Urodziny Gdyni. Jest od niej młodszy tylko o rok. Zna każdą dzielnicę i niemal każdą ulicę miasta, w którym żyje nieprzerwanie od 1932 r.

Dorota Abramowicz
Dorota Abramowicz
Jest od niej młodszy tylko o rok. Zna każdą dzielnicę i niemal każdą ulicę miasta, w którym żyje nieprzerwanie od 1932 roku. Jako dzieciak biegał po dachach dzielnicy biedy - Budapesztu. W czasie wojny kilkunastoletni Sylwester Sobkowiak musiał pracować w niemieckiej fabryce zbrojeniowej. Dziś 93-letni emerytowany taksówkarz mówi, że nigdy nie uda mu się wyleczyć z miłości do Gdyni.

Miał pięć lat, gdy wraz z mamą i dwiema starszymi siostrami wysiadł z pociągu na gdyńskim dworcu. Tata, który przyjechał tu wcześniej w poszukiwaniu swej Ziemi Obiecanej, ciężko pracował fizyczne, by utrzymać rodzinę. Niedługo potem ojciec zmarł, a oni zostali sami.

- Ktoś by pomyślał, że trudne doświadczenia dzieciństwa wpłyną na mój stosunek do miasta - mówi pan Sylwester. - Stało się jednak inaczej. Gdynia okazała się moim miejscem na ziemi.

Zamieszkali przy ul. Bydgoskiej w Budapeszcie, jednej z gdyńskich dzielnic biedy, rozciągającej się na Działkach Leśnych. Prowizoryczne, sklecane z desek baraki. Brak kanalizacji, udeptane, piaszczyste drogi. - Czy wie pani, że od ul. Nowogrodzkiej do Kwidzyńskiej można było przejść po dachach? - uśmiecha się gdynianin. - Chodziliśmy do pobliskiego lasu po drzewo, jagody, grzyby. Kartki pozwalające na wynoszenie drewna z lasu wykupowało się na Grabówku. Mama dorabiała sprzątaniem, najstarsza siostra pracowała dorywczo. Ja też gazety sprzedawałem, zbierałem bursztyn. Potem mama zaczęła pracować w kuchni w Wojskowym Domu Wypoczynkowym, mieliśmy dzięki temu co jeść.

Sylwek poszedł do Szkoły Podstawowej nr 2. Czasem uciekał na wagary i krążył po mieście z rówieśnikami, znał każdy zakątek portu, większość. Kiedy przenieśli się na ul. Litewską, poznał braci Śmierzchalskich.

- Edmund Śmierzchalski, późniejszy komendant Tajnego Hufca Harcerzy Gdyńskich oraz jego bracia Hipolit i Alfons byli moimi kolegami - mówi z dumą pan Sylwester.

Doskonale pamięta lato 1939 roku. Kolonie w Osieku i wizytę Jana Kiepury w Gdyni. - Kiepura 25 lipca śpiewał w muszli koncertowej na Placu Grunwaldzkim - mówi. - Widziałem jak wysiadał z taksówki, którą ludzie pchali aż z dworca.
Tuż przed wybuchem wojny pewna lekarka, wyjeżdżająca do Warszawy poprosiła panią Sobkowiak o przypilnowanie domu , stojącego na rogu ulic Warszawskiej i Morskiej oraz zaopiekowanie się psem o imieniu Baca.

Wojna i wysiedlenie

Stał po chleb na ul. Morskiej, przed piekarnią Brukiewicza. Wtedy zobaczył jadące ul. Wolności wozy niemieckie. Coraz częściej na ulicach było słychać obcy język. Ubywało sąsiadów, znajomych, kolegów...

Podczas spaceru na Bacę, pięknego owczarka, zwrócił uwagę niemiecki policjant. Spytał gdzie mieszkają, a potem przyszedł zabrać psa. Baca bronił się dzielnie, ale zarzucono mu koc na głowę i wprowadzono. Oni też musieli opuścić duży dom. -. Za dwa dni kazali stawić się nam na dworcu w Gdyni - opowiada pan Sylwester. - Wsadzili nas do pociągu...Do tej pory nie wiem, jak i z kim mama załatwiła, że wysiedliśmy już w Orłowie. Wprowadziliśmy się bez zameldowania do jakiegoś baraku.

Dorośli bardziej się bali. On, nauczony samodzielności już przed wojną, chodził po mieście szukając szans zarobku. Pewnego dnia mieszkających jeszcze w Gdyni Polaków spędzono pod tę samą muszlę, gdzie śpiewał Kiepura. Tym razem przemawiał z niej gauleiter Albert Forster. Krzyczał, że do 1941 r nie będzie już ani jednego Polaka w Gdyni.

- To niemieckie wojsko stawiło się za nami - mówi Sylwester Sobkowiak. - Trzeba im było rąk do pracy.

Miał 13 lat, gdy poszedł do pracy. W miejscu, gdzie dziś stoi Park Naukowo -Technologiczny, mieściła się fabryka części do samolotów, powiązana z lotniskiem w Rumi. Wśród robotników byli także polscy i rosyjscy jeńcy,mieszkający w barakach przy torach.

Kazano mu chodzić raz w tygodniu na dwie godziny do niemieckiej szkoły .Szybko uczył się języka, po roku mówił, jak Niemiec.
Przeżył kilka bombardowań Gdyni. Raz w ostatniej chwili zdążył ukryć się w schronie przy dworcu.

W 1945 roku Rosjanie przyszli od strony Wielkiego Kacka. Toczyły się zacięte walki, ludność cywilna kryła się w opustoszałych domach. Potem też nie było bezpiecznie. Dziewczyny musiały kryć się przed żołnierzami.

- Znajomy miał piękny sweter norweski - wspomina pan Sylwester. - Widziałem, jak podszedł do niego Rosjanin i kazał mu ten sweter ściągnąć. Kiedy odmówił, żołnierz wyjął pistolet i go zastrzelił.

Polacy poszli na skargę do sowieckiego komendanta. Ten kazał wskazać sprawcę, a potem wyciągnął broń i zabił go na miejscu.

Czytaj także

Kurs do Oazy

Jadzia była piękną dziewczyną. I oczywiście gdynianką. Spotkał ją na ulicy, zakochał się, gdy miał 22 lata wzięli ślub. Trzy dni później dostał powołanie do wojska.Mieszkali na ul.Pomorskiej. Mały pokoik, kilka rodzin w mieszkaniu. W 1950 urodził się Andrzej, dwa lata później Henryk. Po wojsku Sylwester pracował w Przedsiębiorstwie Budownictwa Wojskowego na Oksywiu, później w Wojewódzkim Przedsiębiorstwie Komunikacyjnym. Został tam taksówkarzem. Jakiś czas później za pieniądze pożyczone od starszej siostry kupił własne auto. Jeździł po Gdyni do połowy lat 70.

- Poznałem każdy skrawek miasta, które wówczas liczyło ze 150-180 tys. mieszkańców - mówi pan Sylwester. - Chylonia, Grabówek, Oksywie, które na przełomie lat 50. 60. XX wyglądało jak przedwojenne. Na Obłużu stały baraki. Na Władysława IV zboże rosło. Z zamkniętymi oczami mogłem trafić na dowolną ulicę w dowolnej dzielnicy.

Zarobki? Różnie z tym bywało Nie łatwo się było utrzymać. W dobie "przejściowych trudności" trzeba było opony zakupić, paliwo, no i zapłacić podatki.

Niektórzy więc próbowali zarabiać, omijając prawo. - Taksówkarze mieli nie najlepszą opinię, po części z własnej winy - twierdzi Sylwester. - Wódką handlowali, czasem oszukali klienta , benzynę na lewo kupowali.To mi się nie podobało.Poza tym musiałem uważać - miałem dług u siostry, bałem się koncesję stracić.

Konkurowano też między sobą o klienta, czasem niezbyt uczciwie. W Grand Hotelu w Sopocie imprezy trwały do godziny 5 rano. Czekali więc na kurs, śpiąc z głową opartą o kierownicę. Kiedyś obudziło go otwarcie drzwi i głos, mówiący "do Gdyni". Drzwi trzasnęły, ruszył. W Orłowie spytał na jaką ulicę jadą. Cisza. Patrzy, a w samochodzie pusto. Innym razem, nocą pod dworcem w Gdyni podlewarowano mu lekko jedno koło. Wsiadł klient, zamówił kurs na Babie Doły za całe 200 złotych. Nie mógł ruszyć, zanim zorientował się, co się stało, klient wsiadł do innej taksówki.

Zdarzały się także napaści na taksówkarzy. Wówczas zapominano o animozjach, szli wszyscy solidarnie na Witomino, by odprowadzić kolegę w ostatnią drogę.

Gdynia, miasto portowe, nie mogło obyć się bez pań świadczących najstarsze usługi świata, które zazwyczaj korzystały z taksówek.

- Przesiadywały w "Morskim Oku" (dziś stoi tam Hotel Nadmorski) - wylicza pan Sylwester. - Na Skwerze Kościuszki dwa lokale były, jeden obok drugiego. "Paloma" i bodajże "Kapitański". Tam to się działo! No i "Oaza" przy ulicy Portowej, blisko portu, ale też i milicji, gdzie chętnie zachodzili zagraniczni marynarze.

Jeden kurs do "Oazy" zapamiętał do dziś.

- Wrzucili mi do wozu pijanego szwedzkiego marynarza, i kazali jechać do Gdańska- wspomina pan Sylwester. - Dokąd już nie powiedzieli. Dowiozłem go do Nowego Portu, a on mówi, że jego statek nie tu stoi. Objechałem naokoło od strony Westerplatte, na liczniku już prawie 170 zł, a on dalej nie wie, gdzie jego statek. Wysiadł, zostawił książeczkę żeglarską i... zniknął. Czekałem cztery godziny. Utopił się, czy jak? W końcu z tą książeczką podszedłem do żołnierzy WOP. Zajrzeli do dokumentu i mówią, że statek delikwenta stoi jednak w Nowym Porcie. Na szczęście marynarz, z lekka wyspany, wrócił. Zawiozłem go pod bramę, a on zaczyna wykładać na siedzenie polskie pieniądze. Tysiąc złotych! Tyle wówczas nie zarabiałem w dwa tygodnie...

Nie do wyleczenia

W drugiej połowie lat 70. Sylwester Sobkowiak zrezygnował z pracy taksówkarza. Na pięć lat przed emeryturą wrócił do Przedsiębiorstwo Budownictwa Wojskowego. W 1997 r. zmarła żona. Rok później odszedł syn Andrzej.

Sąsiad Ludwik Błażejewski, kuśnierz, wciągnął go do pracy w gdyńskim Cechu Rzemiosła. Do dziś udziela się społecznie.
Mieszka sam. Rano wstaje, zjada śniadanie śniadanie, pozmywa, posprząta i w południe wychodzi na spacer starymi gdyńskimi trasami. Regularnie przechadza się po Bulwarze. Czasem jedzie na Oksywie, czasem do Małego Kacka. Tylko synowa denerwuje się,słysząc, że samotnie poszedł na spacer do lasu. Gdy jakiś statek przypłynie, idzie do portu go zobaczyć.Chętnie rozmawia z ludźmi. Opowiada o Gdyni. Tej starej, poznanej w czasach, gdy jako kilkulatek biegał po mieście. Tej wojennej, niebezpiecznej i obcej. I późniejszej, zawsze śmiało zerkającej w stronę wielkiego świata. - Będąc dzieckiem pokochałem to miasto - powtarza Sylwester Sobkowiak. - I do tej pory nie wyleczyłem się z miłości do Gdyni.

Ten program to kuźnia wokalnych talentów

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 5

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

K
Kasia

Świetny artykuł. Wszystkiego najlepszego Panie Sylwestrze

G
Gość

W którym miejscu był róg Morskiej z Warszawska? Z tego, co pamiętam Warszawska kończyła się na Wolności.

K
Kasia

Barawo, takie artykuły miło czytać tymbardziej, żywe wspomnienia osób które żyły w tamtych czasach są bezcenne, rewelacja.

M
Małgorzata

Takie rzeczy z przyjemnością się czyta a nie katowanie nas codziennie sztucznymi ludźmi, gdzie wszystko wystawione na sprzedaż. Tamte lokale w Gdyni nie przebija dzisiejszych.

S
Super

Świetny wywiad, nie trzeba nic więcej i historia Gdyni jak w najlepszym dokumencie. Brawo redakcja!

Dodaj ogłoszenie