Twarde rządy muszkietera

    Twarde rządy muszkietera

    Beata Jajkowska

    Dziennik Bałtycki

    Aktualizacja:

    Dziennik Bałtycki

    Jedni wierzą, że Karnowski mógł złożyć propozycję korupcyjną, inni sądzą, że to absolutnie niemożliwe. Sopocianie są zgodni - w mieście wszystko robione jest pod dyktando prezydenta. Karnowski rządzi autorytarnie. Ale ma wyniki
    Na sopockim Monciaku stoi słup. Reklamuje się na nim imprezy, jakie odbędą się w mieście. Jest niemal tak wysoki jak dom towarowy Laura, którego jedną ścianę przesłania. To ten słup miał otworzyć puszkę Pandory, z której wytoczyły się czarne chmury, jakie od tygodnia zbierają się nad głową Jacka Karnowskiego, prezydenta Sopotu.

    Właścicielem domu jest Sławomir Julke, dobry znajomy, a niegdyś rzecznik kampanii wyborczej Karnowskiego.
    To on kilka tygodni temu na ścianie wywiesił olbrzymią reklamę. Urzędnicy uznali, że jest nielegalna, i przysłonili owym słupem. No i się zaczęło! Okazało się, że biznesmen w marcu nagrał rozmowę z Karnowskim, podczas której prezydent miał żądać od niego łapówki w postaci dwóch mieszkań przy ul. Czyżewskiego.

    Julke przyniósł nagranie do prokuratury i złożył obciążające prezydenta zeznania. Sopot się podzielił. Jedni wierzą, że Karnowski mógł złożyć korupcyjną propozycję, inni sądzą, że to niemożliwe.
    Kobieta, lat 39: - Bzdura z tą łapówką. Karnowski może i bufon jest, ale miasto kwitnie. Przez te 10 lat Sopot zmienił się nie do poznania.

    Emerytka, lat 66: - A zmienił się, zmienił. To już nie miasto przyjazne mieszkańcom, a kurort dla bogatych gości. Wystarczy spojrzeć na ceny w sklepach. Po zakupy jeżdżę do Oliwy, bo za miedzą taniej.
    Biznesmen, lat 42: - Gdy za długo siedzi się na jednym stołku, można stracić czujność, zwłaszcza że rozmowa toczyła się na spacerze z przyjacielem.

    Były pracownik Urzędu Miasta Sopotu: - Jacek nigdy nie sprawiał wrażenia człowieka, któremu zależy na pieniądzach. Przez lata mieszkał w bloku, jeździł rozklekotanym autem, nie nosił markowych ciuchów.

    Ale Sopot jawił mu się jako kurort dla bogaczy. To dlatego walczył, by zniknęły kotłownie węglowe i nocne sklepy monopolowe, które psuły wizerunek miasta. Z pierwszymi mu się udało, z drugimi nie.

    Marszałek Jan Kozłowski o Karnowskim: - Ambitny i zdeterminowany. Jak lew walczy o pieniądze na inwestycje. Nie bał się korzystać z partnerstwa publiczno-prawnego, czym naraził się opozycji.

    Sopocianie są zgodni - w mieście wszystko robione jest pod dyktando prezydenta. Karnowski rządzi autorytarnie, nie znosi sprzeciwu, kontroluje najdrobniejsze posunięcia. Ale skutki są. 40-tysięczny Sopot od 1997 roku jest uzdrowiskiem, a od 1999 roku ma status miasta na prawach powiatu.

    Miasto ma najniższy wskaźnik bezrobocia w kraju oraz jeden z najwyższych dochodów na głowę mieszkańca. Do sukcesów Karnowskiego można zaliczyć akcję rewitalizacji sopockich kamienic, stawianą za wzór w całej Europie, i budowę Centrum Haffnera. Tę ostatnią, wartą 100 mln euro inwestycję, Karnowski przeforsował w 2001 roku.

    Miasta nigdy nie byłoby stać na taki wydatek, więc skorzystano z rzadko stosowanego modelu partnerstwa publiczno-prywatnego. Miasto wrzuciło do spółki grunty, prywatny inwestor pieniądze. Powstały: tunel pod Monciakiem (choć jest za niski, by przejechały pod nim wysokie autokary) i pięciogwiazdkowy hotel Sheraton. Budują się: Dom Zdrojowy, Mulitikino, kamienica i biurowiec.

    Z powodu Centrum Haffnera naraził się prezydent PiS-owskiej opozycji, która zarzuciła mu, że budowa przez kilka lat nie ruszała, przez co ceny gruntów wzrosły, a udziały Sopotu pozostały bez zmian. Zdaniem lokalnych działaczy PiS, miasto mogło stracić nawet 20 mln zł. Jednak Prokuratura Okręgowa w Gdańsku odmówiła wszczęcia postępowania, nie dopatrując się niegospodarności.

    Miasto stoi też innymi inwestycjami: wyremontowano molo, powstały tunele pod przystankiem SKM Kamienny Potok i pod aleją Niepodległości, jest nowa komenda policji, zmodernizowano stadion lekkoatletyczny, powstała trybuna na hipodromie. - Chcemy przyciągnąć inwestorów - tłumaczył Karnowski - i zatrzymać tych, którzy uciekają, bo nie mają miejsca. Razem z firmami odpłyną przecież miejsca pracy i pieniądze z podatków.

    A inwestorzy chcą prowadzić interesy w Sopocie. W ub.r. Sopot znalazł się na pierwszym miejscu w Polsce w rankingu miesięcznika "Forbes" na najatrakcyjniejsze dla biznesu miasto poniżej 100 tys. mieszkańców, z 807 nowo założonymi tam firmami.

    Nie obeszło się bez problemów. Związane były z budową hali sportowo-widowiskowej na granicy Sopotu i Gdańska. Mieszkańcy pamiętają też wieloletni konflikt Karnowskiego z Sopockim Klubem Tenisowych, który chciał nieodpłatnie przejąć na własność cztery hektary terenu z kortami, co spotkało się z ostrą reakcją władz. Zdarzyło się posądzenie o korupcję, które badała Prokuratura Okręgowa w Gdańsku.

    Chodziło o 30 tys. zł łapówki, jaka miała być rzekomo wręczona wysokiemu urzędnikowi. Kontrowersje wywołuje pomysł budowy tunelu pod al. Niepodległości. W tym roku na badania gruntów i prace nad projektem przeznaczono 5 mln zł. Inwestycja kosztować ma 2,3 mld zł.

    Jeszcze bardziej kontrowersyjna jest budowa sztucznej wyspy - mariny dla 350 jachtów, którą z brzegiem miałby łączyć 500-m pomost. Mieszkańcy twierdzą, że zbyt wiele pieniędzy wydawane jest na widowiskowe projekty, a mało na bieżące potrzeby. Podobnie mówi opozycja. Jednak prezydent może przeforsować każdy pomysł.

    W Radzie Miasta 16 głosów ma jego komitet Samorządność i radni PO. PiS-owska opozycja liczy tylko pięciu radnych. Kilka dni temu w rankingu samorządów "Rzeczpospolitej" uplasował się na drugim miejscu w kraju. Karnowski osobiście nagrody nie odebrał. Jest na urlopie bezpłatnym.

    Paweł Adamowicz, prezydent Gdańska, który Karnowskiego zna od lat i współpracuje z nim w PO, nie wierzy w korupcyjną propozycję, o którą oskarża go sopocki biznesmen.
    - Jacek pracuje 18 lat w samorządzie, w tym 10 jako prezydent Sopotu - mówi. - To uczciwy, bezpośredni i rzetelny człowiek, który z jednej strony bardzo dba o interesy Sopotu, a z drugiej ma zdolność myślenia metropolitalnego.

    Kiedyś złośliwie nazywano go "Łukaszenko", bo jest radykalny w poglądach, bywa ostry i wymagający wobec pracowników. Ta ostrość przechodzi jednak potem w niezwykłą miękkość. Jest bardzo lojalny. Podczas mojej pierwszej kadencji, gdy Rada Miasta Gdańska była rozbita, Jacek przyjeżdżał na sesje, stał na galerii i podtrzymywał mnie na duchu.

    Teraz Adamowicz podtrzymuje na duchu Karnowskiego. Zaoferował mu już prywatną pomoc, rozmawiają przez telefon. - Moja mama modli się za Jacka - dodaje Adamowicz. - Miałem spotkanie z eurodeputowanymi, którzy postrzegają trójmiejskich prezydentów jako trzech muszkieterów i nie wierzą, że jednego może braknąć.

    Adamowicz uważa, że na miejscu Karnowskiego z dymisją by się nie spieszył, bo w przypadku prezydenta nie jest to odejście ze stanowiska jednej osoby, a zrezygnowanie z odpowiedzialności, jaką wzięło się na swoje barki.

    - Czasowe odseparowanie Jacka od PO jest jednak dobre dla niego i dla Platformy, bo sopocki problem zaczyna być wykorzystywany do wojny ogólnokrajowej - uważa.

    Czytaj treści premium w Dzienniku Bałtyckim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo