Szpital przy ul. Klinicznej. Najstarszy szpital położniczy w Gdańsku [zdjęcia z wnętrza budynku]

Dorota AbramowiczZaktualizowano 

Wideo

Zobacz galerię (66 zdjęć)
Nawet pół miliona dzieci mogło się urodzić przez ponad 100 lat w budynku przy ul. Klinicznej w Gdańsku. - To dobre miejsce - mówią pracownicy najstarszego gdańskiego szpitala położniczego, z którego już za rok kliniki przeprowadzą się do nowego szpitala GUMed.

Pełno tu bocianów. Trzeba tylko zatrzymać się na chwilę, wchodząc przez półokrągłe drzwi. Popatrzeć w górę, na piękną klatkę schodową. Dotknąć starej poręczy, pochylić się nad niewielkimi płaskorzeźbami, na których anioły czuwają nad matką i dzieckiem. Obejrzeć z bliska dzieci siedzące okrakiem na boćku. Albo niewielkie bociany, które w maleńkich kieszonkach trzymają akcesoria pomagające położnikom przy porodzie.

Zachwycają stare, drewniane okna, które można szeroko otwierać. Piękne, żeliwne grzejniki z ornamentami.
- Szkoda Klinicznej - wzdycha prof. Jerzy Mielnik, w latach 1986 - 2001 dyrektor Instytutu Położnictwa i Chorób Kobiecych AMG. - Ten budynek ma w sobie ducha.

Prof Jerzy Mielnik Karolina Misztal

- Zdaję sobie sprawę, że w nowym szpitalu warunki dla pacjentek, dzieci, a także dla personelu będą o wiele lepsze - mówi prof. Krzysztof Preis, kierujący Kliniką Położnictwa Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego. - A jednak sentyment do miejsca pozostanie.

Rozmawiamy tuż po ogłoszeniu informacji o sprzedaży budynku-legendy, za 34,5 mln, firmie MEDI, świadczącej usługi pielęgnacyjno-opiekuńcze ludziom starszym. Z godnie z umową, za rok z Klinicznej wyprowadzą się kliniki: ginekologii, ginekologii onkologicznej i endokrynologii ginekologicznej, neonatologii i położnictwa oraz dwie przychodnie przykliniczne - dermatologiczna i onkologii ginekologicznej. Tak naprawdę najważniejsze w tym wszystkim jest, że pod koniec 2018 roku, po 106 latach od momentu oddania do użytku szpitala, przestaną się tu rodzić dzieci.

(wideo: Karolina Misztal, montaż: Tomasz Kubik)

Ile dzieci przyszło na świat w tym budynku?
- Trudno policzyć - zastanawia się profesor Preis. - W drugiej połowie XX w. notowano tu nawet 20 - 25 porodów na dobę, rocznie było ich 4 - 5 tysięcy. W ostatnich latach przy ul. Klinicznej rodzi się od 2800 do niemal 3 tys. dzieci.

Nie ma danych z czasów przedwojennych i wojennych, jednak można zakładać, że przez ponad 100 lat nawet pół miliona dzieci mogło się urodzić w legendarnym gdańskim szpitalu położniczym.

O dobrym duchu starego budynku mówi także oddziałowa położnictwa Elżbieta Kowiel, która z Kliniczną związana jest od 39 lat. - Sama urodziłam tu dwie córki, tu też przyszły na świat moje trzy wnuczki i jeden wnuk - uśmiecha się położna. - To specyficzne miejsce. Szpital, w którym więcej ludzi się rodzi niż umiera. Więcej jest radości niż cierpienia.

Elżbieta Kowiel Karolina Misztal

I - jak przypomina profesor Preis, który przygotował artykuł o najnowszej historii budynku - nawet podczas wojny Kliniczna zachowała status szpitala położniczego. Nie trafił tu ani jeden ranny żołnierz. Taką decyzję podjęto, by uniknąć zakażenia gangreną kobiet w połogu.

Tajny szpital w bunkrze

Decyzję o wybudowaniu w Gdańsku nowego szpitala położniczego podjęto na początku XX wieku. Rozrastające się miasto bardzo potrzebowało placówki nie tylko pomagającej rodzącym kobietom, ale także kształcącej położne i pielęgniarki. Otwarta w 1912 r. po dwuletniej budowie porodówka przy ul. Klinicznej mieściła początkowo 124 łóżka dla kobiet i 114 dla dzieci. Obok secesyjnej lecznicy, której dach zdobiła wieżyczka z bocianem, wybudowano willę dla dyrektora, a na zapleczu pralnię i budynki gospodarcze. Z tyłu wznosił się trzypiętrowy Dom Sióstr, zajmowany przez położne.
Już rok później w nowym szpitalu przyjęto prawie 1500 porodów! W późniejszych latach ich liczba sięgała czterech tysięcy...

W 1943 roku, gdy nasiliły się alianckie naloty, przy szpitalu powstał ogromny schron przeciwlotniczy. Ten trzypiętrowy, żelazobetonowy bunkier ze ścianami o grubości nawet trzech metrów, mógł pomieścić półtora tysiąca osób.

- Zorganizowano wszystko tak, by można było błyskawicznie przeprowadzić ewakuację chorych - opowiada prof. Preis. - Z każdego piętra, z poszczególnych oddziałów, przez łącznik prowadzi odrębne wejście do schronu, który w razie potrzeby może przejąć funkcje szpitala. Z korytarzy w schronie wchodzi się do odpowiedników sal operacyjnych, porodowych, sal dla pacjentów. Jeszcze dziś w ciemności można zobaczyć resztki pasów pokazujących drogę ewakuacji, namalowanych na ścianach fluorescencyjną farbą.
Niektórzy mówią dziś, że bunkier, który obecnie pełni funkcję magazynu, to największy problem szpitala. Próba wysadzenia tej budowli mogłaby doprowadzić do katastrofy budowlanej w tej części Wrzeszcza. Inni z kolei uważają schron za największą atrakcję.

Małgorzata Brdękiewicz, oddziałowa neonatologii, prowadzi przez szpitalny korytarz do grubych drzwi oddzielających schron od oddziału. Ogromna budowla robi wrażenie. Trzeba patrzeć pod nogi - przy ścianach rozstawiono pojemniki z trutką na szczury. Budynek ma odrębne zasilanie elektryczne, ujęcia wody, kanalizację i system wentylacji. Wybudowano w nim nawet windę. Zapalamy światła, zaglądamy do kolejnych pomieszczeń. Niektóre z nich są już wysprzątane przed przeprowadzką, w innych stoją stare łóżka, aparatura medyczna, leżą dokumenty. - Znaleźliśmy tu między innymi stare zdjęcia, pokazujące pracę w szpitalu niedługo po wojnie - mówi pani Małgorzata. - Pielęgniarki i lekarzy w charakterystycznych strojach. I dzieci...

Mijamy panów w maskach na twarzach, robiących porządki. - Kurz, grzyby - tłumaczą. Z ulgą wracamy do szpitala.

Nie tylko pięcioraczki

Wojna w 1945 r. nie oszczędziła Klinicznej. Spłonął dach z bocianem, sala operacyjna na drugim piętrze i prawie całe pierwsze piętro. Uratował się parter. Po remoncie w 1947 r. do budynku z nowym i brzydszym płaskim dachem przeniosła się Klinika Położnictwa i Chorób Kobiecych, kierowana przez prof. Henryka Gromadzkiego.

Zmieniali się szefowie klinik i ich nazwy, a szpital trwał. W willi mieszkali lekarze, a w szopie obok histopatologii na potrzeby szpitalnej kuchni hodowano świnie. - Był tam też koń pociągowy wraz z wozem - wspomina profesor Jerzy Mielnik. - Jeden z lekarzy trzymał w tym samym pomieszczeniu samochód z dachem zrobionym z materiału. No i koń zeżarł mu ten dach...

Profesor Mielnik trafił na Kliniczną w 1955 roku. Twierdzi, że początkowo chciał być chirurgiem. W końcu jednak wybrał położnictwo, jak mówi: jedyną dziedzinę medycyny poświęconą życiu.

Najweselej było podczas spotkań w szpitalnej kuchni. Zespół był stosunkowo młody, zdarzało się, że robiono sobie wzajemnie dowcipy. - Trzeba było uważać, by nie dać się wkręcić - opowiada prof. Mielnik. - Czasem jednak nadmierna ostrożność przynosiła niespodziewane efekty.

Pewnego dnia doktor Mielnik odebrał telefon. Po drugiej stronie usłyszał: - Tu konsul Iwan Borysow z Konsulatu Generalnego ZSRR w Gdańsku...

Podejrzewając o głupi kawał jednego z kolegów, odparł bez zastanowienia: - Tu Jan Stolec, oczeń prijatno...

Okazało się, że konsul był autentyczny i poprosił o zbadanie pracownicy konsulatu.

Po 12 maja 1971 roku o Klinicznej mówiono w całej Polsce. Tego dnia w gdańskim szpitalu przyszły na świat pięcioraczki. - Nie było wówczas takich jak dziś możliwości diagnostycznych i przewidywano, że będą to najwyżej trojaczki - mówi prof. Jerzy Mielnik. - To był naprawdę ewenement, bo pięcioraczki przychodzą na świat raz na 52 miliony porodów!

Dyżurnym lekarzem tamtego dnia był dr Janusz Rudziński, do asysty stanął Jerzy Mielnik. - Rodzi się pierwszy chłopiec: 1780 g. Po kwadransie drugi: 1380 g. Pięć minut później trzeci: całe 2 kilogramy. Niby koniec, a słyszę jeszcze tętno kolejnej dwójki! Pierwsza z dziewczynek miała 1810 gramów, ale ostatnia ważyła już tylko niecałe półtora kilograma i potrzebowała pomocy. Zresztą nie ona jedna - wszystkie dzieci urodzone w 33. tygodniu ciąży były niedonoszone.

W klinice brakowało inkubatorów, więc do jednego wkładano dwoje dzieci. Na szczęście ówczesna władza postanowiła wykorzystać propagandowo narodziny gdańskich pięcioraczków. Już następnego dnia informacja o niecodziennych narodzinach ukazała się w gazetach. „Głos Wybrzeża” informował: „Szczęśliwą mamą jest 32-letnia Leokadia Rychert, robotnica oddziału Wojewódzkiej Spółdzielni Spożywców Społem w Pruszczu Gdańskim; ojcem podoficer Wojska Polskiego Bronisław Rychert”. I tak Adam, Piotr, Roman, Agnieszka i Ewa stały się najbardziej znanymi dziećmi w Polsce.

- Pomogło to także szpitalowi - mówi prof. Mielnik. - Ówczesny premier Piotr Jaroszewicz i jego żona Alicja załatwili zakup dwóch dodatkowych, bardzo nowoczesnych jak na tamte czasy, inkubatorów.

W 1998 r., czyli 27 lat później, prof. Mielnik doprowadził do porodu w terminie - a to naprawdę rzadkość - gdańskich czworaczków. Patryk, Ada, Michał i Klaudia Szarmachowie przyszli na świat w bardzo dobrym stanie. Dzieci nie potrzebowały inkubatorów.

Piękny zawód

Oddziałowa położnictwa Elżbieta Kowiel pokazuje zdjęcia maluchów na korytarzu. - Nasze dzieci wiszą na ścianach - uśmiecha się, prowadząc do swego gabinetu. Po chwili wraz z położną koordynatorką Barbarą Dobrzyńską (na Klinicznej od 1979 r.) rozmawiamy o tym, co się zmieniło, a co jest trwałe w ich pracy.

- Kiedy zaczynałam pracę na patologii ciąży, częstym problemem były zatrucia ciążowe u kobiet - mówi Elżbieta Kowiel. - Teraz to rzadkość.

- Kobiety nieraz musiały leżeć przez prawie całą ciążę, do porodu - dodaje Barbara Dobrzyńska. - Dziś okazało się, że można pozwolić im chodzić.

Depresja poporodowa zawsze towarzyszyła niektórym mamom. To nadal duży problem. Kiedyś jednak kobiety o niej nie mówiły, teraz, na szczęście, to się zmieniło.

Położne pamiętają też, że do ostatniego kapitalnego remontu na podłogach jeszcze leżały kafle z niemiecką „gapą”. Wówczas po raz pierwszy tak naprawdę przebudowano sale porodowe. Nie tak dawno jeszcze posiłki pacjentkom przynoszono na ebonitowych tacach z UNRRY, międzynarodowej organizacji pomagającej po II wojnie światowej krajom dotkniętym działaniami wojennymi. Wcześniej prof. Preis (38 lat na Klinicznej) wspominał kilkunastoosobowe sale i matki oddzielone od dzieci. Co trzy godziny noworodki przywożono „tramwajem” na karmienie. Od dawna już mamy leżą w kilkuosobowych salach obok dzieci.

Mniej też jest cierpienia. - Poród nie musi boleć - słyszę. - Są różne metody łagodzenia bólu - prysznic, masaż, entonox, czyli „gaz rozweselający”, w skład którego wchodzą tlen i podtlenek azotu. Albo znieczulenie.

A co jest trwałe? Wszystkie dobre emocje. Łzy radości, gdy rodzi się nowe życie. Buzujące uczucia.

- To piękny zawód - mówi pani Barbara. - Nasza praca daje naprawdę mnóstwo satysfakcji. Prowadzę zajęcia dla przyszłych matek. Jedną z moich pacjentek była 45-letnia pani w pierwszej ciąży. Uczestniczyła aktywnie w szkole rodzenia, urodziła dziecko sama, fizjologicznie. W trzy godziny. Obie byłyśmy szczęśliwe.

Mężowie i partnerzy często płaczą ze szczęścia. Albo mdleją. A kiedy jest już po wszystkim, rodzice nazywają położne aniołami.

Rzadko, bo rzadko, ale zdarzają się i tragedie. W trakcie porodów obecnie dochodzi do jednego, góra dwóch zgonów rocznie. - Pamiętam jeden taki smutny przypadek - oczy pani Elżbiety robią się poważne. - Piękną dziewczynę, u której po urodzeniu dorodnego chłopca doszło do zatrucia wodami płodowymi. Przewieziono ją do UCK, jednak lekarze nie dali rady jej uratować.

Na koniec trochę położniczej statystyki. Choć ostatnio coraz częściej zdarzają się przypadki urodzenia dziecka przez panie w wieku 45+, to najstarsza matka z Klinicznej była wyjątkiem - miała aż 54 lata. Żadne in vitro. Wieloródka, zaszła w ciążę w sposób naturalny. Chorowała na astmę, brała leki hormonalne i początkowo była przekonana, że ma objawy klimakterium. Urodziła zdrowe dziecko.

d.abramowicz@prasa.gda.pl

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3