Trzech dzielnych chłopaków z Ukrainy uratowało życie 25-letniemu Polakowi w lesie między Kiełpinem a Somoninem. Zdjęcia

Lucyna Puzdrowska
W poniedziałek 19 kwietnia dotarła do nas informacja o zdarzeniu, do którego doszło w lesie między Kiełpinem a Somoninem. Czterech przyjaciół udało się przez lasek z Somonina do Kiełpina. Chcieli zjeść kebaba w kiełpińskim punkcie przy ulicy Długiej. Niestety, nie dotarli. W lesie spotkało ich coś, co całkowicie odwróciło bieg zaplanowanych na wieczór wydarzeń i już na zawsze pozostanie w ich pamięci.

Ukraińcy: Yewhen, popularnie zwany przez kolegów z Polski Żenią, Oleh i drugi Yewhen, w towarzystwie swojego kolegi z pracy, tym razem Polaka - Janka, w minioną niedzielę zamierzali miło spędzić późne popołudnie. Tym bardziej, że był to dla nich pierwszy dzień wolności - w sobotę zakończyli obowiązkową kwarantannę po powrocie z Ukrainy. Wszyscy są pracownikami firmy RADBUR w Somoninie.

Plany planami, a życie życiem. Nigdy nie wiesz co czeka na ciebie za rogiem...

W doskonałych humorach udali się ze swoim kolegą Jankiem do punktu Pasha kebab w Kiełpinie. Ponieważ mieszkają w bloku pracodawcy, poszli na skróty laskiem. Jednak nie dane im było zakupić pysznego kebaba. Już będąc w lesie, Żenia zauważył nagle, że... na wzniesieniu, na drzewie jest pomarańczowy sznur i... ktoś wisi z pętlą na szyi.

- To była chwila, moment, sekunda i odezwał się instynkt - ratować człowieka, może jeszcze nie jest za późno! - opowiada Żenia.

Z kolei Janek, nasz rodak, wspomina ten moment jakby... miał omamy i to nie działo się naprawdę.

- Pamiętam, że kilkukrotnie przymykałem i otwierałem oczy, żeby upewnić się, czy naprawdę widzimy to, co wydaje nam się, że widzimy, czy to tylko wyobraźnia albo jakieś refleksy świetlne - opowiada. - Niestety, to działo się naprawdę. W tym samym momencie Żenia przyskoczył do wiszącego mężczyzny, wołając, żebyśmy pomogli.

Dla opowiadających mężczyzn obecnie ten czas - widok, który zastali w lesie, ich reakcje, potem czyny... wydaje się długi i w pamięci przesuwa wolno, klatka po klatce. Tymczasem wszystko działo się bardzo szybko i najprawdopodobniej sekundy zdecydowały, że niedoszłego samobójcę udało się uratować.

- Pochwyciliśmy go, uwolniliśmy z tej pętli, a potem ostrożnie ułożyliśmy na boku - opowiada Żenia. - Nie wyglądał jakby żył, ale po chwili wyczułem, że oddycha - kontynuuje Żenia. Szybko zadzwoniłem na 112 i wezwałem karetkę.

Janek był przekonany, że mężczyzna nie żyje.

- Był wychłodzony, miał taki biały kolor skóry, więc gdy okazało się, że wykazuje jakieś czynności życiowe, byłem w szoku! - opowiada.

Znaleźć kogoś w lesie nie jest łatwo, nawet karetce pogotowia

- Pani z dyspozytorni prosiła o wskazanie adresu, gdzie jesteśmy - kontynuuje opowieść Żenia. - Próbowałem określić to miejsce najlepiej jak umiałem, ale to było bezcelowe, bo jak określić miejsce w lesie. Ostatecznie dyspozytorka poprosiła, aby ktoś wyszedł na główną ulicę w Kiełpinie i dalej pokierował zespół ratownictwa medycznego na miejsce zdarzenia. Tak też zrobiliśmy, choć wydawało mi się wtedy, że to wszystko trwa za długo, że ten człowiek umiera, a karetka wciąż błądziła.

Na szczęście udało się. Medycy dotarli na czas i niedoszły samobójca został przetransportowany do szpitala.

O całym tym zdarzeniu dowiedzieliśmy się 21 kwietnia, ale dopiero dziś udało nam się spotkać z bohaterami z Ukrainy i naszym rodakiem - przez tydzień w ramach wykonywanych obowiązków przebywali na budowach, które realizuje firma RADBUR.

Raport policji - będzie specjalne podziękowanie komendanta

Mimo, że nie mogliśmy do piątku spotkać się z dzielnymi chłopakami, skontaktowaliśmy się z Komendą Powiatową Policji w Kartuzach, aby dowiedzieć się jak ta sprawa wygląda w raporcie policyjnym.

