reklama

Tadeusz Jabłoński (Paweł Dzianisz): Dziennikarstwo psieje przez takie narzędzia jak internet

RedakcjaZaktualizowano 
Tadeusz Jabłoński (Paweł Dzianisz)
Tadeusz Jabłoński (Paweł Dzianisz) Przemek Świderski
O potrzebie cierpliwości i o tym, że za bardzo liczymy czas, mówi nestor gdańskiego dziennikarstwa, Tadeusz Jabłoński (Paweł Dzianisz), z którym - z okazji jubileuszu 90-lecia - rozmawia Tadeusz Skutnik.

Możemy rozmawiać nawet o pogodzie. Z kimś, kto względnie pogo-dnie przeżył szmat XX wieku i dziesiątek XXI w dobrej kondycji fizycznej i umysłowej...

Kto żyje od jakiegoś czasu na kredyt, jakiś dziw natury, zabytek klasy zerowej itp.
Kolega! Starszy kolega, nauczyciel, mistrz, u którego wiele można się nauczyć.
Dziękuję, ale dosyć tych duserów. Co cię gnębi, a może czego chciałbyś się nauczyć? Tylko nie pytaj mnie, jak dożyć sędziwego wieku, bo na to nie odpowiem.

Powiadasz, że wartości mają byt obiektywny, a do tego nie wypalają się jak świece?
Myślę, że tak jest rzeczywiście, na tym m.in. polega chrześcijaństwo. To, co my czerpiemy z przeszłości i nazywamy wartościami, to właściwie Ewangelia jest, Dekalog i to się nie zmienia. Zmienia się w tym sensie, że ludzkość ulega powoli deprawacji. Nie wiemy, co nam zostanie po tym zakręcie cywilizacyjnym i moralnym, na którym obecnie się znajdujemy, z tego, co uznajemy za pierwotne znaczenie wartości. Ale jak ktoś prawdziwie szuka, to sięgnie tam. Owszem Kościół jest obecnie w defensywie, co mnie martwi, ustępuje przed zmianą obyczajów, przed tzw. postępem cywilizacyjnym i kulturowym.

Ba, jest poganiany, że ustępuje za wolno!
Przez kogo poganiany, na miły Bóg! Przez niedowiarków. A ja myślę kategoriami Kościoła katolickiego, w którym zostałem wychowany i nie zamierzam odstępować. Zresztą za późno.

Jeśli ludzkość się degeneruje, powoli, ale jednak, można zapytać, na jak długo jeszcze wystarczy paliwa wartości? Na lata, wieki? Bo jeśli ludzkość degeneruje się np. od czasów biblijnych albo od 10 tysięcy lat - po wartościach nie powinno być śladu. A jednak są, mają się dobrze, jak mówisz.
Za bardzo liczymy czas. Z zegarem, z kalendarzem w ręku. Człowiek ma dany czas wartości chwili. Z jego perspektywy może to być i milion lat. Ale cała historia człowieka, który dźwignął się na dwie łapy, nie ma żadnego znaczenia z perspektywy kosmicznej. Np. wielkiego wybuchu. Skąd się wziął, dlaczego, dokąd? Tymi pytaniami można się zadręczyć.

Zatem nie zadręczajmy się.
Nie tak jest, że człowiek ma dużo czasu. I żeby nie wiedział co z nim zrobić. Nawet jeśli często musi rozmawiać, jak ja, tylko ze ścianami, bo nie ma z kim. Wszystko idzie mu wolniej, ślimaczy się. Nie ma się co denerwować na niedostatki sprawności fizycznej. Mam kłopoty z oczami... i przez ten czas emerycki, jeżeli myśleliśmy lekkomyślnie, że napisanie książki to pewien dorobek...

Niemal trzydziestu jednak to jest pewien dorobek. Jak nań patrzysz, okiem wewnętrznym, skoro fizykalnie widzisz gorzej?
Tak naprawdę to powiedziałbym "Życie jest snem". Jak barokowa komedia Pedro Calderóna de la Barki, pełna pomysłowości apologia pielęgnowania cnót. Gorzej: czasami biorę książkę do ręki, czytam parę zdań i pytam się: czyś ty to mógł naprawdę napisać?
Gdyby stworzyć jednak słownik wartości, jakie znalazłyby się w twoim, osobistym?
Nie musimy kusić się i stwarzać. One istnieją: cnoty kanoniczne. Cierpliwość, pracowitość, cnoty te zostały wypowiedziane. Mocno musiałbyś się nagłowić, żeby wymyślić coś nowego.

Każdy jednak ma swój własny słownik wartości. Za które da sobie rękę uciąć, jak będzie trzeba. O innych mówi: owszem, potrzebne, ale ręki za to nie dam, już nie mówiąc o głowie.
No więc taką wartością jest dla mnie cierpliwość. A jeśli jakaś prawdziwa wartość komuś nie odpowiada, to tego człowieka powinna przejmować trwoga. Immanuel Kant powiedział, co się często cytuje, "Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie". Nie cytuje się dalszego ciągu: "Są to dla mnie dowody na to, że Bóg nade mną, i Bóg we mnie". Bóg został wykasowany.

Zgadza się. Cytujemy najładniejsze, najłatwiej przyswajalne myśli, bez oglądania się na ich następstwa.
Grozi nam, jak ludzkości, cytatologia. Cytat goni cytat, podczas gdy myśli własnej ani śladu. Czasem warto całe życie poświęcić, aby dopracować się jednej myśli własnej. Własnej! Nie ściągniętej od kogoś. Literatura, muzyka, często polegają na pisaniu wariacji na temat tego, co już znamy.

Zwariować można.
Albo informacja o tym, co się dzieje w świecie. Biały człowiek jest tak arogancki, że nie interesuje go, co się np. dzieje w Chinach, chyba że się tam wydarzy jakaś katastrofa. Tylko katastrofa przyciąga naszą arogancką uwagę. Biadał nad tym rozsądnie Ryszard Kapuściński, który odkrywał nam tajemnice świata. A znasz jego wiersze? Np. "Pustynię Tatarów"?

Tam został tylko wiór i badyl/pożółkła trawa suchy krzak/spękana ziemia puste studnie/kamienia stosy zimny wiatr/tam został tylko gnat i rupieć/i pleśń i kurz i liszaj rdzy/i cisza... Czy myślisz, że dzisiejsze dziennikarstwo tego rodzaju zanika, staje się właśnie "pustynią Tatarów"?
Niestety, myślę czasami, że dziennikarstwo psieje, np. przez nowe narzędzia, takie jak internet. Dla jednych błogosławieństwo, dla innych przekleństwo. Nie trzeba samemu nic wiedzieć. Wikipedia czy coś podobnego. I właśnie brak myśli własnej można ukryć, zacytować żywcem itp.

Ta wiedza może być ułomna. Przykład: pochowano dziś prochy Marka Edelmana. Można przydać mu tytuł strażnika wartości. I popatrz: raz mu się - przez ten internet chyba - przydaje, raz odbiera lata życia. Raz miał żyć 87, to znów 89, a nawet 90 lat. Czyż nie wstyd to, tak "cytować"?

Właśnie, rodzaj głuchego telefonu. Różnica pomiędzy "wiedzą wyjściową" a "wiedzą, która doszła" może być kolosalna. Trzeba wierzyć, że ci, którzy sprawują piękną misję dziennikarską, sprawują ją z najlepszym zaangażowaniem i skrupulatnością. Grożą wam jednak różne pokusy, w tym właśnie wiedzy-niewiedzy, ułomnej, niezakotwiczającej się w umyśle.

Przelatującej jak woda przez dżdżownicę. Mówisz pięknie o "misji dziennikarskiej", czyżbyś w nią wciąż wierzył?
Od najmłodszych lat marzyłem, że będę dziennikarzem.

Nie poetą?

Nie poetą. Poetą się bywa. Dziennikarzem. Dla mnie było to związane z odkrywaniem świata. Dziś mnie zdumiewa ogromny pęd do dziennikarstwa. Powinien przyciągać najlepszych młodych ludzi. Powinno błyszczeć. Tymczasem najczęściej jest waleniem w tarabany.

Przykład poproszę.
Nie znasz takich publicystów, którym na słowo "Kaczyńscy" włosy stają dęba na głowie?

Znam, ale nie chcemy mówić o politykach.
Politycy, publicyści... tacy, co oblekają myśli w słowa na użytek publiczny, są bliscy sobie. Czyha na wszystkich zło. Zło jest ponętne. Samo się narzuca. Dobro natomiast wymaga wysiłku. Dlatego jest mniej atrakcyjne. Ale tylko ono warte jest zachodu. Chociaż podobno zła, krwi domaga się odbiorca. A może mu się całe to szambo narzuca, wrzuca się go w szambo i jeszcze mówi, że on tego chce, on to lubi, przepada za tym!

No przecież tabloidy mają się lepiej od gazet poważnych.
Obecnie. Takie są skutki błyskawicznego w ludzkiej skali psienia dziennikarstwa, o którym wspomniałem. Ja nie wierzę, że to jedyna droga. Wierzę w jego misję.

Dziękuję za te parę myśli, przestróg, panie "misjonarzu"!
Chwileczkę. Jeśli można, proszę o zacytowanie mojego wierszyka, którym żegnałem swoje miejsce pracy w "Dzienniku Bałtyckim". Może pamiętasz, brzmiał on tak:
Tutaj wytrwale pracował Dzianisz.
Żyjąc niedbale serce mu zranisz.

Tadeusz Jabłoński (Paweł Dzianisz)

Urodził się 23 X 1919 r. w Poznaniu. Większość czasu do 1945 r. mieszkał z rodziną w podpoznańskim Śremie. Uczył się i zdobywał maturę w Poznaniu, tam też po wojnie podjął pracę. W latach 50. i 60. pracował w Bydgoszczy, w "Ilustrowanym Kurierze Polskim" i "Dzienniku Wieczornym". Stamtąd we wrześniu 1968 w "desancie bydgoskim" ze Stanisławem Celichowskim, Stanisławem Kubiakiem i Tadeuszem Kutą, przyjechał do Gdańska do redakcji "Głosu Wybrzeża". Tu debiutował głośnym artykułem nt. potrzeby sprowadzenia na Westerplatte prochów mjr. Henryka Sucharskiego. Do tego nurtu jego publicystyki należały też akcja sprowadzenia prochów Bernarda Chrzanowskiego na cmentarz oksywski oraz budowy pomnika Josepha Conrada w Gdyni. Inicjator żeglarskiej nagrody Rejs Roku. Sam również żeglarz i taternik (stąd pseudonim Dzianisz). Autor tysięcy artykułów i blisko 30 książek (kilka wspólnie z Anną Kościelecką) poświęconych dziedzinom, o których wyżej, oraz osobom szczególnie mu bliskim i zasłużonym dla pomorskiej i europejskiej tożsamości. Jak właśnie Joseph Conrad, św. Wojciech (nie może do dziś przeboleć straconej okazji wystawienia mu pomnika na Górze Gradowej), gen. Gustaw Orlicz-Dreszer. Cała jego twórczość i szerzej - działalność obraca się "wokoło wartości". Tylko im - twierdzi - warto poświęcać swój ziemski czas.

Flesz - nowi marszałkowie Sejmu i Senatu, sukces opozycji

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie