We wsi Pomieczyno i w muzeum Stutthof w Sztutowie rozpoczęły się zdjęcia do filmu dokumentalnego „Wieś sprawiedliwych”

Tomasz SłomczyńskiZaktualizowano 
„Po kilkugodzinnym marszu doszliśmy do Pomieczyna. Wieść, że „Stutthof” jest w kościele, lotem błyskawicy obiegła wieś” Tomasz Słomczyński
We wsi Pomieczyno i w muzeum Stutthof w Sztutowie rozpoczęły się zdjęcia do filmu dokumentalnego „Wieś sprawiedliwych”.

Opowie on historię dramatycznego Marszu Śmierci - ewakuacji obozu koncentracyjnego. Jednak to nie maszerujący więźniowie są w centrum zainteresowania twórców, tylko ratujący ich Kaszubi. Po raz pierwszy przed kamerą głos zabiorą ostatni z mieszkańców wsi Pomieczyno, którzy narażali życie dla ratowania maszerujących, a potem przez lata o tym milczeli.

Stutthof jidze
Najpierw okolicą wstrząsnęła wiadomość. Stutthof jidze.
Potem na drodze pojawiły się cienie. „Stutthofowi idą” - przekazywano sobie pełną grozy wiadomość. Cienie szły w zadymce śnieżnej, w mroku. Stały godzinami na skraju drogi, by przepuścić uciekinierów - przerażonych niemieckich bauerów, którzy wobec zbliżającej się czerwonej pożogi opuścili swoje domostwa w Prusach Wschodnich i na Żuławach. Albo zrezygnowanych, zarośniętych, brudnych żołnierzy Wehrmachtu. III Rzesza chyliła się ku upadkowi. A oni stali godzinami. W milczeniu, jak cienie.

Połowa
Był koniec stycznia 1945 roku. Komendant obozu koncentracyjnego Stutthof, Paul Werner Hoppe, na rozkaz Alberta Forstera zarządził rozpoczęcie ewakuacji obozu. Trasa ewakuacji prowadziła przez Mikoszewo, Cedry Wielkie, Pruszcz Gdański, Straszyn, Łapino, Kolbudy, Niestępowo, Żukowo, Przodkowo, Pomieczyno, Luzino, Godętowo do Lęborka. Przewidywano, że ewakuacja będzie trwała 7 dni. W rozkazie wyraźnie nakazano esesmanom, aby „wszelkie próby ucieczki lub przygotowań do buntu łamali w sposób bezwzględny przy użyciu broni palnej”. Łącznie na trasę tragicznego Marszu Śmierci wyszło ponad 11 tysięcy osób. Więźniom rozdano trochę obozowej odzieży i koców oraz prowiant składający się z około 500 g chleba i około 120 g margaryny lub topionego sera. Ubrani byli w pasiaki, na nogach mieli drewniaki, niektórzy mieli lepsze ubrania, czasem - buty. Większość skrajnie wygłodniałych więźniów zjadła otrzymaną żywność od razu, dalej maszerując bez jedzenia. Kolumny więźniów przebywały codziennie ponad 20 km.

Jak informuje Elżbieta Grot z Muzeum Stutthof w Sztutowie, ewakuację przeżyła zaledwie połowa więźniów.

Krew na śniegu
Po kilku dniach marszu, gdy minęli już tereny zamieszkane przez Niemców i wkroczyli na Kaszuby, temperatura sięgnęła dwudziestu stopni poniżej zera. Czasem upadali.

Edmund Lewańczyk wyciera łzę.

- Co miałem zrobić?

Wraca z Przodkowa do domu w Pomieczynie, nie popędza konia zaprzęgniętego do furmanki, szkapa i tak nie ma lekko, ciągnąc wóz w głębokim śniegu. Zresztą musi się wlec za kolumną pieszych. Widzi, jak jeden z nieszczęśników upada. Nie może, nie potrafi iść dalej. To koniec. Esesman zbliża się niczym szkielet z kosą na średniowiecznej rycinie. Odbezpiecza pistolet. W pół urwane błagalne spojrzenie leżącego w śniegu. Strzał, krew spomiędzy oczu.

Koń się płoszy, Edmund musi wyminąć ciało. Czerwona plama na śniegu robi się większa i większa.

Mija siedemdziesiąt lat, pan Edmund nie potrafi spokojnie o tym mówić. Wyciera kolejną łzę.

Galaretka
Zosia Halman tego wieczoru idzie do sklepu we wsi po sól, której zabrakło matce w kuchni. Widzi, jak Stutthof idzie drogą. Słyszy, jak ludzie mówią, że Niemcy po drodze zabijają. Strach ogarnia dwunastolatkę. Zosia chowa się w sklepie, chce jakoś przeczekać.

Zofia Wojowska z domu Halman po tylu latach wciąż nie może się uspokoić na myśl o tamtych wydarzeniach
Zofia Wojowska z domu Halman po tylu latach wciąż nie może się uspokoić na myśl o tamtych wydarzeniach Tomasz Słomczyński

- I siedziałam w tym sklepie, i czekałam, aż przejdą. A ludzie tam mieli dla siebie ugotowaną ciepłą galaretkę, pudding taki. I więźniowie weszli do sklepu, i łapali tę galaretkę, i rękami jedli, tacy głodni.

Za nimi wpadają esesmani. Kolbami biją jedzących po głowach. A oni jedzą dalej. Jeszcze garść, jeszcze odrobinę, choć trochę, byle włożyć do ust, tak trudno się powstrzymać, byle prędzej, zanim zatłuką.

Zosia strasznie się boi. Długo czeka w sklepie, aż przejdą. A Stutthof idzie i idzie. Kolumna za kolumną.

W końcu dziewczynka postanawia wyjść ze sklepu. Widzi, jak esesman wyciąga pistolet nad leżącym na drodze mężczyzną w pasiaku, jak strzela mu prosto w twarz.

Zosia długo, długo biegnie przez pola, biegnie i płacze. Nie może się uspokoić.

Nie może się uspokoić również pani Zofia, po tylu latach od tamtych wydarzeń. Mówi, że nie chce rozmawiać z dziennikarzem przed kamerą, zbyt wiele ją to kosztuje, a ona już taka słaba.

Zupa, kawa, groch
Po kilkugodzinnym marszu doszliśmy do miejscowości Pomieczyno, gdzie niebawem zastał nas wieczór. Tu, dla odmiany, zamiast w stodole, zamknięto nas w kościele. Wieść, że „Stutthof” jest w kościele, lotem błyskawicy obiegła wieś. Kobiety kaszubskie chyba całą noc nie spały, organizując pomoc dla wygłodniałych więźniów [Wacław Mitura „Wspomnienia więźnia Stutthofu”].

Gdy Zosia opowiedziała w domu, co widziała, mama natychmiast zeszła do piwnicy po ziemniaki. Nagotowała ich cały wielki gar. Następnego dnia Zosia z bratem Mundkiem idzie pod kościół z kanką jedzenia dla więźniów. Z jedzeniem dla więźniów idą kobiety z dzieciakami od Doeringów, Potrykusów, Meringów, Pipków i wielu, wielu innych rodzin. Niosą kanki z kawą, grochem, zupą, niosą bochny dopiero co upieczonego chleba.

Kobiety
Na zewnątrz kościoła coś się zaczęło dziać. Gromady kobiet i dzieci, z wiadrami zupy, kanami kawy i koszami nakrojonego chleba, nadciągały ze wsi i w oczekiwaniu, kiedy wypuszczą więźniów, ustawiały się w rząd pod parkanem kościoła. Gdy zarządzono wymarsz w dalszą drogę i otwarto kościół, więźniowie ujrzeli ogromne rzędy kobiet i dzieci, które podbiegły ku nim, obdarowując ich żywnością. Na ten widok wygłodniali rzucili się zwartą masą w kierunku stojących pod parkanem kobiet. Każdy był głodny i każdy chciał coś otrzymać. Kobiety nie mogły dać sobie rady i powstał straszny bałagan. (...) Rozwścieczeni esesmani rzucili się na więźniów, bijąc ich kijami i kopiąc, zmuszając do cofnięcia się z powrotem do kościoła. Kobiety z dziećmi wypędzili za parkan, zabraniając im podawać cokolwiek więźniom. Kiedy mimo bicia więźniowie biegli do kobiet, które rzucały im chleb, esesmani otworzyli ogień. W rezultacie tej strzelaniny zostało zabitych trzech więźniów. Dopiero na widok trupów więźniowie cofnęli się, a esesmani zamknęli kościół na klucz.

Kobiety nie odeszły. Rozpoczęły pertraktacje z kierownictwem transportu, które musiało ustąpić. Kobietom rozkazano ustawić się ponownie pod parkanem. (...) Z kościoła zaczęto wypuszczać po kilku więźniów, którzy kolejno podchodzili do kobiet, a te nalewały im do podstawionych misek zupę, dawały chleb i kawę [Wacław Mitura „Wspomnienia więźnia Stutthofu”].

Pod rękę, na saniach, śnieżkami
Karmienie więźniów to miał być dopiero początek.

Trudno powiedzieć, czy gospodarze z Pomieczyna jakoś się namawiali, czy wspólnie planowali akcję... Raczej nie. Wszyscy działali w cichym porozumieniu i każdy na własną rękę. Szli szukać swoich, krewnych, wielu miało ich w Stutthofie.

Tak jak osiemnastoletnia Zosia Doering, która z początku nie poznaje własnego wujka. Gdy orientuje się, że wycieńczony, zarośnięty człowiek to ten, którego szuka, biegnie po ojca. Biegnie i słyszy wystrzały za plecami. Ojciec wsiada na konia i pędzi w stronę kolumny. Gdy dojeżdża na miejsce, znajduje zwłoki brata.

Zofia Gusman z domu Doering. Z koleżanką wyprowadziły jednego z więźniów spod kościoła
Zofia Gusman z domu Doering. Z koleżanką wyprowadziły jednego z więźniów spod kościoła Tomasz Słomczyński

Swoją rolę mają do odegrania młode dziewczyny. Wzbudzają mniej podejrzeń u esesmanów.

Zosia Doering z koleżanką wyprowadzają jednego z więźniów spod kościoła. Biorą go pod rękę i idą, po prostu, jakby właśnie spacerowały po wsi z kawalerem. Ula Pipka, szesnastolatka, wykorzystuje fakt, że świetnie mówi po niemiecku, wyprowadza jednego „stutthofowego” z lazaretu, który urządzono w gospodarstwie Konkelów. Córka Meringów rzuca w „stutthofowych” śnieżkami. Z pozoru zabawa, w rzeczywistości w ten sposób udaje jej się niepostrzeżenie odciągnąć ich od kolumny i przyprowadzić do swojego domu.

Przez ścianę
Franciszek Pipka był w Pomieczynie listonoszem, podpisał Niemiecką Listę Narodowościową, zajmował się poborem kontyngentów od rolników. Zasłużony weteran armii pruskiej z pierwszej wojny światowej. Przez Niemców uważany za swojego, miał wśród nich wielu przyjaciół. Kiedy do wsi przyszli esesmani pilnujący więźniów ze Stutthofu, na stole u Pipków ląduje flaszka bimbru - tak mówią dzisiaj we wsi, że Pipka przyjęcie im zrobił. Ale wcale nie chodziło o to, żeby ugościć wachmanów. Chodziło o coś zupełnie innego.

Kiedy Niemcy rozgrzewają się alkoholem, w stodole ukrywają się „stutthofowi”. Albo w pokoju obok, przez ścianę. Niemieckim żołnierzom nie przychodzi do głowy, żeby przeszukiwać dom Niemca, który ich tak wspaniale gości.

Do Pipków uciekinierzy przychodzą na krótko. Ich dom znajduje się obok kościoła, ryzyko jest jednak zbyt duże. Zaraz są odprowadzani, przez innych mieszkańców wsi, do kolejnych domostw, tam dostają jedzenie, odzież, potem ruszają w drogę, byle dalej od kolumn marszowych.

Pistolet przy skroni
Niektórzy zostawali u pomieczyńskich gospodarzy na dłużej.

U Meringów, Kwidzińskich, Halmanów, Trzebiatowskich, Konkoli, u wielu innych. Wszystkie te rodziny ryzykowały życiem, przyjmując pod swój dach uciekinierów - Polaków, Niemców, Żydów, Łotyszy, Rosjan. Narodowość nie miała tu żadnego znaczenia.

Jednego dnia Kwidzińscy mają na gospodarstwie bauerkę z Prus Wschodnich, uchodzącą przed Rosjanami, oddział niemieckiego wojska i jednego „stutthofowego”, który z początku ukrywa się w stodole, potem w domu.

Przychodzą do nich esesmani. Trwa obława na tych, którzy w nocy uciekli. Przystawiają gospodarzowi pistolet do głowy.

- Gdzie ukrywasz zbiega?

Kwidziński zaprzecza, że ktoś u niego się chowa. Władysław leży w tym czasie pod siennikiem, kilka metrów od esesmana z pistoletem. Albin Kwidziński ma 12 lat, gdy stoi obok ojca, do którego mierzy niemiecki żołnierz. Doskonale wszystko pamięta.

- Pana ojciec był bohaterem? - pyta pana Albina reporter. Scena ta jest jedną z ważniejszych scen powstającego właśnie filmu dokumentalnego pt. „Wieś sprawiedliwych”.

Pan Albin milczy przez chwilę. Długo się zastanawia nad odpowiedzią, jakby dotychczas się nad tym nie zastanawiał. Jakby do tego momentu nikt nigdy nie nazwał w ten sposób jego ojca.

- Musiał być bohaterem.

Co byś pan zrobił?
Czesław Mering miał 7 lat, ale pamięta doskonale, gdy do domu przyszło dwóch uciekinierów. Ojciec z matką zdecydowali się ich przyjąć, przechować. „Stutthofowi” ukrywali się w szopie nad kurnikiem, która zresztą stoi na podwórzu do dziś.

- Czy ludzie tutaj, we wsi uważają swoich rodziców za bohaterów? - pyta reporter starszego pana.

- Chyba nie... Chyba nie... - pan Czesław się zamyśla.

- Dlaczego pana ojciec zdecydował się...?

Starszy pan nagle się ożywia, przerywa reporterowi.

- Na panie, weź pan takich dwóch chłopaków... Weź pan ich wypędź! No weź pan wypędź! Ktoś będzie wołał chleba, a pan mu nie da? Co byś pan zrobił?

***

Film „Wieś sprawiedliwych” będzie opowiadał o nieznanym szerzej epizodzie z czasów drugiej wojny światowej - pomocy, jakiej więźniom obozu koncentracyjnego KL Stutthof udzielili mieszkańcy kaszubskiej wsi Pomieczyno.

Bohaterowie tamtych dni są kompletnie nieznani, choć - udzielając pomocy, ryzykowali życiem, swoim i swoich rodzin. Dotychczas temat był podejmowany tylko lokalnie przez miejscowe stowarzyszenie - powstała niewielka książeczka ze wspomnieniami bohaterów tamtych wydarzeń, jednak nigdy nie trafiła do księgarń. A jednak w samej wsi wspomnienia o tych, którzy ratowali, są żywe, choć raczej niechętnie opowiada się o tym obcym osobom.

W kwietniu tego roku Urząd ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych w Warszawie, decyzją ministra kultury i dziedzictwa narodowego Piotra Glińskiego, przyznał dofinansowanie realizacji filmu „Wieś sprawiedliwych” w wysokości 30 tys. zł. Jednak budżet realizacji tego przedsięwzięcia został określony na poziomie dwukrotnie wyższym niż przyznana kwota.

Twórcy filmu - Andrzej Dudziński oraz Tomasz Słomczyński, jak również Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie, które jest producentem filmu, zwracają się z gorącą prośbą o wsparcie. W internecie, na platformie polakpotrafi.pl trwa zbiórka funduszy na realizację filmu.

Więcej informacji pod adresem: https://polakpotrafi.pl/projekt/wies-sprawiedliwych

polecane: FLESZ: Historyczny sukces Polki. Mamy Nagrodę Nobla!

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 1

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

S
Sb

Jak dla mnie to powinno być nakręcone w Luzinie. Tam działo się zdecydowanie więcej. Sami świadkowie wspominają właśnie Luzino, a nie Pomieczyno jako wieś która najbardziej darzą wdzięcznością. Tam udzielono im największej pomocy. Nie mówię, że w innych w siach nie, ale największa pomoc była zorganizowana właśnie we wsi Luzino.

Dodaj ogłoszenie