Westerplatte. Archeolodzy w Zatoce Wraków [ZDJĘCIA]

Marek AdamkowiczZaktualizowano 
Trzynaście przebadanych przez archeologów drewnianych wraków z Zatoki Gdańskiej trafi w tym roku do wirtualnego skansenu Marek Adamkowicz
Dno morskie w okolicach Westerplatte usiane jest reliktami statków, którym nie było dane zawinąć szczęśliwie do portu w Gdańsku. Archeolodzy podwodni nazywają to miejsce Zatoką Wraków.

Czerwcowy poranek, rześki i słoneczny. W sam raz do wyjścia w morze. Statek Hestia odbija od nabrzeża w Nowym Porcie i minąwszy falochron, obiera kierunek wschodni. Nie odpływa jednak daleko. Po kilkunastu minutach, opodal Portu Północnego, silnik przestaje pracować.

- Jesteśmy na miejscu - uspokaja dr Tomasz Bednarz, archeolog podwodny z Narodowego Muzeum Morskiego. - Jak widać, prawdziwe skarby są na wyciągnięcie ręki.

Słowom archeologa zaprzeczyć nie sposób. Do plaży Westerplatte tak blisko, że widać twarze ludzi, a i głębokość morza nie robi wrażenia, raptem cztery-pięć metrów. Tylko tyle dzieli nas od wraku oznaczonego jako F 53.22, znanego również pod kryptonimem „Falburt”.

Holk jak z pieczęci

- To wyjątkowo cenne znalezisko, jeden z nielicznych znanych nam wraków statków średniowiecznych - przyznaje prof. Waldemar Ossowski, dyrektor Muzeum Historycznego Miasta Gdańska, który jako archeolog podwodny prowadził badania jednostki. - W tym przypadku mamy do czynienia z jednostką typu holk, powstałą na przełomie XIV i XV wieku.

Na jej ślad natrafił kilka lat temu Urząd Morski w Gdyni. W 2011 r. wrak został przebadany zarówno przez archeologów podwodnych, jak i naukowców innych specjalności. Ustalono, że odnaleziona została górna część burty, fragmenty poszycia oraz konstrukcji kasztelu rufowego, który niezwykle rzadko jest spotykany na wrakach.

- Zwykle zachowują się części denne statku - podkreśla prof. Ossowski. - Odnalezienie fragmentu burty to ewenement.

Wrak holku jest spory, ma ok. 23-25 m długości, przy czym okresowo, na skutek ruchów dna morskiego, jest zasypywany piaskiem, więc raczej nie bywa widoczny w całości.

Analiza dendrochronologiczna wykazała, że drewno użyte do budowy jednostki pozyskano w ostatnich latach XIV wieku. W polskich wodach znaleziono dotychczas zaledwie kilka wraków o podobnym datowaniu, tj. kogę z Rowów, której powstanie określa się na XIII wiek, oraz Miedziowiec, holk z początku wieku XV.

- Wiemy, że holki rozpowszechniły się właśnie w XV stuleciu, co pokrywa się z wynikami badań dendrochronologicznych - wskazuje prof. Ossowski. - Przez wiele lat był to najważniejszy typ statku handlowego, jakiego używano w naszym regionie, można wręcz powiedzieć, że stał się symbolem epoki. Nieprzypadkowo też wizerunek holku znalazł się na pieczęci Gdańska.

Morze lubi robić niespodzianki

Specjaliści przyznają, że na razie z wrakiem F 53.22 wiąże się więcej pytań niż odpowiedzi. Problemem w odtworzeniu jego losów jest przede wszystkim brak materiałów archiwalnych. Nie ma też zabytków, które np. pozwoliłyby określić, jaki ładunek przewoziła - o ile faktycznie tak było - zatopiona jednostka. Zawartość ładowni w powiązaniu ze znajomością ówczesnych szlaków handlowych, tudzież specyfiki poszczególnych ośrodków europejskich, niewątpliwie posunęłaby to historyczne śledztwo do przodu. Może niezbyt daleko, ale jednak...

Równie gęsty mrok tajemnicy skrywa okoliczności, w jakich statek poszedł na dno, a tutaj paleta możliwości jest naprawdę duża - wejście na mieliznę, kolizja z innym statkiem, nieszczelność poszycia itd., itp.

- W tych okolicach nie były to zdarzenia odosobnione - mówi dr Tomasz Bednarz. - Wrak holku znajduje się w pobliżu dawnego wejścia do portu, gdzie zatonęło wiele statków, chociaż nie możemy wykluczyć, że badany fragment został na obecne miejsce przesunięty. Ukształtowanie dna morskiego zmieniło się nie tylko wskutek działania sił przyrody, ale i za sprawą aktywności człowieka, by wspomnieć tylko o wielowiekowych pracach przy pogłębianiu ujścia Wisły czy budowie Portu Północnego.

Archeolodzy przyznają, że niespodzianki, jakich dostarcza morze, to jeden z uroków ich pracy. Wraki - jako się rzekło - pojawiają się i znikają pod piaskiem, nigdy też nie wiadomo, w jakim danego dnia będą stanie.

- Bywa tak, że jednego razu mamy do czynienia z pięknie zachowanym wrakiem, a kiedy po kilku latach czy nawet miesiącach, gdy schodzimy na niego ponownie, widzimy go w szczątkach. Niestety, czas robi swoje - konstatuje nurek Zbigniew Jarocki.

Zatopiony statek może zobaczyć każdy

Gdyby nie Narodowe Muzeum Morskie w Gdańsku nasza wiedza o historii gdańskiej żeglugi byłaby nader uboga. To właśnie prowadzone przez tę placówkę badania pozwalają na poznanie wraków w sposób kompleksowy, zabezpieczenie ich przed degradacją, a także zakonserwowanie i pokazanie zabytków znalezionych w morzu (i innych akwenach).

Dumą muzeum jest projekt naukowo-badawczy pn. „Wirtualny Skansen Wraków. Ewidencja i inwentaryzacja podwodnego dziedzictwa archeologicznego”. To pierwsze tego rodzaju przedsięwzięcie w Polsce, a jego głównym założeniem jest wykonanie fotogrametrycznej, trójwymiarowej dokumentacji wraków drewnianych jednostek z Zatoki Gdańskiej.

Przygotowania do uruchomienia projektu wirtualnego skansenu trwały ponad rok. W tym czasie wykonano ponad 60 tys. zdjęć obiektów podwodnych, co umożliwiło przedstawienie ich w formie trójwymiarowej.

- Efektem naszej pracy jest wirtualny skansen, czyli miejsce w internecie, gdzie można zwiedzić najważniejsze wraki spoczywające na dnie Zatoki Gdańskiej - mówi Tomasz Bednarz. - Kto tam zajrzy, zobaczy, jak dany wrak widzą archeologowie pod-wodni podczas swojej pracy z tą różnicą, że w rzeczywistości niska przejrzystość wody nie pozwala widzieć dalej niż 2-3 metry, a na stronie Wirtualnego Skansenu Wraków można objąć wzrokiem cały obiekt.

Czerwcowa wyprawa na F 53.22 wpisuje się w projekt wirtualnego skansenu, bowiem i ta jednostka ma się w nim znaleźć. Łącznie do końca roku Narodowe Muzeum Morskie planuje umieścić tam 13 obiektów, a w następnych latach systematycznie wzbogacać stronę o kolejne stanowiska archeologiczne.

- Dzisiejsze muzea chcą się cyfryzować, wchodzić w nowe formy przekazu i najnowsze technologie. To ważny trend - tłumaczy Szymon Kulas, zastępca dyrektora NMM. - Jednym z celów każdej współczesnej instytucji kultury jest upowszechnianie zabytków w formie multimedialnej. To z kolei wiąże się z unowocześnianiem i uatrakcyjnianiem oferty. Projekt Wirtualny Skansen Wraków jest częścią metamorfozy, którą przechodzimy jako muzeum. Naszą główną misją jest prezentowanie eksponatów i ich ochrona, ale robimy to coraz częściej za pomocą skanerów laserowych i optycznych, drukarki 3D czy rozszerzonej rzeczywistości.

Modele obiektów podwodnych zamieszczonych w Wirtualnym Skansenie Wraków można oglądać w smartfonach przy użyciu urządzeń do wirtualnej rzeczywistości typu Google Cardboard lub Oculus DK1 i DK2. Potęguje to dodatkowo uczucie trójwymiarowości i przestrzenności prezentowanych stanowisk podwodnych. Muzeum planuje wdrożenie specjalnej stacjonarnej wersji Wirtualnego Skansenu Wraków na najnowszą wersję Oculus i inne gogle virtual reality. Pozwoli to na wirtualne „pełne zanurzenie” w wodach Zatoki Gdańskiej osób oglądających wraki i poruszanie się po stronie skansenu wraków cały czas w wirtualnym podwodnym świecie.

- Niewiele muzeów na świecie realizuje tego rodzaju projekty - przyznaje Tomasz Bednarz. - Dla badaczy ma on ogromne znaczenie, ale cieszę się, że korzystają z niego również uczniowie. To znakomite narzędzie edukacyjne, które jednocześnie pozwala na przeżycie prawdziwej podwodnej przygody.

polecane: FLESZ: Podział Mandatów po wyborach parlamentarnych

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie