To pod żaglami, to za kratkami

    To pod żaglami, to za kratkami

    Zdjęcie autora materiału

    Aktualizacja:

    Dziennik Bałtycki

    Jego podręcznik teorii żeglarstwa jest znany na całym świecie. Mało kto jednak wie, że Czesław Marchaj z racji swoich wodniackich zainteresowań kilka razy trafiał do więzienia. Pasjonującą historię jego przygód opisuje Jacek Sieński
    Do Narodowego Centrum Żeglarstwa Akademii Wychowania Fizycznego i Sportu w Gdańsku Górkach Zachodnich pojechałem, by wysłuchać wykładu "O granicach szybkości i bezpieczeństwa w żeglarstwie", światowego autorytetu w dziedzinie żeglarstwa, prof. Czesława Marchaja.

    Nie mniej pasjonująca od tych rozważań okazała się opowieść, jaką usłyszałem od profesora później. Była to jego trzecia wizyta w ojczyźnie po emigracji w 1969 r. I tym razem odwiedził Gdańsk - miasto dla niego szczególne. Tu mieszkał zaraz po wojnie i tu trafił do więzienia za... żeglowanie. Nie pierwszy i nie ostatni raz zresztą.

    Pływający partyzant



    W młodości, przypadającej na lata 30. ub. wieku, pasją, której chciał się poświęcić bez reszty Czesław Marchaj, było lotnictwo, a w szczególności szybownictwo. Po studiach w renomowanej Państwowej Wyższej Szkole Budowy Maszyn i Elektrotechniki w Warszawie, podjął pracę w Instytucie Lotnictwa Politechniki Warszawskiej. Kierował badaniami samolotów bojowych, m.in. nowego myśliwca P-11, w tunelu aerodynamicznym nr 2. Przyszła jednak wojna i o lataniu w okupowanej Polsce mógł tylko pomarzyć. Włączył się w ruch oporu. Wtedy też zaczął żeglować.

    - Mój znajomy Leon Jensz, żeglarz olimpijczyk, odsprzedał mi sześciometrową łódź żaglową klasy "15" - wspomina prof. Marchaj. - Wiele osób żeglowało wtedy na Wiśle, bo nie było na niej Niemców. Kiedyś pożeglowałem sam w górę rzeki. Wieczorem zacumowałem w okolicy podwarszawskiej wsi Zawady. Nagle zostałem ostrzelany przez zamieszkałych w niej osadników niemieckich. Nie miałem szans na ucieczkę. Podpłynąłem więc do brzegu, na którym pobito mnie kolbami i zamknięto w piwnicy jednego z domów. Rano zostałem zabrany samochodem przez gestapowców i zawieziony na aleję Szucha. Oczekiwałem na przesłuchanie w "tramwaju", jednej z dwóch cel znajdujących się w piwnicach, których aresztowani siedzieli na ławkach jeden za drugim. Na cały regulator grało radio, aby zagłuszyć krzyki przesłuchiwanych.
    1 3 4 5 ... 7 »

    Czytaj treści premium w Dzienniku Bałtyckim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo