Urszula: Zostawiam sprawy losowi [ROZMOWA]

    Urszula: Zostawiam sprawy losowi [ROZMOWA]

    Ryszarda Wojciechowska

    Dziennik Bałtycki

    Aktualizacja:

    Dziennik Bałtycki

    Urszula: Zostawiam sprawy losowi [ROZMOWA]

    ©collage/ zdj.Karolina Misztal

    Bardziej doceniam to, co robią inni, niż siebie - mówi Urszula w rozmowie z Ryszardą Wojciechowską. - Ale jak widzisz, że ludzie chcą słuchać twoich piosenek, i kocha się to, co się robi, to widzi się głównie zyski.
    Urszula: Zostawiam sprawy losowi [ROZMOWA]

    ©collage/ zdj.Karolina Misztal

    Zdziwiło mnie, że autorka tylu przebojów sama jest w życiu mało przebojowa. I mówi: - Zostawiam sprawy swojemu losowi, nie walczę o swoje. Czyli... co mi, Panie, dasz?
    Kiedyś rzeczywiście tak mówiłam. Ale teraz z pewnej perspektywy widzę, że jednak walczę czasami. Może tylko nie tak histerycznie jak niektórzy.

    O co Ci przyszło w życiu walczyć?

    O życie mężczyzny. Męża. Walczyliśmy oboje o jego życie.
    Ale o to, żeby być na scenie też troszkę walczyłam. Kiedyś moja mama stwierdziła: - Owszem, Budka Suflera pomogła ci bardzo zaistnieć w świadomości ludzi, ale pamiętaj, że do tego, co teraz robisz, przygotowywałaś się od dziecka. To nie był nagły i niespodziewany sukces. Kiedy byłaś mała, przez wiele lat odprowadzałam cię na lekcje muzyki, potem były studia muzyczne. To nie jest tak, że nagle los ci to wszystko dał. Zapracowałaś sobie na to. Sama tego jeszcze do niedawna nie doceniałam. Podobnie jak nie doceniałam tekstów, które pisałam. Ktoś mnie za takie myślenie o swoich tekstach zrugał, dowodząc, że są one bardzo mądre i pomogły wielu ludziom. Ale ja tak mam, że bardziej docenię innego człowieka niż siebie. Całe życie próbuję to zmienić.

    Pamiętam 2001 rok, Operę Leśną i Bursztynowego Słowika dla Ciebie za całokształt. Pomyślałam, czy oni powariowali? Dla tak młodej artystki ten Słowik za całokształt wydawał mi się za wcześnie.

    Przyjemnie porozmawiać z kimś, kto ci powie, że to był Słowik dla młodej artystki. Ale ja najbardziej się wtedy cieszyłam z tego, że Staś dożył jeszcze tamtego Słowika. Nawet uważałam, że to on powinien go dostać. Bo dla mnie to on zasłużył bardziej na bycie nagrodzonym za twórczość. Okazało się, że przed dwoma laty znowu wręczono mi Bursztynowego Słowika. Jak ten czas biegnie! To bardzo miłe, choć tak naprawdę nie przywiązuję zbyt wielkiej wagi do nagród. Są takie umowne, zwłaszcza w tym zawodzie.

    Jak Złoty Samowar na Festiwalu Piosenki Radzieckiej, o który czasami dziennikarze pytają?


    On jednak coś znaczył, bo dzięki niemu znalazłam się w Opolu.

    Pewnie zysków życia na scenie jest więcej niż strat.


    Jeśli się kocha to, co się robi, to na pewno widzi się głównie zyski. Ale moja mama, patrząc na to z boku, tak nie uważa. Dla niej normalność to codzienna praca, obowiązek, ale też spokój z regularną wypłatą.

    U ciebie - powtarza moja mama - to nigdy nie wiadomo. Przecież ty nie wiesz, co będziesz robiła za miesiąc, za rok... No tak, ale ja się do tego przyzwyczaiłam. I do tego nieustannego egzaminu, który się zdaje przed publicznością. Chociaż jeśli chcesz być artystą w swoim zawodzie, to niezależnie od tego, czy jesteś szewcem, czy fryzjerem, to też masz takie egzaminy.

    Czy takie muzyczne przestoje, kiedy fani pytają, co tam z nową płytą, są frustrujące?


    Jeśli pytają, to nie. Gorzej, kiedy nikt nie pyta (śmiech). W moim przypadku ta przerwa była naturalna. Jesteśmy ludźmi i mamy prawo do takiego milczenia. Edyta Bartosiewicz zniknęła na długo...

    Bo przeżyła jakiś rodzaj wypalenia.


    Po śmierci Staszka okazało się, że nie ma już człowieka, który mnie wspiera nie tylko w życiu, ale też na scenie. Że już wspólnie nie tworzymy, że zespół się rozłazi i trzeba tworzyć nowy. A to trwa. I jest dziecko, które chce się odchować tak, żeby przeżyć świadomie macierzyństwo. To było takie naturalne. Więc nie parłam.

    Jak to się dzieje, że w naszym światku muzycznym wokalistki są raczej grzecznymi dziewczynkami niż takimi rockandrollowymi kobietami, z mocno zabawowym życiem? W Twoim przypadku też nie ma co liczyć na jakiś skandalik.

    Ale młodszy facet to już jest skandal wystarczający dla wielu.

    Teraz to raczej ciekawość niż skandal.


    Ale czasami czytam komentarze, z których wynika, że nie wszyscy jeszcze to rozumieją. Dla niektórych kobieta po pięćdziesiątce już w ogóle nie żyje. Tak mówią raczej te dzieciaki, które mają jeszcze mocno zawężone pole widzenia i niewiele przeżyły. Ale z drugiej strony są ludzie, którzy to rozumieją, i takimi się otaczam. Nie tracę czasu i sił na jakieś życiowe huby i wampiry energii.

    Ale z młodszym mężczyzną jest łatwiej czy trudniej?


    Jest fajnie, ale łatwiej nie jest. Bo przecież nie przeżyliśmy razem młodości, kiedy życie smakuje inaczej. Ale jeżeli facet lubi, jak go kobieta wprowadza w życie i potrafi się temu poddać, to taki związek nie musi być trudny. Lubię obserwować, jak Tomasz rozwija się jako facet. Pozwalam mu też na błędy. Nie należę do dziewczyn, które siedzą ciągle koło faceta, poszturchują go i mówią: widzisz, znowu ci się nie udało. On się cały czas stara i uczy, jak żyć razem. Nie roztaczam nad nim opieki.

    Tak żeby to nie był twój trzeci syn...

    I tak nie jest. Tomek ma jaja, wie, czego chce, i jest męski. Dotarliśmy się w pewnym momencie i mogę już mówić o stabilnym pulsie naszego związku.

    Upływ czasu nie boli?


    Bolą różne narządy z upływem czasu (śmiech). Nasze ciało nas zniewala. Chciałabym tylko, żeby mi się bardziej chciało chcieć. Na przykład rzucić palenie albo być bardziej aktywną fizycznie na wiosnę. Ale jak już tylko zacznę biegać, nabiorę innej energii życiowej. I wtedy jakbyś mnie zapytała o upływ czasu, to ci odpowiem - jaki upływ?

    Młodszy mąż Cię nie mobilizuje?

    Ja nie tylko w związku jestem starsza. W moim zespole jestem najstarsza. Reszta panów i jedna piękna pani to prawdziwe młodziaki.

    Sami mężczyźni w zespole i tylko jedna kobieta w chórku. Co za raj. Lepiej się pracuje z mężczyznami?


    Nie mam pojęcia. Zawsze pracowałam tylko z mężczyznami. Dziewczyny chyba są jednak bardziej złożone. Z facetami łatwo i fajnie się pracuje. W trasie to się bardzo liczy. Dziewczynom garderoba bez lusterka już by pewnie przeszkadzała. Ale facetom nie. Czasami słyszę od innych: - Ula, jak ty wytrzymujesz? Przecież garderoby w klubach, w których gracie, są często prowizoryczne. Dziwią się, że znoszę to bez słowa i nie narzekam. Mogłabym, ale ja w Stanach też grałam w takich klubach i wiem, że też bywają różne. Dla mnie ważniejsze jest to, jak się ludzie czują na moim koncercie, a nie piękna garderoba. Dla mnie liczy się to, że ci ludzie przyszli do klubu, aby posłuchać naszej muzy.

    Lata 80. i 90. to były Twoje najlepsze lata muzycznie?


    Osiemdziesiąte na pewno nie. Dopiero wchodziłam na rynek. Pojawiła się moja pierwsza płyta. Miałam ułatwiony start z Budką Suflera. Nie przeszłam takiej artystycznej gehenny, dobijania się latami do sceny. Ale dla mnie rozwojowo najlepsze były lata 90. To był czas, kiedy człowiekowi się wydawało, że jeszcze wszystko może zacząć, skończyć, że stać go na rewolucję, na to, żeby wyjechać, że już coś umie, ale jeszcze się uczy.

    A potem?

    A potem wie jeszcze więcej, ale już mu się mniej chce. I mówi - dobra, niech już ktoś inny się z tym boksuje. Człowiek trochę odpuszcza.

    Z Lublina są dwie Beaty: Urszula Beata Kasprzak - czyli Ty - i Beata Kozidrak.

    Ciekawe, jak ma Beata na drugie, chyba nie Ula? (śmiech).

    Sprawdziłam, że Elżbieta. Nie było między Wami rywalizacji?


    Kiedy Beata w seksownych szpilkach śpiewała o Józku, że nie daruje mu tej nocy, ja siedziałam na łące jako zwiewna dziewczynka i śpiewałam z dziećmi „Dmuchawce”, i jeszcze dojrzewałam. Pamiętam Opole, Debiuty w 1978 roku. Beata przyjechała ze swoim chłopakiem Andrzejem i przebojem „Piechotą do lata”. A ja przywiozłam siostrę. Masakra. Ale było fajnie. A czy rywalizacja? Nie. Wyjechałam w 1984 roku do Warszawy. I tylko widywałyśmy się przelotnie, „cześć, cześć, lublinianko”, z jakimś szybkim drinkiem po drodze.

    Ale zdarzało się, że fani czasami Was mylili.

    Zdarzało się usłyszeć: - Pani Urszulo, strasznie lubię pani piosenki, a „Józek...” to świetna rzecz. Ale też „Szklana pogoda” Małgosi Ostrowskiej została mi kiedyś przypisana.

    Z blondynkami tak jest. A wiesz już, dlaczego jedna piosenka staje się przebojem, a inna nie?


    Sądzę, że na etapie tworzenia musi być już ta iskra boża. Jakaś koneksja z innym światem. Wszystko musi zagrać razem - muzyka, tekst, wykonanie i odpowiedni czas, w którym ta piosenka się pojawi. Stasiek od początku wierzył w „Konika”. Mówił, że to na płycie będzie koń trojański. I miał rację.

    Był jakiś koncert bez „Konika”?

    Mam taki żelazny repertuar i „Konik” musi być, podobnie jak „Dmuchawce, latawce, wiatr”, „Malinowy król” czy „Na sen”. I koń jest zazwyczaj na końcu. Przy tej piosence zdarzyło mi się nawet raz przewrócić na scenie. A przy „Rysie na szkle” nawet z tej sceny spaść. Ale podniosłam się i wróciłam. Spóźniłam się tylko na drugą zwrotkę, na co koledzy muzycy z wyrzutem powiedzieli: - A ty gdzie byłaś? Nie zauważyli mojego upadku. Na szczęście to są piękne piosenki i nigdy mi się nie nudzą. Poza tym jak widzisz, że ludzie chcą ich słuchać, to czujesz się tak, jakbyś miała jakieś posłannictwo.

    A teraz masz kolejny jubileusz - dwudziestolecie swojej najlepiej sprzedającej się płyty „Biała droga”. Ten tytuł to była aluzja do kokainy.

    „Biała droga” jest o człowieku, który zmarł przez kokainę. Poznałam go w Stanach. Grał z nami przez chwilę i odszedł. Ale też „Biała droga” najlepiej się nadawała na tytuł płyty. Bo co dać? „Ja płaczę” albo „Konik na biegunach”? Trochę głupio. A „Biała droga” brzmi wieloznacznie.

    Czytaj treści premium w Dzienniku Bałtyckim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo