W Jeziorze Długim w Borzestowie utonął 34-letni mężczyzna

J.S.Zaktualizowano 
34-letni mieszkaniec powiatu malborskiego utonął w Jeziorze Długim
34-letni mieszkaniec powiatu malborskiego utonął w Jeziorze Długim Janina Stefanowska/ Archiwum
W niedzielę w Jeziorze Długim utonął 34-latek z powiatu malborskiego. Przepłynął jezioro w jedną stronę, w drodze powrotnej zabrakło mu prawdopodobnie sił.

Zgłoszenie o topielcu dotarło do strażaków o godz. 19.38.

- Otrzymaliśmy informację, że pływający w jeziorze mężczyzna od minuty nie wypłynął na powierzchnię - relacjonuje st. kpt. Fryderyk Mach, zastępca komendanta powiatowego PSP w Kartuzach. - Zadysponowano jednostki pływające z Borzestowa, Miechucina oraz ekipę nurków z Kościerzyny.

Po zebraniu wywiadu strażacy próbowali swoimi siłami złapać pływającego w wodzie mężczyznę, jeden z nich usiłował zejść pod wodę, ale dopiero grupa nurków zlokalizowała ciało na głębokości ok. 5,5 m i po 10 minutach wyciągnęła zwłoki, ok. godz. 20.45

- Ofiarą wody jest 34-letni mieszkaniec powiatu malborskiego - potwierdza Magdalena Formela, p.o. rzecznika prasowego komendanta powiatowego policji. - Ze wstępnych przesłuchań wynika, że mężczyzna przepłynął całe jezioro i podczas powrotu zabrakło mi sił. Szczegóły dramatu poznamy w dalszym postępowaniu.

Więcej na kartuzy.naszemiasto.pl

polecane: FLESZ: Podział Mandatów po wyborach parlamentarnych

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 4

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

M
M.m

To był mój brat brakuje mi go

z
zawsze w naszych sercach

To mój znajomy

ś
świadek akcji ratunkowej

Byliśmy tam parę minut po zatonięciu tego mężczyzny, zostaliśmy zatrzymani na drodze jako jedni z pierwszych przejeżdżających przez osoby, które potrzebowały pomocy, a tym samym staliśmy się mimowolnymi świadkami tragedii poszkodowanych: kobiety i jej dwójki nastoletnich dzieci. O godzinie 19:39 zadzwoniłam na numer alarmowy, a właściwie żeby upewnić się, że pomoc została przez poszkodowanych wezwana. Byli w tragicznym stanie psychicznym, a do tego wyziębieni, bo próbowali wcześniej pomóc tonącemu. Po kilku minutach od telefonu zjawił się pierwszy wóź strażacki, potem kolejny z łodzią ratunkową, chwilę po nich nadjechały kolejne. Straż nadjechała błyskawicznie. Dwie łodzie przeczesywały teren, zjawili się też nurkowie z Kościerzyny. Przed godz. 20 przyjechała karetka, z której wyszedł pielęgniarz/lekarz (nie wiadomo?), podał coś na uspokojenie kobiecie, która wiła się po ziemi, wciąż obwiniając się o to, że nie udało jej się uratować partnera. Prosiliśmy o zajęcie się dzieckiem, które trzęsło się z zimna i które też było dla nas obcą osobą, ale Pan z karetki odrzekł: "przecież to dziecko, nie podam jej relanium", stwierdził, że nic tu po nim i pojechał... Byłam w szoku. Czyżby znieczulica pt: "jeżdżę do kilku takich przypadków dziennie". Tak działają nasze służby medyczne? Na szczęście jeden ze strażaków, którzy pojawili się jako jedni z pierwszych na miejscu zdarzenia, stanął na wysokości zadania. Uczestniczył w organizacji akcji ratunkowej i w międzyczasie zajmował się tą kobietą, która była w ogromnym szoku, obwiniała się i trzeba było ją umiejętnie uspokajać, jednocześnie nie dając nadziei. Oprócz tego, że wykazał się ogromną empatią w stosunku do osób poszkodowanych (w tym dzieci 14 i 15 lat), którymi nikt ze służb się nie zajął (z dziewczynką siedziała moja szwagierka, która ją pocieszała i ogrzewała), to przede wszystkim zadbał o to, żeby nie zmarzły, owinął je jakąś folią utrzymującą ciepło. Spojrzenie tego strażaka zostanie mi w pamięci chyba do końca życia :-) Czemu tacy ludzie w naszych służbach występują w ilościach x1? To chyba na tyle o systemie ochrony poszkodowanych przy wypadkach - bo takiego systemu w procedurach nie przewidziano...? Gdy upewniliśmy się, że po dzieci przyjechała rodzina, ok. godz. 20:30 stwierdziliśmy, że nic tu po nas i postanowiliśmy już pojechać. Oczom nie wierzyłam idąc do samochodu, pusta droga, kawałek do jakiegokolwiek wioskowego centrum, a tu tłumy gapiów, ludzie zatrzymywali się na pobliskim parkingu z dzieciakami kilkuletnimi i wychodzili...popatrzeć??? I tu moje pytanie: na co popatrzeć? Jak wyciągają topielca?!!! Może ktoś z gapiów przeczyta ten artykuł, mój komentarz i odpowie mi na to pytanie? Godzina 20:39, parę metrów za Borzestowem mijamy się z radiowozem policyjnym, policja dociera na miejsce.

g
gosc

Zobojętniałe podejscie do dzieci, które były bliskimi mężczyzny. Tekst jednego gościa z pogotowia: Co, mam im podać relanium?"

Dodaj ogłoszenie