"To nie tak miało wyglądać". Rok po tragedii o zmarłym Pawle Adamowiczu i wydarzeniach 13 stycznia mówią jego współpracownicy [wideo]

Rafał Mrowicki
Rafał Mrowicki

Wideo

Zobacz galerię (1 zdjęcie)
Minął rok od tragicznych wydarzeń w Gdańsku. Prezydent Paweł Adamowicz został zaatakowany przez nożownika na scenie Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy 13 stycznia 2019 roku. Zmarł dzień później w gdańskim szpitalu. O nim i o trudnych dla Gdańska i gdańszczan wydarzeniach mówią współpracownicy prezydenta: Magdalena Skorupka-Kaczmarek, Piotr Grzelak, Beata Dunajewska, Piotr Borawski i Antoni Pawlak.

Magdalena Skorupka-Kaczmarek, rzecznik prezydenta Pawła Adamowicza

Gdańsk od 2016 roku był w epicentrum wydarzeń związanych z walką o demokrację, rocznicą Trybunału Konstytucyjnego, dwoma bojami o Westerplatte i innymi rzeczami, łącznie z przemarszem ONR-u ulicami Gdańska. Prezydent lubił być w centrum wydarzeń.

Gdy szliśmy na spotkanie i ktoś chciał z prezydentem porozmawiać, to nie było nikogo, kto mógłby powiedzieć, że prezydent się na to nie zgodził. Pomagał również jako osoba prywatna.

Był wymagającym szefem. Przez pierwsze pół roku się poznawaliśmy, zajmowałam się jego mediami społecznościowymi, potem chciał, bym została jego rzecznikiem. Nie byłam przekonana do tego pomysłu, musieliśmy się kilka razy spotkać, bym zdecydowała się przejść przez drzwi urzędu na Nowych Ogrodach. Wiedziałam, że to będzie specyficzna praca i że będzie to oznaczało moje utożsamianie się. Bycie rzecznikiem osoby jest trochę inne, niż bycie rzecznikiem instytucji. Gdy jest się rzecznikiem osoby, trzeba utożsamiać się z tym co ona wyznaje. Prezydent był osobą konserwatywną, ja bardziej liberalną. Ucieszyło mnie, że jego konserwatyzm stał się bardziej chadecki.

W piątek 11 stycznia prezydent wychodził z urzędu na urodziny Bogdana Borusewicza w Europejskim Centrum Solidarności. Prosił mnie, bym pomogła mu w wyborze prezentu. Wiedziałam, że nie będę z nim na finale WOŚP-u, bo musiałam odwieźć męża na lotnisko i chciałam obejrzeć finał w telewizji. Do tego momentu był to zwykły weekend. Dziennikarze dzwonili do mnie z pytaniami gdzie prezydent kwestuje. Dzwoniłam do jego asystenta, Michała Wlazło. Nagle zadzwonił do mnie, gdy wieczorem siedziałam przed telewizorem czekając na Światełko do nieba. A potem cała Polska widziała co się działo.

Czytaj także

Przyjechałam natychmiast na Targ Węglowy, by wspomóc Michała. Myśleliśmy, że to nie jest aż tak poważne, prezydent był w grubej kurtce, wydawało się to niewiarygodne. Gdy jechałam samochodem do centrum Gdańska dzwonili już dziennikarze. Zadzwoniła do mnie znajoma, która była tam na miejscu. Wtedy wiedziałam, że to nie było zwykłe zranienie.

Kiedy przyjechałam na miejsce prezydent był reanimowany. Widziałam jak prezydent jest wnoszony do karetki i natychmiast pojechałam za nią do szpitala. Do 22:00 dziennikarzom odpowiadałam, że muszą poczekać na informacje. Nie chciałam wprowadzać paniki, ale też zależało mi, by to najbliższe osoby prezydenta wiedziały najpierw.

Po 22:00 wiedziałam, że będę musiała wyjść do dziennikarzy. Było coraz więcej pytań, wiadomości. Trzeba było wyjść i powiedzieć w sposób spokojny, mało spokojne i mało miłe rzeczy. Długo udawało mi się zachować spokój. Pozwoliłam sobie na momenty mniejszego spokoju. Polały się łzy. Wolałabym żeby tak nie było, jestem raczej twardą osobą, ale wiele osób mówiło mi, że płakało razem ze mną.

Wkurzył nas wszystkich, bo nie tak to miało wyglądać. Miał z nami zostać. Gdy czasami leją się łzy, emocje szybują w górę. Cały czas wspominam go tak samo. Myślę, że gdybym mogła wejść w tej chwili do urzędu i on by tam był, byłoby cudownie.

Piotr Grzelak, wiceprezydent Gdańska

Znałem go od dzieciństwa. Mój tata był w 1990 roku przewodniczącym sejmiku, a Paweł Adamowicz był do niego delegowany jako radny miasta. Pojawiał się w moim domu.

W okolicy 2006 roku przyszedłem do Urzędu Miejskiego w Gdańsku, pracowałem w biurze prasowym. Jednym z pierwszych moich zadań była organizacja pierwszego ze spotkań obywatelskich gdańszczan. Współpracowaliśmy politycznie.

Kilka dni po moim przyjściu do pracy dostałem od niego dekretację z kilkoma lekturami. Chciał ze mną na ich temat porozmawiać. Tak było przez wszystkie etapy współpracy. Cały czas czułem, że stara się dzielić swoją wiedzą, ale też słuchać co młodsze pokolenie ma mu do powiedzenia.

Rok później obecna prezydent Aleksandra Dulkiewicz została oddelegowana do biura ds. Euro 2012, po niej przejąłem funkcję asystenta. Towarzyszyłem mu we wszystkich aktywnościach. Po czterech latach wspólnie podjęliśmy decyzję, co było efektem, że pokładał we mnie nadzieję, żebym wystartował do Rady Miasta Gdańska.

Po czterech latach dał mi ogromną szansę, w 2014 roku powołał mnie na funkcję wiceprezydenta. On nigdy nie dawał ryby, tylko wędkę. Powiedział do moich rodziców, którzy byli przerażeni, "co go nie zabije to go wzmocni". To było ogromne wyzwanie.

Ten rok 2018 wydawał się najcięższy z możliwych. A potem przyszedł rok 2019.

Byłem pierwszym, który był w szpitalu. Dostałem informację od kolegi, Marcina Makowskiego, który był na scenie. Zamówiłem taksówkę. Byłem pierwszą osobą z najbliższych, które odprowadziły szefa na salę operacyjną. Dzwoniłem do Oli Dulkiewicz, ona była wtedy w kościele. Przyjechała, wtedy było już więcej osób. Zadzwoniłem do Piotra Adamowicza, później oddzwoniła do mnie Magda Adamowicz. To było najtrudniejsze, czułem, że nic nie można zrobić.

Zawsze był osobą, która wyciągała do mnie rękę. Z prezydent Dulkiewicz poczuliśmy wtedy, że już nie ma tej pomocnej dłoni.

Zabójstwo Pawła Adamowicza. Sześć śledztw wokół zbrodni z 13...

Beata Dunajewska, radna Wszystko dla Gdańska

Pierwsza moja rozmowa z prezydentem była jeszcze, gdy pracowałam w telewizji. Przy okazji przyjazdu Roda Stewarta robiłam materiał.

Ścisła współpraca zaczęła się między nami ok. 2011 roku, kiedy w klubie PO nam się trochę zawirowało. Zawsze będzie podział na Młodych Demokratów i konserwatystów. Prezydent dał mi szansę. Nigdy nie zawiodłam jego wiary. Prezydent był dla wielu osobą, która utwierdzała czy idą w dobrym kierunku. Tego nam brakuje w stowarzyszeniu. Żeby otrzymać o pierwszej w nocy odpowiedź na sms-a, którego wysłało się rano, dobrej rady. Adamowicz nie zawsze był taki otwarty na ludzi.

Gdy gdzieś szliśmy, prezydenta trzeba było pilnować, czasem wszedł do jakiegoś domu na kawę i czekaliśmy na niego. W pewnym mieszkaniu zaproponowano nam ciasto. Mówiłam, że nie, że się spieszymy, ale prezydent powiedział "ale ja mam ochotę na ciasto". Potem czekałam na osobę, która była z nim przez dwie godziny.

Nie tylko potrzebował takich ludzi jak my, żeby pokazać, że ludzie są za nim, ale by się wzmocnić psychicznie. To nie była łatwa decyzja, startować przeciwko swoim przyjaciołom. Wtedy jeszcze nie było wiadomo, kto będzie kandydatem Platformy Obywatelskiej, ale mówiło się o Jarosławie Wałęsie. Oni się znali i może nawet przyjaźnili. Wokół prezydenta zawsze był tłum ludzi, którzy nie dość, że w niego wierzyli, ale niektórzy też bardzo lubili, a niektórzy nawet więcej niż lubili.

13 stycznia byłam w domu. Zadzwonił do mnie chyba Piotr Olejarczyk z Onetu. Powiedział o tej sytuacji i zapytał czy cokolwiek wiem. Dodzwoniłam się do Grzegorza Szczuki (dyrektora Wydziału Rozwoju Społecznego Urzędu Miejskiego), który roztrzęsiony mi to potwierdził. Pojechałam do urzędu. Przyjechał TVN. Powiedziałam, wierząc w to szczerze, że mam nadzieję, że za rok spotkamy się na scenie z prezydentem.

Pojechałam do szpitala, byli radni Mateusz Skarbek, Agnieszka Owczarczak, Piotr Dzik, Teresa Wasilewska. Dopiero gdy przyjechał abp Głódź, poczułam, że jest poważnie. Zaprzyjaźnieni lekarze mówią, że prezydent właściwie umarł na tej scenie, ale jednak lekarze walczyli o jego życie jeszcze pół nocy.

Najtrudniej zaczęło się robić, gdy w telefonie wyświetlać kolejne spotkania, które były umówione. Prezydent był u córek, ja po jego powrocie miałam okazję być z nim na balu charytatywnym na Olszynce, nawet się z nim nie pożegnałam, bo mieliśmy się spotkać w poniedziałek po Orkiestrze.

Do dzisiaj mam w telefonie numer pana prezydenta. Nie jestem w stanie go wykasować. Jest takie piękne słowo, które kiedyś usłyszałam "niepamięć". Ja nie mogę zapomnieć tego okresu kampanii wyborczej i czasami się zastanawiam, czy gdyby jego decyzja była inna, to czy ta sytuacja by nastąpiła. I czy ludzie, którzy tak postępowali wobec prezydenta, nie chodzi o kontrkandydatów, o moich kolegów z Rady Miasta, ale też o całą otoczkę medialną, gdzie telewizja publiczna przechodziła samą siebie, gdzie redaktor Sitek wpadł na uroczystość z udziałem dzieci i ją zdemolował. Dopóki ta niepamięć na mnie nie spłynie, będzie mi trudniej pójść z tym dalej.

Czytaj także

Piotr Borawski, wiceprezydent Gdańska

Poznałem pana prezydenta chyba w 2003 roku, jeszcze jako działacz Młodych Demokratów. Nasza współpraca zaczęła się od momentu, gdy w 2010 roku zostałem radnym.

Najtrudniejszym momentem w 2018 roku była sesja absolutoryjna, kilka dni po ogłoszeniu kandydatury Jarosława Wałęsy. Zdaniem wielu osób mieliśmy zagłosować przeciwko, ja temu stanowczo się sprzeciwiłem. Głosowaliśmy razem i była to nasza wspólna polityka.

W kampanii wyborczej starałem się nie przekraczać granic.

Po wyborach mieliśmy spotkania w wąskich gronach, w cztery oczy, wyjaśniliśmy sobie wiele. Byłem sam bardzo zaskoczony, na pierwsze spotkanie, na które zaprosił mnie, posłanką Agnieszkę Pomaską i przewodniczącą Rady Agnieszkę Owczarczak wprowadził szybko miłą atmosferę. Zaproponował, żebyśmy mówili sobie po imieniu. Patrzyliśmy wspólnie w przyszłość. Byłem szefem kampanii Jarosława Wałęsy. Poróżniliśmy się, ale rok zakończyliśmy w zgodzie.

Bardzo się cieszyłem na współpracę. Rozmawialiśmy jeszcze kilkukrotnie w jego ostatnim tygodniu. Zaproponował mi wtedy, bym zajmował się też komunikacją miejską.

Większość dnia 13.01.2019 r. spędziłem w domu. Następnego dnia miała być nasza konferencja prasowa, na której pan prezydent miał mnie wprowadzić. Zastanawiałem się co powiem.

