Urodzona w 1916 w Smoleńsku

Wiesław Kozyra
archiwum prywatne
Pani Jadwiga Budyta, Szanowna Jubilatka - obchodzi swoje urodziny. Zgadnijcie które? Sto lat już żyje! A może - zaledwie sto lat? Co to dla niej?

Dalej jest młoda. Lubi rozmawiać, lubi wspominać, dowcipkuje, uśmiecha się, żartuje... I kłody rzuca mi pod nogi, kiedy pytam o jej długie życie.

***

To pewne, że pani Jadwiga jest Aniołem, wysłannikiem niebios, i coś ważnego ma nam przekazać. Bo niby jak? Jak mam to rozumieć? Urodziła się w Smoleńsku, za cara Mikołaja. A teraz o czym w Polsce najgłośniej? O Smoleńsku... To nie może być przypadek. Ja w przypadki nie wierzę! Wiem doskonale, że nasz los, droga życiowa każdego jest w gwiazdach zapisana, tylko umieć czytać trzeba...

Dla mnie dowodem na to jest długie życie pani Jadwigi, bogate w biedę i w przedziwne wydarzenia. Rzadkie, historyczne, które jej życiu towarzyszyły.

***

To dlatego pani Jadwiga urodziła się w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie. W Smoleńsku, w roku 1916. Zdążyłam! Odetchnęła z ulgą. Kurtyna idzie w górę i zdążę obejrzeć cały spektakl, całą sztukę, wielki dramat, a zarazem komedię pod tytułem: „Sto lat najdziwniejszej historii świata, Europy”. Najgłupszego stulecia, najbardziej krwawego w historii cywilizacji. Ta Wielka Wojna, na którą zdążyła, to dowód na to, że fatum rządzi światem, a nie - głupia logika. Czegoś tak potwornego wcześniej nie było!

Jak wynika z opowieści Jadwisi, jej rodzice, mama Józefa i tata Andrzej, uciekli przed Niemcami, kiedy Wielka Wojna wybuchła w 1914 i ruszyła na Wschód, wraz z młodymi chłopcami, w mundurach Wehrmachtu. Budytowie zamieszkali w Smoleńsku.
Jadwiga miała siedmioro rodzeństwa. Skromnie jak na tamte czasy. Matki Polki rodziły po szesnaścioro dzieci, a dwunastka - to była norma. I to bez zachęty w postaci pięciuset złotych - na dziecko. Jeśli dobrze pójdzie, i Polki znowu będą rodzić po szesnaście, to RP zbankrutuje, pójdzie z torbami, od wsi do wsi, prosić co łaska.

Jaki był powód tej pasji rodzenia? Czasy były burzliwe, wojna się toczyła. Wiem to z doświadczenia, bo jak generał Wojciech Jaruzelski ogłosił stan wojenny w Polsce, w noc z 12 na 13 grudnia 1981, a świadkiem tego byłem, to gwałtownie skoczył przyrost naturalny, sam do tego też ręki przyłożyłem, i to bez pięciuset złotych zachęty... Nie wiem, czy mi się udało. Ale przynajmniej się starałem.

Ale wracając. Do rodziny Budytów wracam. Najpierw urodziła się Maria, a potem Genowefa, a po niej Cecylia, a z rozpędu czwarta - Kazimiera. W tym momencie wyliczanki pani Jadwiga zawiesza głos, spogląda w sufit, szuka w swoim hipokampie, ośrodku pamięci, czy ta czwarta miała na pewno imię Kazia? A może inne? Jadwiżka, Jadwiżanka była piąta w kolejce, a po niej urodził się pierwszy chłopak w rodzinie. A nadano mu Jan na imię. A po Janie urodziła się Zosia, a po niej narodził się Władysław.

Kiedy prezydent Wilson ogłosił wolę przywrócenia Polsce niepodległości, tata z mamą Jadwisi, plus ich córki - przeprowadzili się z radzieckiego już Smoleńska, z Kraju Rad, gdzie tylko ludzie szczęśliwi żyli, zadowoleni całkowicie, zachwyceni Leninem i Stalinem (mniej zachwyconych zakopano w piachu albo do Gułagu skierowano na wypoczynek). Niewdzięczni Budytowie uciekli do biednej Polski.

Do wsi Iganie, gmina Niebieskie trafili. Albo Niewieskie, powiat Siedlce na Mazowszu. Sprawdzam w moim atlasie Polski, dokładnym, bo turystycznym. Nie ma Iganie, tej wioski, ale jest Stare Iganie, a gmina nosi nazwę Niwiski. Ciepło, ciepło, mówię sobie. Nieporozumienie z nazwą gminy łatwo zrozumieć, bo pani Jadwiga czasami niezbyt wyraźnie mówi, a ja mam słuch uszkodzony w uszach, i w dokumentach medycznych. Czasami rozmawiamy, jak Polak z Polakiem, tyle że po chińsku.
Opiekunka Jadwisi, pani Mariola, wyjaśnia mi głupiemu, głuchemu, że pani Jadwiga dobrze słyszy i wyraźnie mówi - we wtorki, a w środy - już nie. W czwartki sobie żartuje ze wszystkich i ze wszystkiego, a w piątki - wszystkich ma w nosie. Taka jest Jadwisia, Szanowna Jubilatka!

Ale dogadujemy się, bo pani Jadwiga pamięć zachowała znakomitą, takie wrażenie odnoszę. Pamięta wieś Iganie, bo taka była, tak ludzie ją zwali, mieszkańcy. A co ona winna, Jubilatka, że historia zwariowała, przyśpieszyła, pozmieniała nazwy? Ale to się stało, odbyło - już potem, jak Jadwisia z rodziną, z tatem, z tatą Andrzejem, i mamą Józefą, z domu - panieńskie - Kucharską - wyprowadzili się do Siedlec, a potem dalej (80 km), do Warszawy.
Tak to było! Wszystko poplątane.

***

W Siedlcach nasza Jubilatka pobierała nauki dalej. Ale nie było to takie proste, jak się wam wydaje. Zgłosiła się do trzyletniej Szkoły Handlowej, z prośbą o przyjęcie, ale usłyszała, że to nie jest szkoła dla takiej biedoty, z jakiej Jadwisia pochodzi. - Ta szkoła ma poziom wysoki! Ta szkoła przyjmuje dobrze urodzone dzieci, z dobrych rodzin siedleckich, z bogatej siedleckiej szlachty i arystokracji...

Tu dyrektor musiała przerwać swój wywód ciekawy, bo grupka uczennic i uczniów, która wywód ten słyszała - parsknęła śmiechem, i za brzuchy się trzymała...
Ja też muszę swoją opowieść przerwać. Sięgam do notatek z rozmowy z panią Jadwigą, a w notatkach stoi, że mama Józefa nie miała wykształcenia, ale „była chytra na naukę”...

- Młody człowieku... - mówi do mnie pani Jadwisia. A mam lat 76, dwadzieścia cztery lat mniej niż Ona. Ale kiedy ona miała lat 30, wiek dojrzały, to ja sześciolatek za krowami biegałem w Lubelskiem. Choć prawdę mówiąc, to krów nie było. Skąd krowy? Ale za to bieda wielka była w Lubelskiem, a mama mi robiła smaczną zupę z lebiody, a drugiego dnia - z pokrzyw.
- Młody człowieku ty tego nie zrozumiesz, ale przed wojną panował w Polsce analfabetyzm - oświeca mnie pani Jadwisia, Jubilatka, jakbym sam nie wiedział. Jeśli kto miał cztery klasy za sobą, to już był wykształcony, umiał pisać i czytać, i podpisać się umiał. Innym za podpis musiał krzyżyk wystarczyć. Kto siedem klas zaliczył, to tak, jakby dzisiaj... zrobił doktorat. Może przesadzam? Tylko trochę...

Chytrość na naukę u mamy Jadwisi polegała na tym, że ona Józefa Budyta marzyła sobie, żeby jej dzieci się uczyły, do szkół chodziły. Jak wspomina pani Jadwisia, jej mama Józefa uchodziła za mądrą kobietę, oczytaną, u której inni rad zasięgali. Szanowana była w okolicy. Poszła więc mama Józefa, i tata Andrzej, do pani dyrektor z prośbą serdeczną, z błaganiem wielkim, co by zechciała jednak przyjąć Jadwisię do szkoły handlowej. Bo choć Jadwisia jest biedna, pochodzi z biednej rodziny, i ma wzrost mały, to serce ma wielkie do nauki, i chęci ogromne. Pilną uczennicą będzie. I grzeczną.
Widocznie serce u pani dyrektor drgnęło w obfitej piersi lewej, bo mury pękły, i Jadwisia została przyjęta do Średniej Szkoły Handlowej w Siedlcach.

***

Panią Jadwigę, Jadwisię, Jadwiżankę, dzisiaj Szanowną Jubilatkę - ściągnęła do Warszawy starsza siostra Maria. Maria szczęśliwie znalazła pracę w gabinecie prywatnym u doktora profesora Buczyńskiego. Potrzebował pomocy do wszystkiego, takiej przynieś, podaj, zrób herbatę, pozamiataj. Nie miała wykształcenia żadnego, broń Boże medycznego. Żadnych ambicji wielkich nie miała. Dlatego spodobała się profesorowi doktorowi, bo skromną dziewuchą była, a wielką chęć do pracy miała. Maria była mądra, a może sprytna, a może jedno i drugie, bo tak usidliła profesora doktora, że ten bez niej już nie mógł pracować.

A ponieważ Maria była ładną i młodą dziewczyną, to kiedy już profesora doktora w sidłach miała, to zaczęła chodzić po zakupy i tam takie randki różne. Przy doktorze profesorze zastępowała ją Jadwisia. Ta zaś była mądra, sprytna, to i ona usidlała, czarowała, i się uśmiechała... Ten w podzięce znalazł pracę dla Jadwisi. Ta z radością wielką poleciała, pofrunęła, do Szpitala Dziecięcego. Przy szpitalu była przychodnia, do której przychodziły matki z dziećmi. Tymi dziećmi Jadwisia się opiekowała, bo ich matki czasu miały mało, po zakupy wędrowały, i tam takie randki różne.

***

Z moich wyliczeń wynika, że pani Jadwiga rozpoczęła pracę w Szpitalu Dziecięcym w wieku 17 lat, w roku 1933. Długie lata tam pracowała. Wybuchła wojna w 1939, bo Hitler oszalał. Ona dalej pracowała w tym szpitalu, za niemieckiej okupacji. W roku 1944 wybucha Powstanie Warszawskie. Panna Jadwiga ma 28 lat. Czy brała udział w powstaniu? Na to pytania odpowiada, że opiekowała się dziećmi w Szpitalu Dziecięcym. I tylko tyle mogę od niej usłyszeć.

Z jej odpowiedzi, a raczej ich braku, wyrasta dziwny i niezbyt wiarygodny obraz ulicy Kopernika i budynku Szpitala Dziecięcego. Przychodzi mi do głowy hasło „niech na świecie wojna, byle polska wieś spokojna”. Szpital Dziecięcy w czasie okupacji, w czasie Powstania Warszawskiego, i po nim - nie obchodzi Niemców. Jest jak ta wieś spokojna. Tu nie dociera wojna. Tu nie toczą się walki w czasie powstania. Cisza panuje. Niemcy nie interesują się szpitalem. Czy to możliwe?
A może jakaś głęboka, straszliwa trauma kazała wyrzucić wszystko z pamięci pani Jadwidze? Wszystko, co dotyczy budynku Kopernika 43 w czasie wojny?

A może pani Jadwiga, Szanowna Jubilatka, nie chce już wracać do Powstania Warszawskiego? Nie dziwię się. Do dzisiaj historycy spierają się, czy była w tym powstaniu logika, czy nie było żadnej? Czy nie mogły przyjść Powstańcom z pomocą bratnie, słowiańskie wojska, które już stały po drugiej stronie Wisły? Nie tylko my, ale przyszłe pokolenia będą toczyć spory, czy była logika, czy mogli nam pomóc, dlaczego powstanie zakończyło się straszliwą hekatombą? Co Jadwisia o tym myśli? Tego nie zgadnę. Nie mam czasu i nie mam możliwości, żeby sprawdzić. Muszę iść dalej.

Stop. Jednak uzyskuję dodatkowe informacje. Pani Grażynka, nasz nadworny plastyk, znalazła w internecie dane pani Jadwigi z czasów Powstania Warszawskiego. Oto one: Jadwiga Budyta, zamieszkała - Browarna 20 m. 38. Przydział - Oddział „Bakcyl”. Sanitariuszka Okręgu Warszawskiego Armii Krajowej, Szpital Polowy przy ulicy Kopernika. Szlak bojowy: Powiśle. Po upadku powstania wyszła z miasta z ludnością cywilną. Odznaczenia: Warszawski Krzyż Powstańczy. Stopień wojskowy - porucznik.
A więc porucznik Jadwiga Budyta, Szanowna Jubilatka, wprowadziła mnie w maliny. Może chce sprawdzić, z kim ma do czynienia? Czy też sobie poradzę z tymi kłodami, które rzuca mi pod nogi.

A może? Najpewniej przyczyna milczenia jest inna. Przynależność do Armii Krajowej, udział w Powstaniu Warszawskim to chwalebne fakty w Jej życiorysie. Ale nie wszystkim się to podobało, i nie zawsze... za czasów Polski Ludowej. Swoje odcierpiała, nie chce o tym wspominać. Być może, być może...

Pani Jadwiga, kiedy pytam ją o wojnę, odpowiada tylko, że była straszna, dodaje, i powtarza: - Jednak przeżyłam. Jednak przeżyłam... I dodaje, że wojnę przeżyła cała jej rodzina, nikt nie zginął, nikt nie został ranny nawet.
Z tej mgły mlekiem gęstej, wyłaniają się kolejne informacje, fakty, postaci. Jadwisia w rozmowie wspominała dwie koleżanki, przyjaciółki, z którymi wiele czasu spędzała. Herbatki, plotki i wyprawy do Zakopanego. Zakopane znałam, jak własną kieszeń, powiada. Jedna pracowała w sekretariacie rektora Akademii Medycznej w Gdańsku, a druga - została lekarzem ginekologiem. Pierwsza - to pani Elwira, która zamieszkuje również w Domu Pomocy Społecznej, ale ona już zerwała kontakt z otaczającym ją światem. Tylko uśmiecha się tajemniczo. Do każdego, kogo spotka. Do mnie także. Obejmuję ją, przytulam, dziękuję za ten uśmiech. Ale... Od niej już nic się nie dowiem. Za późno.

A druga przyjaciółka to Jadwiga Bajdecka z Sopotu. Dzwonię do niej. Czy zna Jadwisię Budytę? Też mi pytanie, odpowiada. Przecież my obie siedziałyśmy w jednej ławce, oślą zwanej, w Szkole Pielęgniarek w Warszawie, a było to w czasie okupacji, w roku 1943...

No nie! Siadam z wrażenia. Czuję się, jak ten spragniony, któremu dobra Samarytanka podała naczynie z wodą. Nareszcie!

***

Skąd ta szkoła pielęgniarek w Warszawie? Przecież Niemcy wszystkie szkoły polikwidowali, uczelnie najpierw. Po co niewolnikom wykształcenie? Pani Jadwiga Bajdecka wyjaśnia, że okupanci wyjątek zrobili dla szkoły pielęgniarek, bo one są potrzebne wszędzie, każdemu, były potrzebne mieszkańcom Warszawy, i Niemcom także. To uprzywilejowany zawód, bardzo potrzebny. Naukę w szkole pielęgniarek przerwało im Powstanie Warszawskie, ale po zakończonej wojnie, ukończyły ją w Gdańsku, w Szkole Pielęgniarek przy Akademii Medycznej.

Jako dyplomowana pielęgniarka została wręcz porwana na wydział chirurgii Akademii Medycznej. Pracowała jako instrumentariuszka przy operacjach. Ten wydział podzielono na dwa inne, i tak znalazła się na wydziale chirurgii urologicznej AM. A tę specjalizację przeniesiono do szpitala na ulicy Łąkowej. A potem? W roku pięćdziesiątym którymś, na ulicy Wałowej, powstaje Przychodnia Urologiczna, w której pracuje porucznk Jadwisia Judyta - do emerytury. A na emeryturę przeszła w roku 1984, w wieku 68 lat.

Co pani Bajdecka może o Jadwisi Budycie powiedzieć, tak prywatnie. Co robią, co piją, o czym bajdurzą... trójka wiernych przyjaciółek, jak się spotyka? Porucznik Budyta, Elwira Bielewicz, i Jadwiga Bajdecka? Alkoholu nie było, żadnego, nigdy! Kawa? Też raczej nie. Tylko herbatka, ciasteczka, a może lemoniada też była... A Jagusia Budyta? Ciągle była umiechnięta, radosna, pełna optymizmu, filuterna, szczebiotliwa. Taki maleńki skowronek na wiosnę! A ma metr pięćdziesiąt w dowodzie zapisane. Kochana była...

I jest nadal, w myślach dodaję.
A może to jest tak, że jak kto życie miał usłane różami za młodu, to na stare lata bywa smutny i rozgoryczony. A jak kto za młodu cierpiał z głodu, niedostatek przeżywał, i trudne czasy... to seniorem będąc, seniorką - jest radosny, uśmiechnięty. Jak Jadwisia Budyta!

Spotykały się często, w jej mieszkaniu przy ulicy Wita Stwosza 50, mieszkanie 12. Pani Bajdecka recytuje to z pamięci, jakby wczoraj to było.

W sierpniu 2016 minie 6 lat, jak zamieszkała w Domu Pomocy Społecznej przy Polanki 121.
W rodzinie Budytów zwyczaj był taki, że to nie dzieci podążały szlakiem wędrownym rodziców, tylko rodzice - za swoimi dziećmi wędrowali. Z Iganie do Siedlec, a z Siedlec do Warszawy, tam gdzie dzieci nauki pobierały, i tam gdzie o pracę było łatwiej. Tata Andrzej, głowa rodziny, był robotnikiem prostym, często bez pracy, imał się dorywczych zajęć. Pani Jadwisia wspomina dzisiaj, że bieda była straszna, jak cholera - powiada - a to „cholera” w jej ustach brzmi płaczem, bólem wspomnień. A ja to słowo podkreśliłem w swoich notatkach, bo ważne wydało mi się, i nie pasuje do tej uśmiechniętej kruszynki, która leży w łóżku.

Prawdę mówiąc to po ciężkim życiu, które miała, po biedzie strasznej, której zaznała, teraz w luksusach żyje. Ma pełną opiekę w Domu Pomocy Społecznej, w Gdańsku Oliwie, przy Polanki 121. Żyje, jak królowa brytyjska, a poddani spełniają każde jej życzenie. Wszystko ma, co do szczęścia trzeba. Troskę, miłość... i uwielbienia nie brakuje. Zasłużyła na to całym życiem swoim. Pytanie rodzi się tylko, i łezka w oku się kręci, dlaczego tak późno te luksusy przyszły? Dlaczego nie przybyły wcześniej?

Ale to jest moje spojrzenie na Jubilatkę. Co ona myśli o czekających uroczystościach urodzinowych? Odpowiada tym tajemniczym uśmiechem Mony Lisy, i milczy. Nagle rzuca mi pytanie: - A skąd wy wiecie, że ja urodziłam się akurat 2 marca 1916? A może wcześniej? A może później? Kto to wie naprawdę? Urodziłam się w czasach niezbyt dokładnych.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie