Tak się Zaczęła Era Rocka

RedakcjaZaktualizowano 
Mniejsza o akt zapłodnienia, zobaczmy, co wyszło z tej ciąży - mówi Franciszek Walicki, odpytywany przez Dariusza Szretera na okoliczność 50 rocznicy powstania pierwszego rock'n'rollowego zespołu w Polsce

Ojciec chrzestny polskiego rocka ma dziś 89 lat i prawie nie opuszcza swojego mieszkania w centrum Gdyni. Jeszcze do niedawna wiceprezydentowi Sopotu Wojciechowi Fułkowi udawało się od czasu do czasu wyciągnąć go na mecze koszykarzy Prokomu Trefla (Walicki w młodości sam uprawiał tę dyscyplinę), ale teraz niechętnie rusza się z domu. Przez okno saloniku, w którym mnie przyjmuje, widać dach domu handlowego Batory. Gospodarz pokazuje stos leków na półce.
- Codziennie muszę łykać po 20 pastylek, żeby jeszcze jakoś się ruszać - mówi.

Wychowany na Foggu

O swoim długim i barwnym życiu napisał książkę "Szukaj, burz, buduj". A jest o czym pisać - nie tylko ze względu na rozpoczętą przed, bagatela, półwiekiem rockową przygodę mojego rozmówcy. Urodzony w Wilnie, absolwent eksperymentalnej prywatnej szkoły ogólnokształcącej w Rydzynie, zwanej polskim Eton, przed wojną zdążył jeszcze zdać egzamin do Wyższej Szkoły Morskiej i odbyć rejs szkoleniowy na Karaiby na "Darze Pomorza". Wśród jego opiekunów był m.in. kpt. Karol Olgierd Borchardt oraz lekarz, podróżnik i religioznawca, dr Wacław Korabiewicz.

Pierwsze lata wojny Walicki spędził we wcielonym do sowieckiej Litwy Wilnie. W tym czasie ożenił się po raz pierwszy, a ponieważ jego żona była Żydówką, więc po wkroczeniu nazistów w myśl ustaw norymberskich, uznany został także za Żyda. Ukrywał się na Podhalu. Ujęty z fałszywymi papierami, trafił do obozu. Po wojnie, wcielony do Marynarki Wojennej, redagował "Przegląd Morski". Jego mentorem był komandor Stanisław Mieszkowski, obrońca Wybrzeża z 1939 r., w 1950 r. aresztowany z grupą oficerów pod fałszywym zarzutem szpiegostwa, w 1952 r. skazany na śmierć i stracony.

Sprawie tego procesu Walicki, po upadku stalinizmu, poświęci artykuł "Miecz i prawo".
Po wyjściu z wojska Walicki związał się z "Głosem Wybrzeża", gdzie m.in. kierował działem kultury, a także redagował sobotnio-niedzielne wydanie magazynowe. Kiedy w sierpniu 1956 r. zorganizowano w Sopocie pierwszy ogólnopolski festiwal jazzowy, Walicki znalazł się w honorowym komitecie organizacyjnym.
- Ja należę do pokolenia wychowanego na "Tangu Milonga", "Ostatniej niedzieli", Mieczysławie Foggu, czy z wykonawców zagranicznych, powiedzmy Marlenie Dietrich - tłumaczy. - Jazzem zainteresował mnie Leopold Tyrmand, z którym zaprzyjaźniliśmy się jeszcze w Wilnie, w 1939 r.
Jak jednak podkreśla, bardziej od samej muzyki interesowała go otoczka towarzysząca tej, już nie zakazanej, ale wciąż podejrzliwie przyjmowanej przez władze muzyce.

Określający siebie samego jako człowieka o lewicowych poglądach, nie mógł się pogodzić z konserwatyzmem działaczy partyjnych, potępiających jazz. Przecież on zrodził się z bólu, poniżenia i protestu ludzi ubogich i wyzyskiwanych! - przekonywał. A oni na to, że Walickiego trzeba usunąć z redakcji partyjnego dziennika, bo ma fałszywy pogląd nie tylko na jazz, a także... stroje dziewcząt na festiwalu.

Przekraczamy granicę

Na kolejnym festiwalu wśród zagranicznych gości pojawił się wokalista Bill Ramsey, który zaśpiewał wiązankę utworów rock'n'rollowych, doprowadzając do ekstazy wielotysięczną publiczność na stadionie gdańskiej Lechii.
- Nagle jazz wydał mi się mdłą papką - wspomina Walicki. - Zrozumiałem, że odtąd chcę się zajmować właśnie tym. Zresztą Tyrmand, do dziś uchodzący za guru polskiego jazzu, przeszedł podobną ewolucję. Pamiętam, jak kiedyś przyszedł do mnie z pierwszą płytą Rolling Stonesów i powiedział: posłuchaj tego, przy tym jazz jest nudny.

Walicki skrupulatnie gromadził wszelkie dostępne materiały dotyczące rock and rolla: nagrania, informacje, zdjęcia. Co dwa tygodnie prowadził na ten temat pogadanki w klubie Rudy Kot. Stary magnetofon i zużyty epidiaskop pozwalały na audio-wizualne dopełnienie prelekcji. Tam wypatrzyła go grupa młodych muzyków z zespołu rozrywkowego Marynarki Wojennej.
- Chcemy grać rock and rolla - zameldowali redaktorowi.
- Świetnie - ucieszył się.

I tak, równo pół wieku temu, powstał zespół Rythm and Blues.
Zagadnięty o ich pierwszy koncert, 24 marca 1959 r., Franciszek Walicki początkowo próbuje wymigać się od odpowiedzi.
- Wolałbym nie mówić o samym akcie zapłodnienia, ale o tym, co potem z tej ciąży wyszło, o tym wszystkim, co działo się na przestrzeni tych 50 lat, które potem nastąpiły.
Ostatecznie jednak ulega.
- Było chłodne marcowe popołudnie, sala Rudego Kota nabita do granic możliwości, na scenie tych pięciu chłopaków z zespołu Marynarki Wojennej, wciąż mających niewielkie pojęcie o rock'n'rollu i między nimi ja, zapowiadający ten koncert. Niech pan napisze tak: Ten dzień zmienił moje życie. Byłem dziennikarzem gazety partyjnej, zajmowałem się sprawami kultury i młodzieży. I od tej chwili wszystko, co mnie dotąd otaczało, przestało mnie interesować, jakby nagle fiknęło kozła.
- Czy zdawaliście sobie sprawę, że zmieniacie oblicze polskiej muzyki rozrywkowej?
- Wtedy jeszcze nie. Dopiero jak się zaczął nasz objazd Polski, koncerty w największych halach sportowych: Łodzi, Warszawy, Wrocławia, Poznania. Tam poczułem siłę tego zjawiska, to że przekraczamy jakąś granicę.

Podobne wrażenie musiał odnieść towarzysz Edward Gierek, wówczas sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Katowicach. Następnego dnia po koncercie Rythm and Bluesa w tym mieście Walicki i kierownik organizacyjny trasy zostali wezwani do niego na dywanik i dowiedzieli się, że Śląska młodzież nie potrzebuje takiej zdegenerowanej muzyki i że był to ich ostatni koncert. Faktycznie, nagle drzwi sal koncertowych zaczęły się przed nimi zamykać i - po ledwie sześciu miesiącach istnienia, mając na koncie 37 występów i nie pozostawiwszy po sobie ani jednego nagrania, pierwszy polski zespół rock'n'rollowy przeszedł do historii.

Sprzeciw napędza i dodaje sił

Widzimisię sekretarzy partyjnych, decydujących czego chce, a czego nie chce polska młodzież to nie jedyny absurd, z jakim zmagał się ówczesny polski show-biznes. Czerwono-Czarnym, kolejnemu zespołowi wypromowanemu przez Walickiego, wymówiono angaż w warszawskiej kawiarni Kongresowa, gdzie przygrywali do tańca, z powodu... zbyt dużej frekwencji. W "uspołecznionej" gastronomii dużo klientów - oznaczało więcej pracy, czyli było nieopłacalne. Nieżyciowe były tzw. stawki dla muzyków, ustalone administracyjnie i wypłacane "sztywno", niezależnie od liczby sprzedanych biletów.
- W redakcji "Głosu" podejrzewano mnie, że robię niezłe interesy na tym całym rock'n'rollu - wspomina Walicki. - Tymczasem ówczesny taryfikator Ministerstwa Kultury w ogóle nie przewidywał takiej roli jak menedżer czy impresario, więc ja, za te wszystkie koncerty, dostawałem na początku takie same stawki, jak byle osiłek ustawiający aparaturę na scenie.
Co zatem pchało statecznego redaktora ku młodocianym "szarpidrutom"?

- Interesowała mnie nie tyle sama muzyka, która, szczególnie we wczesnych latach 60., była bardzo prosta, ale podłoże tego wszystkiego. To, jak rock działa na młodzież, a także to, że u niektórych budziło to taki sprzeciw. Kto wie, czy głównym motorem sprawczym mojego zaangażowania nie był właśnie ten opór władz?

Sposobem na przełamanie, a raczej obejście tego oporu, który zniszczył Rythm and Bluesa, była zmiana nazwy grupy na Czerwono-Czarni, a kiedy to nie wystarczyło, także zmiana jego składu. O tym zespole, który szybko zrezygnował z jego usług menedżerskich, Walicki mówi jednak z pewną dezaprobatą, jako wykonawcy odpłynął w stronę muzyki pop, podobnie jak Czerwone Gitary.
- Ja byłem zdecydowanym rock'n'rollowcem - deklaruje. - Rock to muzyka balansująca między kiczem a sztuką, prostą czynnością rozbawienia, zabawy, a niewymuszoną potrzebą powiedzenia czegoś ważnego dla wykonawcy i dla odbiorcy. Zmuszenia do pewnego intelektualnego wysiłku.
Jest za to dumny ze swoich kolejnych podopiecznych: Niebiesko-Czarnych, kierowanych przez gitarzystę Janusza Popławskiego, z całą plejadą solistów, wśród których był m.in. Niemen, Korda, Rusowicz, Majdaniec i Klenczon, potem Break Out i wreszcie SBB. Szczególnie komplementuje lidera tej ostatniej grupy. - Niemen uważany jest za postać numer jeden w dziejach polskiego rocka. Mnie się wydaje, że Józef Skrzek to postać przynajmniej równorzędna.

Franciszek Walicki został więc "Ojcem Chrzestnym" polskiego rocka. Przez dwie następne dekady kompletował składy zespołów, wymyślał im nazwy (np. Czerwone Gitary; choć pod tym względem bardziej zasłużyła się pani Walicka, która zasugerowała Czesławowi Wydrzyckiemu zmianę nazwiska na Niemen), pisał teksty pod pseudonimem Jacek Grań, pomagał wybierać repertuar, a nawet muzyczny styl (z bigbitowego Black Out, zrobił hard rockowy Break Out, a pod koniec lat 70. "na nowo wymyślił" Urszulę Sipińską jako wokalistkę country), organizował zagraniczne wyjazdy. Był także inicjatorem powstania sopockiego Non Stopu, pierwszej w Polsce dyskoteki - Musicorama i poświęconej rockowi gazety, pod tym samym tytułem.

Tylko bębny i bas

Walicki w momencie, gdy zajął się promowaniem rocka, miał około czterdziestki. Jego podopieczni byli mniej więcej o połowę młodsi. Rock'n'roll, wiadomo, idzie w parze, a raczej w trójcy z używkami i seksem. Czy musiał też pełnić rolę wychowawcy?
Walicki unika odpowiedzi wprost.

- Miałem to szczęście, że pracowałem niemal wyłącznie z muzykami naprawdę zdyscyplinowanymi i odpowiedzialnymi. Artystami, którzy byli ulepieni ze szczególnego gatunku gliny, takiego który pod wpływem czasu, a niekiedy i ludzkiej zawiści, nie zamieniał się w piasek, ale w granit.
Pewnym paradoksem jest to, że starszy o pokolenie Walicki przeżył tak wielu z nich. Kiedy dochodzimy do tego tematu, gospodarz wyjmuje kartkę, na której przygotował sobie zawczasu odpowiedni tekst:

- Zegarmistrz światła purpurowy zajrzał do jurajskiego parku polskiego rocka i wybrał najlepszych: Bogusława Wyrobka, Krzysztofa Klenczona, Wojtka Skowrońskiego, Przemka Gwoździowskiego, Zbyszka Podgajnego, Adę Rusowicz, Helenę Majdaniec, Janusza Popławskiego, Mirę Kubasińską, Tadeusza Nalepę, Ryszarda Riedela, Grzegorza Ciechowskiego i tego, którego ceniliśmy najbardziej - Czesława Niemena. Im właśnie powinien być poświęcony ten rocznicowy artykuł.
Wymienia też tych, z którymi bezpośrednio nie pracował, którzy przyszli później, a których niezmiernie ceni: Perfect z Hołdysem i ich tekściarz, Bogdan Olewicz, Lech Janerka, Ryszard Riedel z Dżemem, Kazik Staszewski i Kult.

- Od jakiegoś czasu żyłem w przekonaniu, że rock wchodzi w jesień życia, traci ten rozpęd, który kiedyś miał. Odchodzi, jak odszedł barok, romantyzm. Wymiera jak miś panda, i jeszcze tylko kilka tych pięknych misiów się szwenda po świecie. Hołdys kilka lat temu powiedział w jakimś wywiadzie, że gitara elektryczna wkrótce odejdzie w niepamięć, zostanie sam rytm, bębny i bas, i my będziemy to uwielbiać. No i doczekałem tych czasów. Młodzież uwielbia właśnie taką muzykę.
- A gdyby pojawił się tu jakiś młody, zdolny, prosząc pana o radę, co by pan mu powiedział?
- Prawdopodobnie bym mu tym mocno zaszkodził, ale doradziłbym, żeby wrócił do brzmienia lat 50. i tamtych piosenek.
- To chyba Amy Winehouse już tu była jakiś czas temu, bo jej sukces oparty jest właśnie o tę receptę.

W odpowiedzi Franciszek Walicki uśmiecha się i wykonuje nieokreślony ruch głową, jakby chciał powiedzieć: a nie mówiłem? "Ojciec Chrzestny", z dziewiątym krzyżykiem na karku, wciąż trzyma rękę na pulsie rocka.

polecane: FLESZ: Niebawem zmiana czasu, jedna z ostatnich

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 1

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

K
Kazik Pacyno

...za wszystko co Pan i pańscy podopieczni muzycy zrobiliście dla mojego pokolenia w 60tych i 70tych. W jakiejś części Wasza to zasługa, że jestem taki jaki jestem.

Dodaj ogłoszenie