Pierwszą informację dostałem od znajomych, którzy byli na Targu Węglowym. Ok. 22:00 zadzwoniła do mnie prezydent Dulkiewicz. Chciała żebyśmy rano spotkali się w gronie wiceprezydentów. Powiedziałem, że nie jestem w stanie siedzieć w domu i czekać na informację, pojechałem do szpitala. Przyjechało bardzo dużo ludzi.

Konferencja prasowa w nocy po operacji wlała w nas wszystkich otuchę. Kolejny dzień, kolejne godziny, przyniósł najgorsze informacje. Rozmawialiśmy na korytarzu szpitala z Piotrem Adamowiczem, od południa mieliśmy świadomość, że nie będzie dobrego finału.

Czytaj także

Antoni Pawlak, były doradca i wieloletni rzecznik prezydenta Pawła Adamowicza

Był człowiekiem głęboko wierzącym, a ja głęboko niewierzącym. Zadziałał mechanizm wzajemnej fascynacji innością. Myśmy dogadywali się szybko.

Zawsze słuchał moich argumentów. Ludzie, którzy pełnią tak długo ważne funkcje często nie słuchają argumentów. On się cały czas uczył. Doskonalił swój angielski, uczył się erystyki. Uczył się innych ludzi, takich jak ja, z którymi nie miał wcześniej do czynienia.

Na początku był człowiekiem bardzo nieśmiałym. Sprawiał wrażenie człowieka bardzo zamkniętego, niepotrafiącego wyjść do ludzi. W trakcie ostatniej kampanii wyborczej było widać, że to jest otwarty facet, rozmawiający z ludźmi na ulicach. Kolosalna zmiana. Otwarty, przejrzysty, to było bardzo fajne.

Wieczorem 13 stycznia siedziałem w domu, coś pisałem i nagle zadzwoniła do mnie przyjaciółka z Warszawy. Była w jakimś radiu, chyba w TOK FM, i powiedziała mi, że ktoś potraktował nożem prezydenta Gdańska. Powiedziałem: "Sorry. To nie jest dobry dowcip". Powiedziała, żebym włączył telewizor. Włączyłem TVN 24 i zobaczyłem tę scenę.

Zadzwonił do mnie przyjaciel, z którym pracowałem na początku lat 90. w "Gazecie Wyborczej", obecnie jest redaktorem portalu Oko.press. Powiedział mi, żebym napisał tekst o Adamowiczu (tekst pt. "Jeśli może Ci pomóc modlitwa niewierzącego, to modlę się za Twój powrót" - red.). Najpierw bardzo się ucieszyłem, że nie będę musiał czekać i gapić się w ścianę, tylko będę mógł się czymś zająć. Piszcząc ten tekst starałem się pisać o nim "jest", a nie "był". To mnie jakoś podtrzymywało.

Odebrałem telefon. Usłyszałem spazmatyczny płacz jakiegoś faceta. Dzwonił dziennikarz, nie znałem go, powiedział o śmierci Adamowicza. Niesamowitym przeżyciem dla mnie było pożegnanie na Długim Targu tego samego dnia.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 8

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

A teraz Owsiak się bezczelnie "dopytuje" Ziobry jak to możliwe że morderca się dostał na imprezę. A możliwe panie Owsiak jak się będąc organizatorem nie zgłosiło że będzie to impreza masowa i oszczędzało na ochronie. W swoje piersi się uderz koleżko.

G
Gość

Oczywiście, że to nie tak miało wyglądać. Miało być siódme mieszkanie i 37. konto bankowe. PS. Może w geście hołdu zmieńcie nazwę miasta na Adamowiczów Łapówkarski.

p
pomylił gości
14 stycznia, 8:14, Gość:

Nowy święty się znalazł.

14 stycznia, 9:58, Balbina:

Już jest jeden za życia kulawy szczerbaty !

coś się czepił schetyny

B
Balbina
14 stycznia, 8:14, Gość:

Nowy święty się znalazł.

Już jest jeden za życia kulawy szczerbaty !

G
Gość

Nowy święty się znalazł.

G
Gość

Gdansk to jakis pechowy od ponad 20 lat

G
Gość

Beatko, niektórych przeżyć i spraw się nie sprzedaje. Po prostu. Nie o wszystkim należy mówić. Dlaczego tak się zmieniłaś?

J
J.K.

Antek pozdrów Edwina Myszka !

Dodaj ogłoszenie