- Do zdarzenia doszło w niedzielę 18 kwietnia przed godz. 19 - poinformował st. asp. Piotr Gdaniec, oficer prasowy KPP Kartuzy. - 25-letni mieszkaniec powiatu kartuskiego próbował popełnić samobójstwo, na szczęście jednak zareagowali przechodzący w tym miejscu mężczyźni. Odcięli linę, na której 25-latek próbował się powiesić, dzięki czemu udało się go uratować.

Choć policja nie ukrywa, że owa reakcja jest doskonałym przykładem bohaterstwa, służby nie dysponują żadnymi środkami, aby pieniężnie nagrodzić kogoś w takiej sytuacji.

- Jako policja nie dysponujemy żadnym funduszem, środkami, przeznaczonymi na nagrody za tego typu bohaterstwo, bo to niewątpliwie jest bohaterstwo. Niemniej w takich sytuacjach przewidziane są na przykład podziękowania ze strony komendanta, więc ci panowie, ich postawa, na pewno zostaną w jakiś sposób uhonorowani - mówi Piotr Gdaniec.

Osobna gratyfikacja od dumnego pracodawcy

- Jestem bardzo dumny z naszych pracowników - mówi Maciej Czapiewski, dyrektor firmy RADBUR. - To jest ewidentnie bohaterskie zachowanie i bohaterski czyn ze strony tych chłopaków, bo nie ma nic cenniejszego niż życie, a uratowanie tego życia drugiej osobie niewątpliwie zasługuje na podziw, szacunek i uznanie. Na pewno jako pracodawca zrobię wszystko, aby ich postawa nie została zapomniana, aby inni brali z nich przykład. Oczywiście zostaną też w odpowiedni sposób uhonorowani. Cóż dodać, jestem dumny, jeszcze raz podkreślam, że to właśnie nasi chłopacy, pracownicy RADBUR-u, uratowali życie drugiej osobie, obywatelowi kraju, w którym przebywają i zarabiają na życie dla swoich rodzin na Ukrainie.

Kim są ci zwyczajni niezwyczajni faceci?

Yewhen Klymovych, popularnie zwany przez nas Żenią, który jako pierwszy popędził na ratunek niedoszłemu samobójcy, już od czterech lat pracuje w firmie RADBUR. Doskonale włada językiem polskim. Wcześniej, jeszcze na Ukrainie, siedem lat spędził w służbie wojskowej. Nie jest żonaty, ale żyje w związku partnerskim z Natalią, z którą ma 7-letniego syna. Ma też mamę, ojciec zmarł, gdy miał 3 latka. Obecnie, ze względu na trudną sytuację na Ukrainie, martwi się o bezpieczeństwo swoich najbliższych.

Podobnie martwią się Yewhen Fedorhuk i Oleh Bodian. Oni też pozostawili na Ukrainie swoich bliskich, ale przyjechali do Polski, żeby zarobić, żeby poprawić byt swoich rodzin. Tymczasem sytuacja tam zaognia się z dnia na dzień....
Wszyscy pochodzą z miejscowości Veselinovo na Ukrainie.

Janek Krefta, jako jedyny w tym gronie jest Polakiem, pochodzi z Kartuz, obecnie mieszka w bloku mieszkalnym firmy RADBUR.
- I dobrze mi się tu mieszka - opowiada. - Mam kawalerkę w cenie, której na pewno nie znalazłbym w Kartuzach. Staram się być dobrym pracownikiem, a to na pewno popłaca.

Życie naszemu rodakowi dało już popalić. Ma syna, ale rozpadł się jego związek z matką dziecka.

- Przez wiele lat pływałem na statkach po całej Europie - opowiada Janek. - Teraz pracuję w Radburze i naprawdę nie mam na co narzekać. Moją kawalerkę można uznać za wypasioną - śmieje się Janek.

Uśmiechają się, żartują, ale widok z kiełpińskiego lasu już nigdy nie opuści ich wspomnień

- Ja przebywam w Polsce od kilku lat, mnie pewnie łatwiej jest przyjąć to, czego byliśmy świadkami i nasze późniejsze działania - opowiada Żenia. - Moi rodacy przyjechali tu do pracy po raz pierwszy i po kwarantannie było to nasze pierwsze wyjście, dla nich - pierwsze wspomnienie na polskiej ziemi. Na pewno długo tego nie zapomną - dodaje Żenia.

Zaginieni z Pomorza. Widziałeś ich? Fundacja ITAKA szuka mie...

Czym jest Fundusz Odbudowy i Krajowy Plan Odbudowy?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie