"Vatzlav", czyli Mrożek i Teresa

Gabriela Pewińska
Fotografia Beaty Poźniak z autografem Sławomira Mrożka Archiwum prywatne
W Krakowie odbył się pogrzeb Sławomira Mrożka. Słynny dramaturg, prozaik, rysownik zmarł w wieku 83 lat, 15 sierpnia w Nicei. O swoich spotkaniach z Mrożkiem, nie tylko teatralnych, mówią aktorzy, którzy zagrali w wystawionym w Teatrze Wybrzeże w 1982 roku "Vatzlavie" w reżyserii Marcela Kochańczyka.

Jerzy Kiszkis (Vatzlav)
Rola w "Vatzlavie" to nie było moje pierwsze spotkanie z twórczością Mrożka. Wcześniej grałem w jego "Zabawie" w teatrze w Poznaniu i w "Kynologu w rozterce". Natomiast w Gdańsku występowałem także w "Ambasadorze i w "Tangu". Z "Vatzlavem" łączy mnie szczególne wspomnienie, bo reżyserował go, niestety zmarły przedwcześnie, Marcel Kochańczyk, reżyser twórczy, z ogromną wyobraźnią. Z gdańskiej realizacji pamiętam też młodziutką Beatę Poźniak, którą podczas prób troskliwie opiekowała się mama.

Kim był Mrożek dla teatru, dla nas, aktorów? Był po prostu jednym z najbardziej wyrazistych, rozpoznawalnych dramaturgów. Bardzo charakterystyczny, nie do podrobienia styl, indywidualne poczucie humoru, takie na granicy, a może i poza granicą, absurdu. Moje Mrożkowskie role były mi bliskie, ta z "Ambasadora", ale i "Tango", to klasyka zapisana na trwałe w repertuarach nie tylko polskich teatrów. Dobrze jest dla aktora "przejść" przez Mrożka. Jego język to szkoła aktorstwa. Jego postaci są wyraziste i mięsiste, pełne psychologicznej prawdy i humoru. Niewielu twórców potrafi mówić o rzeczach ważnych z uśmiechem. Z dystansem do siebie.

Beata Poźniak (Justyna)
Ta rola to mój teatralny debiut. Propozycję zagrania Justyny dostałam, będąc studentką III roku szkoły filmowej w Łodzi. To był czas, gdy surrealizm w życiu mieszał się z surrealizmem na scenie i Mrożek pasował do tej rzeczywistości idealnie. Pamiętam, jak na próby przychodziła pani cenzor, jak patrzyła na aktora, który grał mojego ojca i mówiła: - Pan nie może grać z brodą! Nie wytrzymałam: - Jak to? Dlaczego?! A cenzorka do mnie: - A co pani myśli, że jestem głupia? Przecież on z tym wyglądem przypomina Karola Marksa!

Jeszcze na zdjęciach Stanisław Dąbrowski ma przyklejoną brodę - niektóre z nich prześliznęły się nawet do prasy - ale grać musiał już "ogolony"...
Z Mrożkiem miałam okazję spotkać się po latach. Był bardzo zamknięty w sobie, cichy, ku memu zaskoczeniu, podziękował mi za tę rolę, choć przedstawienia nie widział. On, Gombrowicz, Różewicz - te nazwiska mnie inspirowały, sprawiły, że moje myślenie o świecie jest inne. Dzięki gdańskiemu przedstawieniu zdążyłam jeszcze poznać Teresę Iżewską, która miała grać Nietoperzową, byłyśmy w tej same garderobie. Ja - nowa, świeża, i ona po roli w "Kanale" Wajdy, rasowa aktorka, bardzo mi imponowała. Na próby przynosiła termos z kawą, w której było więcej fusów niż płynu, syrop przypominający smołę. Nie byłam w stanie przełknąć ni kropli. Któregoś dnia Teresa nie przyszła na próbę. Pojechali po nią. Za późno. Potem mówiono, że zatruła się gazem... Jej rolę zagrała Krystyna Łubieńska.

Krystyna Łubieńska (Hrabina Nietoperzowa)
Moje pierwsze spotkanie z Mrożkiem to były lata 60. i festiwal teatralny w Toruniu. Mrożek bardzo mi się spodobał i kiedy wiele lat później przyjechał do Gdańska, wyznałam mu: - Jako młodziutka dziewczyna zakochałam się w panu od pierwszego wejrzenia. A on na to: - I dopiero teraz mi o tym pani mówi?!

Bardzo cieszyłam się pracą w "Vatzlavie". Nietoperzowa stała się moją ukochaną rolą. Charakteryzację robił słynny Waldemar Pokromski, który przecież wiele lat wcześniej zaczynał jako pomocnik charakteryzatora w gdańskiej telewizji. A potem sam stał się jednym z największych na świecie. Akurat był przejazdem w Gdańsku. Marcel Kochańczyk zaprosił go do współpracy. Jego talent sprawił, że nasze twarze stały się prawdziwymi dziełami sztuki. Tak przygotowani czekaliśmy na fotografa, który... nagle się rozchorował i nie przyszedł. A Pokromski musiał wyjechać i nie powtórzył dzieła... To co zrobił, nie zostało uwiecznione. Nie mogliśmy odżałować! W mojej pamięci zapisała się też Beata Poźniak. W jednej ze scen, półnaga, wyglądała zjawiskowo. Oczu nie mogliśmy oderwać! Żal, że tak mało mieliśmy Mrożka w Wybrzeżu...

Ryszard Jaśniewicz (Edypus)
Pod koniec lat 50. Mrożek był dla wszystkich, zwłaszcza dla ludzi teatru, wielką radością i odkryciem. Jego sztuki grane były chyba na wszystkich scenach w Polsce. Szczególne wrażenie wywarła na mnie wystawiona w Warszawie "Policja", a potem znakomity "Indyk" w Teatrze Wybrzeże w reżyserii Zbigniewa Bogdańskiego. Ja zacząłem moją przygodę z Mrożkiem już w krakowskiej szkole teatralnej, właśnie w "Policji" rolą Sierżanta, a potem w "Na pełnym morzu" także podczas studiów. Na jedną z prób przyszedł sam Mrożek. Był też gościem na naszej studenckiej premierze. Oświadczył, że spektakl ten uznaje jako prapremierę swojej sztuki, choć ta oficjalna miała miejsce w Warszawie. Gdański "Vatzlav" zapisał się w mojej pamięci nie tyle Mrożkiem, ile Teresą Iżewską, naszymi serdecznymi rozmowami w teatralnym bufecie. I ten tragiczny dzień, gdy nie przyszła na próbę... Jeszcze bodaj dwa miesiące walczyła o życie w szpitalu. Z racji pogrzebu Teresy spóźniłem się na spotkanie w miejscowości Bożepole. Odtąd, ilekroć przejeżdżam tamtędy, wołam: "Cześć, Tereska!". I przypomina mi się od razu i gdański "Vatzlav", i Mrożek...

Treści, za które warto zapłacić!
REPORTAŻE, WYWIADY, CIEKAWOSTKI


Zobacz nasze Magazyny: REJSY, HISTORIA, NA WEEKEND

Flesz: Wegańskie ubrania. Made in Poland

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie