To bardziej Wajda rozsławia Gdańsk niż Gdańsk rozsławia Wajdę

Ryszarda Wojciechowska
Przemyslaw Swiderski
Jest jednym z trzech reżyserów, którzy filmowo upodobali sobie to miasto, tu też debiutował jako reżyser teatralny, Andrzej Wajda został w czwartek Honorowym Obywatelem Gdańska.

Dla jednych Andrzej Wajda jest narodowym symbolem. Dla innych tylko człowiekiem z... politycznym kontekstem, który stanął po niewłaściwej stronie. Ten podział uwidocznił się podczas sporu związanego z nadaniem artyście tytułu Honorowego Obywatela Gdańska. I mimo że nie ma drugiego polskiego reżysera tak utytułowanego i tak artystycznie związanego z Gdańskiem, to dla radnych Prawa i Sprawiedliwości nie był on godzien tego obywatelstwa.

O dziwo, recenzenci z PiS nie tylko mówili o kontekście politycznym, ale też komentowali artystyczne dokonania Wajdy. Rolę czołowej recenzentki filmowej przyjęła na siebie radna Anna Kołakowska, która autorytatywnie stwierdziła, że z jej punktu widzenia Wajda stworzył cały szereg filmów obrzydliwych. Jako przykłady tej obrzydliwości wymieniła „Kanał”, „Popiół i diament”, gdzie, jak stwierdziła, „w końcowej scenie żołnierz kończy na śmietniku i ten śmietnik jednoznacznie kojarzy się ze śmietnikiem historii” oraz film „Wałęsa. Człowiek z nadziei”. W kuluarowych rozmowach krążyły nawet takie zarzuty, że „Kanał” dlatego jest złym filmem, ponieważ nie ma... happy endu i pokazuje na końcu bohaterów za... kratami.

W tej całej politycznej gorączce przeciwnicy nadania Wajdzie tytułu nie zadali sobie trudu, żeby odpowiedzieć na pytanie, jak bardzo Wajda jest gdański. A przecież gdańską kartę w swojej biografii ma wyjątkowo mocną. I są na to dowody.

Profesor Jan Ciechowicz - teatrolog i literaturoznawca, przed dziesięcioma laty wystąpił w roli recenzenta dorobku Andrzeja Wajdy w związku z nadaniem reżyserowi tytułu doctora honoris causa Uniwersytetu Gdańskiego. Wspomina, że tamta uroczystość miała bardzo elegancki wymiar. Nie było żadnych sporów. A na spotkanie z mistrzem, któremu towarzyszyli jego ulubieni aktorzy Krystyna Janda i Jerzy Radziwiłowicz, przyszło tak wielu studentów, że wielka aula uniwersytetu pękała w szwach.

On sam nie ma wątpliwości, że Wajda jest bardzo związany z Trójmiastem i Gdańskiem. Przypomina jego debiut reżyserski na gdyńskiej scenie gdańskiego Teatru „Wybrzeże” w 1959 roku. Za namową oraz na zlecenie dyrektora teatru Zygmunta Hübnera Wajda wyreżyserował „Kapelusz pełen deszczu”. W głównej roli obsadził Zbigniewa Cybulskiego. Ten spektakl stał się wówczas największym szlagierem teatralnym. Przedstawienie wystawiano 135 razy, w tym 37 spektakli pokazano poza Trójmiastem, w różnych miastach Polski. Pisano wtedy, że to kapelusz pełen Wajdy, pełen Cybulskiego i pełen talentu. Jak Wajdzie udało się odnieść tak ogromny sukces w teatrze już przy debiucie? Zdaniem profesora, wielka popularność tamtego przedstawienia brała się także stąd, że Polacy chcieli oglądać Zbigniewa Cybulskiego, którzy był świeżo po sukcesie „Popiołu i diamentu”. Każdy chciał obejrzeć na żywo swojego idola, polskiego Jamesa Deana.

Rok później Wajda wystawił w Gdańsku „Hamleta”. Była to jego pierwsza z czterech inscenizacji tego dramatu. Ale wbrew wielu oczekiwaniom, nie obsadził jednak Cybulskiego, tylko Edmunda Fettinga w tytułowej roli. Swoją decyzję tłumaczył obawami, że Cybulski nie nauczy się roli, że będzie się spóźniał na próby, jak to miał w zwyczaju. Ale po latach żałował, że nie dał mu tej szansy. I w 1977 roku tak o tym mówił: - Gdybym wówczas wiedział to, co wiem dzisiaj, skreśliłbym „Hamleta” do dziesięciu zdań, przerobił wszystko, ponieważ on (Cybulski) w tej roli byłby bez porównania ciekawszy niż cały „Hamlet” zrobiony tak, jak wystawiłem go po raz pierwszy w teatrze w Gdańsku.

Ale to rok 1980 był dla Wajdy takim kamieniem milowym w Gdańsku. We wrześniu rozpoczął próby do „Sprawy Dantona” Stanisławy Przybyszewskiej, dramatu o rewolucji, napisanego w międzywojennym Gdańsku. Ostatecznie spektakl pokazano w jego inscenizacji, chociaż reżyserem był Maciej Karpiński. Wystawiono go w Wielkim Młynie, przy ulicy Rajskiej. Próby trwały zaledwie kilka tygodni, bo sami aktorzy mocno parli do premiery. Proponowali próby nawet po godzinach, dniem i nocą, bez wynagrodzenia. Ostatecznie „Sprawa Dantona” miała premierę 9 listopada 1980 roku, została zaaranżowana niejako w sercu Solidarności, w czasie kipiącym od nadziei i emocji. Nad wejściem do Wielkiego Młyna zawieszono dwie sekwencje z dramatu Przybyszewskiej, brzmiące jak memento. Z jednej strony słowa Dantona, który mówił do Robespierre’a: „Trzeba udostępnić rewolucję” , z drugiej Robespierre’a, który mu odpowiadał: „Pan mówi udostępnić rewolucję. Ja to nazywam - zdradzić ją”. Wewnątrz Wielkiego Młyna było jeszcze bardziej gorąco. Na surowych murach wisiały ogromne zdjęcia ze strajków stoczniowych. Na widowni, zakomponowanej tak, że przypominała sąd, zasiedli widzowie, którzy mieli być paryskim ludem z czasów Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Smaczku dodawał fakt, że wielu z nich miało znaczki Solidarności w klapach. Wśród nich byli też Lech Wałęsa i Anna Walentynowicz. Nikt nie miał wątpliwości, że jest świadkiem wielkiego wydarzenia, nie tylko artystycznego.

Wajda właściwie nie wyjeżdżał wówczas z Trójmiasta. We wrześniu 1980 roku, na VII Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych, który jeszcze wtedy odbywał się w Gdańsku, jako prezes Stowarzyszenia Filmowców Polskich przekonywał, że pierwszym obowiązkiem artysty jest mówienie prawdy.

Właściwie jego „Człowiek z żelaza”, pokazany w 1981 roku, został niejako „zamówiony” przez jednego ze strajkujących stoczniowców, który podczas sierpniowych strajków prowadził Wajdę od bramy stoczniowej do legendarnej już Sali BHP.

Bardzo się spieszył z tym filmem. Chciał go zrobić „na wczoraj”. Jakby przeczuwał, że jutro może być za późno. To w „Człowieku z żelaza” zagrał przede wszystkim Gdańsk, ale też Gdynia, gdzie „Janek Wiśniewski padł”, jak śpiewa z offu Krystyna Janda, grająca żonę głównego bohatera.

Filmoznawca profesor Krzysztof Kornacki zapowiada na początku rozmowy, że nie chce się wpisywać w ten spór polityczny, jaki się toczył wokół samego nadania tytułu. Ale uważa, że Andrzej Wajda zrealizował kilka filmów, które można nazwać gdańskimi. I to trzeba mu oddać.

Zwraca uwagę na scenę finałową „Człowieka z marmuru” (1976 rok), którą reżyser umiejscowił przed bramą nr 3 stoczni gdańskiej. Jest w niej sporo wizjonerstwa.

- W pierwotnym scenariuszu, napisanym kilkanaście lat wcześniej przez Aleksandra Ścibora-Rylskiego, nie było takiego zakończenia. To Wajda miał przeczucie, że to, co ważnego dzieje się w najnowszej historii Polski, rozegra się właśnie tu, na Wybrzeżu, a właściwie w stoczni gdańskiej. Jakby antycypował to, co zdarzy się za kilka lat w sierpniu 1980 roku - tłumaczy Kornacki. - A potem Wajda nakręcił „Człowieka z żelaza”. I niezależnie od tego jak się ocenia jego twórczość, ten film stał się takim gdańskim mitem, podobnie jak Solidarność i Sierpień 80 roku. Zrekonstruował na ekranie tamte wydarzenia w ciągu kilku miesięcy i zdążył to jeszcze pokazać. Tak więc „Człowiek z żelaza” stał się wizytówką niepokornego Gdańska.

Krzysztof Kornacki przypomina, że Andrzej Wajda angażował się mocno w przygotowanie filmu „Robotnicy ’80”. Jako szef Stowarzyszenia Filmowców Polskich podjął decyzję, żeby do Gdańska wysłać ekipę dokumentalistów z Andrzejem Chodakowskim i Andrzejem Zajączkowskim. „Robotnicy ’80” to także film, który podtrzymuje legendę Gdańska jako miasta niepokornego. Wajda reżyserował też uroczystość odsłonięcia pomnika Poległych Stoczniowców, podczas której jeden z jego ulubionych aktorów, Daniel Olbrychski, odczytywał Apel Poległych. A na rocznicę 25-lecia Solidarności zainicjował realizację filmu składającego się z kilkunastu etiud polskich filmowców, pt. „Solidarność, Solidarność”.

- Jest jednym z trzech reżyserów, którzy filmowo upodobali sobie Gdańsk, obok Stanisława Różewicza, który nakręcił „Wolne miasto” i „Westerplatte”, oraz Volkera Schlöndorffa, reżyserem „Blaszanego bębenka”, który po latach wrócił do Gdańska, żeby zrealizować film „Strajk” - podsumowuje Krzysztof Kornacki.

Z Trójmiastem Andrzej Wajda był także mocno związany przez Festiwal Polskich Filmów Fabularnych. Na drugim festiwalu, w 1975 roku, odebrał Gdańskie Lwy za „Ziemię obiecaną”, a w 1978 za film „Bez znieczulenia”. Pytany przeze mnie, który z festiwali był dla niego najbardziej pamiętny, odparł, że ten z „Człowiekiem z marmuru”. Nie dostał wówczas Gdańskich Lwów. - Wtedy okazało się, że środowisko krytyków filmowych, o których mówiono, że sprzedaliby matkę i ojca za to, żeby publikować, stanęło na wysokości zadania. I kiedy zbojkotowano mnie przy nagrodach, oni ufundowali mi własną. Wręczyli cegłę i kilkadziesiąt podpisów. Cegłę ma Jurek Radziwiłowicz, a ja sobie zostawiłem te podpisy krytyków i dziennikarzy - wspominał.

Nie tylko sam był oceniany, ale też oceniał na tym festiwalu. W 1995 roku, jako przewodniczący festiwalowego jury, był krytykowany za Lwy dla filmu Juliusza Machulskiego „Girl Guide”, słabego artystycznie, ale z Pawłem Kukizem w głównej roli.

Inny wątek gdański Wajdy to jego honorowy patronat nad Teatrem Szekspirowskim. Temu projektowi towarzyszył od samego początku i mocno się udzielał.

Sam Andrzej Wajda nigdy nie krył sentymentu do Trójmiasta. Przed laty, odbierając tytuł doctora honoris causa UG, opowiadał, że po raz pierwszy zobaczył morze i Gdańsk w sierpniu 1939 roku. Wtedy przygnębiające wrażenie zrobiły na nim swastyki na flagach miasta. Z tamtych wakacji zachowała się jeszcze plastikowa broszka w kształcie mewy, którą podarował mamie.

To w Trójmieście - przyznawał Wajda - wpadł na pomysł, żeby malarstwo porzucić dla reżyserii. Żartował, że wtedy deszcz zdecydował o jego życiu.

- Był rok 1949. Pewnego letniego wieczoru w Sopocie powiedziałem sobie: jeśli jutro będzie padać, jadę do Łodzi, żeby zdawać do szkoły filmowej. Następnego dnia padało. Wsiadłem do pociągu i pojechałem. Co prawda już w okolicach Tczewa zaczęło świecić słońce, ale nie wysiadłem.

Teraz wrócił jako honorowy obywatel.

[email protected]

Wideo

Komentarze 6

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

d
dino

Wajda to jest stalinowiec ktory falszuje historie narodu dla swoch poplecznikow w swoich filmach......

G
Gość

Nie matura lecz chec szczera zrobi z ciebie rezysera. Zdeklarowany pederasta- Andrzejewski splodzil ksiazke na podstawie ubeckich akt i na ubeckie zamowienie a dyzurny filmowiec PZPR Wajda tworczo ukazal smietnik historii opozycji. Nastepne "dzielo" na polityczne zamowienie to film o Bolku. Metny facet a po Gdansku to chyba tylko kanalami chodzil.

L
Lania

Takich w Gdańsku widzieliśmy wielu ale niewielu poparło PO.

J
Jak to widać ?

Pozostaje jeszcze jedna ważna postać, postać rotmistrza Witolda Pileckiego! ten, kto podejmie się stworzenia obrazu (nie musi być to jedna osoba i jeden obraz, mogą to być różne obrazy) da świadectwo o swej osobowości. Takie wyzwanie stoi również przed panem Andrzejem Wajdą. To byłaby jego osobista decyzja. Czy podjąłby się takiego zadania ? N.B.; Byłoby to bolesne dla niego wyzwanie, to pewne!

T
Tak to widzę

Dla jednych Andrzej Wajda jest narodowym symbolem. Dla innych tylko człowiekiem z... politycznym kontekstem,... (cytat)
Komentarz: Aby nie zagubić się w gąszczu słów, trzeba dodać że człowiekiem-symbolem nadziei pozostał pan Lech Wałęsa. Pan Andrzej Wajda był i jest człowiekiem o "liberalnych poglądach". Pan Andrzej Wajda byl zawsze związany ze środowiskami "obrzeżowymi" w Polsce. Nawet pan rotmistrz Karkoszka nie był wobec niego "otwarty". Faktem jest: Zaszczyt dla Gdańska, i vice versa.

l
lika

Pan Andrzej Wajda nie potrzebuje rozsławienia przez Radę Miasta Gdańska, SŁAWIĄ GO JEGO DZIEŁA FILMOWE.

Dodaj ogłoszenie