Wałęsa, słysząc to, zrobił ogromne oczy... jak talerze - wspomina Jarosław Maciej Goliszewski

Agnieszka KamińskaZaktualizowano 
Wystawa „Drużyna Lecha” na ul. Długiej. Karolina Misztal
Podczas sesji fotograficznej „drużyny Lecha” w 1989 r. nie obyło się bez spektakularnych wpadek - opowiada Jarosław Maciej Goliszewski, fotograf.

Jest pan jednym z fotografów, którzy przed wyborami w 1989 r. zrobili słynne zdjęcia kandydatom Komitetu Obywatelskiego Solidarność z Lechem Wałęsą. Te zdjęcia można oglądać na ulicy Długiej w Gdańsku do końca czerwca. Jak to było, kto wymyślił sesję?

Jarosław Maciej Goliszewski Archiwum prywatne JM Goliszewskiego

Andrzej Wajda i Henryk Wujec. Niektórzy przypisują pomysł również Bronisławowi Geremkowi. On mógł brać udział w rozmowach na ten temat, ale raczej z pomysłem nie wyszedł. A było to tak. Pod koniec kwietnia 1989 r. Henryk Wujec i Andrzej Wielowieyski dopinali listę kandydatów Solidarności, która została zatwierdzona kolejnego dnia. Zaplanowano, że wszyscy kandydaci spotkają się z Wałęsą 29 kwietnia w Gdańsku. A już 9 maja miało ruszyć w telewizji państwowej, zgodnie z ustaleniami Okrągłego Stołu, studio wyborcze Solidarności. Andrzej Wajda wymyślił więc, że przygotuje materiał filmowy, który posłuży do spotu wyborczego. Postanowił, że ten materiał nakręci właśnie w Gdańsku, jak kandydaci wchodzą przez uchyloną, historyczną Bramę nr 2 Stoczni Gdańskiej i będzie ich witał Lech Wałęsa. Wujec, który czuwał nad tym przedsięwzięciem od strony organizacyjnej, zaprosił mnie i nieżyjącego już fotografa Erazma Ciołka na spotkanie i powiedział, że będzie też sesja fotograficzna. Zaproponował nam jej wykonanie. To była propozycja nie do odrzucenia. Już 29 kwietnia rano jechaliśmy pociągiem do Gdańska. W przedziale siedziało nas pięciu, bo oprócz Wajdy, Wujca, Erazma i mnie, siedział też fotograf Jurek Kośnik, który był znany z tego, że pracował na planach filmowych. Pewnie porozumiał się z Wajdą, że i on będzie w tej sesji uczestniczył.

Jak pracowało wam się podczas tej sesji?

Ach, na początku fatalnie. Wałęsa, gdziekolwiek się wtedy pojawił, ciągnął za sobą rzeszę dziennikarzy. Przy Bramie nr 2, gdzie Wałęsa miał witać kandydatów, przybyły ich tłumy. Robiliśmy zdjęcia kandydatom, ale dziennikarze i dźwiękowcy z mikrofonami na długich kijach byli wszędzie, wchodzili nam w kadr. A zdjęcia z obcymi elementami w tle nie nadawały się, żeby je użyć do plakatu wyborczego. Sam Wałęsa o pozowanej sesji zdjęciowej dowiedział się od Wajdy i Wujca dopiero na miejscu. Uchwyciłem ten moment, gdy mówią mu o tym, a Wałęsa, słysząc to, zrobił ogromne oczy... jak talerze. Pojawiły się też problemy natury emocjonalnej. Na spotkanie przyjechało wielu kandydatów z odległych regionów, którzy Wałęsy mogli wcześniej nie widzieć na żywo, a Lech był dla nich ikoną. Każdy z nich chciał z nim porozmawiać, każdy coś mu szeptał. Nie mogliśmy skłonić ich do tego, żeby spojrzeli nam w obiektywy. A przecież na plakacie wyborczym kontakt wzrokowy jest istotny. Krótko mówiąc, to była klapa, zdjęcia nam nie wyszły, o czym powiedzieliśmy Wajdzie. Zapadła decyzja, że po zakończeniu spotkania Lecha z kandydatami, Sala BHP zostanie opróżniona z osób postronnych. Mieliśmy zrobić każdemu zdjęcie z Wałęsą. I tak też się stało. Warunki były dużo lepsze, fotografowaliśmy kandydatów na tle transparentu z logo Solidarności. Ale niektórzy i tak nie mogli okiełznać emocji i nie byli w stanie zapozować. Na przykład Jerzy Stępień, który później został prezesem Trybunału Konstytucyjnego, był tak zestresowany, że dosłownie przytulał się do Wałęsy. Gdy już udało się go od Wałęsy oderwać, to cały czas się na niego patrzył. No i ma takie zdjęcie - on patrzy na Wałęsę, a Wałęsa w obiektyw.

Dlaczego było trzech fotografów? Chodziło o kwestie techniczne?

Tak. Nie było wtedy aparatów cyfrowych, mieliśmy filmy negatywowe, które trzeba było zmieniać. Gdy jeden z nas zmieniał film, co trwało kilkadziesiąt sekund, dwóch innych fotografowało. Każdy kandydat musiał być sfotografowany przez dwa aparaty. Chodziło o to, że gdyby jakieś zdjęcie nie wyszło lub pojawił się jakiś błąd w jednym aparacie, to zawsze było zdjęcie w drugim.

Podobno nie obyło się bez wpadek...

No, niestety, nie uniknęliśmy bałaganu. Kandydaci podchodzili do Wałęsy tak, jak byli przywołani przez naszego - podkreślam to dziś żartobliwie - asystenta Wajdę. To on i Heniek Wujec doprowadzali delikwentów przed oblicze Wałęsy. Niektórych kandydatów nie znaliśmy, przyjechali przecież z całej Polski. Mieliśmy więc problemy z identyfikacją ich potem na fotografiach. Zdjęcia i nazwiska dwóch kandydatek zostały zamienione. Ale mimo tego, że na plakacie z ich zdjęciem widniało inne nazwisko, obie wygrały i dostały się do parlamentu. Był też inny problem. W czasie sesji z Sali BHP miały wyjść osoby postronne, ale potem się okazało, że jednak pozostali w niej jacyś pracownicy porządkowi.

Wcisnęli się do kolejki kandydatów, bo też chcieli mieć zdjęcie z Lechem. Mieliśmy potem ogromny ból głowy, żeby dociec, kim są ci nieznani ludzie, których też sfotografowaliśmy.

Lech Kaczyński nie miał zdjęcia z Wałęsą. Dlaczego?

W trakcie spotkania okazało się, że gdzieś w głębi Polski wybuchł niekontrolowany strajk, a przecież ustalenia Okrągłego Stołu były takie, że ma być już spokój. Lech Wałęsa poprosił Lecha Kaczyńskiego, żeby jak najszybciej pojechał tam i zgasił strajk. Dlatego Kaczyński jeszcze przed zakończeniem spotkania w Sali BHP wyjechał i do zdjęcia nie podszedł. A na drugą sesję do Warszawy z jakichś powodów nie przyjechał. Natomiast Jarosław Kaczyński stanął do zdjęcia i miał plakat. Niektórzy historycy powielają informację, że wszyscy kandydaci Solidarności mieli zdjęcie z Wałęsą. Nie, nie wszyscy, 23 osoby zdjęcia nie miały, a dostały się do parlamentu. Niektórzy nie zostali na sesji, bo np. mieli już wykupiony na konkretną godzinę bilet powrotny.

Czytaj także

A jak wypadła ta druga sesja w Warszawie?

Odbyła się ona, co brzmi dziś dość egzotycznie, w sali konferencyjnej Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Indyjskiej w Warszawie. W sesji uczestniczył Wałęsa, my, dwóch czy trzech pracowników obsługi i zaproszeni na „dogrywkę” kandydaci, choć nie wszyscy przyjechali. Żeby nie pojawiły się błędy z dopasowaniem nazwisk do zdjęć, wszyscy kandydaci trzymali w ręku kartkę z nazwiskiem i np. wyglądało to tak: Jacek Kuroń, okręg Warszawa. Robiliśmy kandydatom najpierw zdjęcia kontrolne z tą kartką, potem stawali do właściwego zdjęcia na tle logo Solidarności. Tu już był pełen profesjonalizm i nie mieliśmy wpadek. W tej drugiej sesji, oprócz mnie i Erazma Ciołka, fotografował Darosław Maciej Laprus. Przypominam sobie też, można powiedzieć, trudne przypadki kandydatów. Zgodnie z ustaleniami Okrągłego Stołu, 35 proc. miejsc w Sejmie miała objąć „drużyna Lecha”, a resztę obóz partyjno-rządowy. Jeden jedyny mandat do Sejmu, spośród tych 35 proc., nie został obsadzony, bo startujący z Radomia Jan Józef Lipski nie uzyskał wymaganej liczby głosów. Lipski z tym samym plakatem wyborczym startował w drugiej turze i wtedy już został wybrany. Drugi trudny przypadek dotyczył zasłużonego działacza Solidarności Piotra Baumgarta, który kandydował na senatora z województwa pilskiego. Przegrał wybory z Henrykiem Stokłosą, biznesmenem z województwa pilskiego.

Jak to się stało, że akurat pan fotografował kandydatów do parlamentu?

Byłem związany z opozycją od drugiej połowy lat siedemdziesiątych. Przez 13 lat byłem informatykiem i również fotografowałem. Na poważnie zająłem się fotografią na początku lat osiemdziesiątych, a w sierpniu 81 roku, w rocznicę strajków sierpniowych, miałem już wystawę w jednej z warszawskich galerii. Znałem wielu ludzi Solidarności. Gdy powstał Komitet Obywatelski przy Lechu Wałęsie, na spotkanie w podziemiach kościoła w Warszawie zaproszono właśnie mnie i Erazma Ciołka, jako fotografów z ekipy opozycyjnej. Obydwaj byliśmy przy Okrągłym Stole przez 60 dni. Gdy więc pojawił się pomysł, że trzeba zrobić sesję kandydatom do parlamentu, to było wręcz naturalne, że propozycję otrzymałem właśnie ja i Erazm Ciołek.

Czytaj także

polecane: Komentarze ze sztabów wyborczych po ogłoszeniu wyników sondażowych

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 2

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

za interia.pl: Doniesienie TW "Bolka", przyjęte przez oficera SB Rapczyńskiego (brak imienia).

"W sobotę dn. 24.04. o godz. (zapis nieczytelny) przy wychodzeniu z szatni podeszła do mnie grupka ludzi w tym: ślusarz Opola, który zarzucał mi tchórzostwo i brak oddania się ludziom, którzy mnie wybrali do rady. Pytał się, dlaczego nie zbieramy na wieńce dla poległych. Ja odpowiedziałem, że powiem przewodniczącemu rady, a zresztą możecie sprawdzić sami (...)" - głosi część raportu "Bolka".

TW "Bolek" przekazuje też, że tego dnia od rana nie pracował, a ok. południa dowiedział się od Lenarciaka, że "już zbierają pieniądze i że puszczono w obieg ankietę, co do miejsc złożenia wieńcy" (pisownia oryginalna).

G
Gość

Dlaczego masz takie wielkie oczy Bolek?

-a nie widzisz, ze sr-m?

Dodaj ogłoszenie