klozetowa.

Telefon ma dostęp do internetu. Przez Facebooka Marcin poznaje Monikę. Ma ją wśród znajomych, bo jest koleżanką jego siostry. To już ostatnie miesiące odsiadki. Monika i Marcin odliczają dni, kiedy w końcu będą się mogli spotkać.

Monika:

- Uczucie zrodziło się, zanim go zobaczyłam. Gadaliśmy o wszystkim, najmniej o więzieniu.

Marcin, ze śmiechem:

- Z dziewczynami z wolności o kryminale się nie gada.

Listopad 2014. Po odsiedzeniu w sumie piętnastu lat Marcin wychodzi z więzienia. Mówi wszystkim, że już tam nigdy nie wróci. Tego samego dnia spotyka Monikę. Idą na spacer. Po raz pierwszy rozmawiają normalnie, bez Facebooka.

Wojtuś

2 października 2015 roku, godz. 10-13. Minął prawie rok, od kiedy Marcin jest na wolności. Dziś rano dojechał do Kartuz, Monika pojechała do szpitala. Trema go nie opuszcza, myśli o tym, co z Moniką, nie dają spokoju. Trwa spotkanie z młodzieżą. Licealne dzieciaki są raczej z dobrych domów, takie bardziej poukładane. Z ciekawością sięgają po jego opowiadanie, które wydrukowało jedno z kartuskich wydawnictw.

Zaraz potem kolejne spotkanie. Tym razem przychodzą nastolatkowie z ośrodka wychowawczego. Z Marcina schodzi trema, widzi te błyski w oczach, zna je, wie, co oznaczają.

Trzecie spotkanie ma się odbyć po południu. Jednak przychodzi SMS od Moniki: „Zaczyna się”. Najszybciej, jak tylko się da, Marcin musi się dostać do Gdańska.

2 października 2015 roku, godz. 13.30, droga z Kartuz do Gdańska. Marcin jedzie samochodem. Podwiezienie zaproponował mu redaktor naczelny lokalnej gazety. Przy okazji dziennikarz przeprowadza wywiad. Dyktafon leży obok drążka zmiany biegów. Marcin mówi po polsku, na chwilę tylko przechodzi na kaszubski. Trudno wtedy cokolwiek zrozumieć.

- Z Moniką wynajmujemy mieszkanie. Jeszcze w więzieniu zrobiłem kurs na sztaplarkę i pracuję teraz w stoczni. Nie narzekam, dobrą mam pracę, ale żeby czwórkę na rękę wyciągnąć, to muszę po dwanaście godzin dziennie pracować. Codziennie wstaję o czwartej rano, wracam do domu po osiemnastej. Powtarzam sobie często, co dziadek Leon mi zawsze mówił, że ciężka praca najlepiej kształtuje charakter.

Jestem teraz szczęśliwy, tylko że na nic czasu nie mam. A ja tak lubię pisać! Siedzieć nad jednym zdaniem, czasem coś wykreślić, czasem coś dołożyć. Bardziej to lubię niż łowienie ryb i zbieranie grzybów nawet.

Bardzo bym chciał mieć trochę więcej czasu. Może jakby kiedyś był jakiś pieniądz z moich książeczek, to mógłbym mniej brać godzin w stoczni i więcej czasu poświęcić na pisanie? Albo żeby kiedyś żyć z pisania… To byłoby coś! Ale to niewielu tak ma, nie każdy jest taką Szymborską przecież, no nie?

Zresztą pieniądze nie są najważniejsze. A może są? Nie, nie są. Moją książeczkę sprzedawałem dzisiaj za złotówkę, żeby dzieciaki zaraz jej do kosza nie wyrzuciły jak ulotki reklamowej. Bo co jest w życiu za darmo, tego się nie ceni, prawda?

W Gdańsku Marcin wpada do mieszkania po torbę i zaraz biegnie na porodówkę. Martwi się, bo Monika w kolejnych SMS-ach napisała, że coś ją boli. Lekarze wywołują jej poród, ale na razie bezskutecznie. Wojtuś urodzi się dopiero za cztery dni.

Dziadek Leon

11 listopada 2015, mieszkanie w gdańskiej dzielnicy Łostowice. Osiedle nowych domów wielorodzinnych z zadbanymi trawnikami, szlabanami przy wjazdach i garażami podziemnymi. Wszędzie bogato. Byle jakie auta są raczej rzadkością. Marcin ostrożnie bierze na ręce swojego syna. Jest bez koszulki, jego muskulatura i tatuaże czynią z maleństwa istotę jeszcze bardziej bezbronną i kruchą. A tę dziarę, czyli pułkownika, którego ma na ramionach, chętnie by jakoś usunął. Tylko że się nie da, będzie go miał już na całe życie.

Marcin jest ostatni dzień na urlopie, który należał mu się po urodzeniu syna. Jutro rano jedzie do stoczni. Martwi się, że od jutra znowu będzie miał mało czasu.

- Dziś wieczorem muszę jeszcze popisać - mówi do Moniki.

Niestety, w ciągu urlopu nie zdążył skończyć drugiego opowiadania. Będzie więc pisał wieczorami, po powrocie ze stoczni. Chciałby dostać jakąś recenzję, więc jak skończy, to chętnie podeśle. Nie, nie mailem, tylko na kartkach. Jeszcze nie nauczył się wysyłać maili. Wciągając na siebie koszulkę, pod którą chowają się tatuaże i łańcuch zawieszony na szyi, mówi:

Drugie opowiadanie, tak samo jak pierwsze, też będzie o Purtku i dziadku Leonie. Nieżyjącym już dziadku, który utkwił Marcinowi w pamięci: „Przestraszone słońce schowało się w chmurach przed zbliżającym się grzmotem, który zwiastował letni deszcz. Złą pogodę już wcześniej przeczuły dwa rosłe kasztany. Potrząsając łbami, na przemian rżąc i strzygąc uszami, uświadomiły swojego woźnicę o nadchodzącej zmianie. Na chłopski rozum mogło to oznaczać tylko jedno - ulewę. Nie namyślając się zbyt długo, woźnica szybkim ruchem ręki poprawił czapkę na łysiejącej głowie, zaś drugą ręką ściągnął lejce, by mieć większą kontrolę nad swoimi końmi. Zanim pierwsza kropla deszczu dotknęła leśnego traktu, świst bata rozciął zaduch i kute na wszystkie kopyta wałachy ze stępa przeszły w kłus”.

W tekście wykorzystałem fragment publikacji „Diabelski Kamień. Opowieści z Mirachowa, Bącza i okolic”, autorstwa Marcina Komkowskiego, wydanej przez Klub Literatury i Sztuki przy MiPBP im. Janusza Żurakowskiego w Kartuzach.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie