Swoisty przejaw triumfu nad paskudą, czyli o tłoczeniu się w ogródkach

Gabriela Pewińska
Gabriela Pewińska
Tłumy na otwarciu Ulicy Elektryków w Gdańsku Przemyslaw Swiderski
Przed gastronomami krytyczne warunki przetrwania. - Espumowałeś oberżyną? Daj spokój! Weź się za placki ziemniaczane z prawdziwkami w śmietanie albo rzuć się na wężymord z bułeczką na maśle. Jeśli uda ci się doprowadzić te dania do perfekcji, przeżyjesz - mówi Artur Michna, krytyk kulinarny.

Też w miniony weekend stałeś w kilometrowych kolejkach, by napić się piwa w ogródku kawiarnianym?

Zastanawiam się, kto w nich stał, skoro w czasie pandemii Polacy w sposób praktyczny ugruntowali przekonanie, iż aby napić się piwa, nie trzeba kupować browaru. Wymodelowali je nawet na swoisty styl osiedlowy, który zakłada, iż aby czegokolwiek napić się poza domem, wcale nie trzeba fatygować się do knajpy. Wystarczy przedreptać kilka kroków, tuż za węgieł, gdzie bez ograniczeń czasowych zawsze czeka świeżutkie zaopatrzenie i to w lepszej niż knajpiana cenie. To właśnie tam, za rogiem osiedlowego sklepiku, rozkwitało w ciągu minionego roku życie towarzyskie przeciętnego Polaka. O niegasnącej popularności tej stylistyki świadczą niezmiennie pełne szkła kosze na śmieci rozlokowane przy tych sklepikach, a poniekąd także zakaz sprzedaży tzw. małpek, który klienci przyjęli ze zrozumieniem i jako przejaw troski o ich portfele, przerzucili się na formaty o większych objętościach, te w przeliczeniu na litr czystego spirytusu mniej uderzają po kieszeni, za to bardziej - do głowy. Przedstawiciele tej znaczącej, jak wskazują statystyki, części społeczeństwa, w kolejkach do otwieranych o północy ogródków ustawiać się nie mogli, bo o tej porze chrapali już jak płoche niewiniątka. Stawiła się tam zatem pewna część niepodlegająca powyższej klasyfikacji mniejszości, która wszak musiała mieć ważkie powody, aby bez zachowania podstawowych zasad bezpieczeństwa sanitarnego pójść w tłum i chcieć się w nim pościskać. Nie chcę dociekać, jakie to powody, być może kombinatorskie wizje pokowidowego skierowania na darmowy turnus rehabilitacyjny do nowo powstałych sanatoriów, w których pacjentów po przebytej chorobie uczą oddychać, mówić i chodzić. Ja nie stałem w tych kolejkach, bo kolejek organicznie nie znoszę. Wybrałem wariant pośredni - alzacki gewürztraminer na tarasie własnego domu.

Tłumy na otwarciu Ulicy Elektryków. Za dwa tygodnie "poprawi...

Kiedy patrzyłam na te obrazki, miałam wrażenie, że przez ostatni rok Polacy o niczym innym nie marzyli jak o tym, by biesiadować w restauracyjnym ogródku!

Polacy nie marzyli o wielu przykrościach, które ziściły im się same, na przykład o szokująco okropnych wegańskich burgerach z grochu trzy razy droższych niż ich prześwietne pierwowzory z wołowiny rasy limousine. Te, mimo to, są dostępne w handlu i - ku zgryzocie kierowników dyskontów, którzy z braku wyjścia podpisują dyspozycje o ich głębokich przecenach - nie chcą zaniknąć.

Jeśli zatem Polacy zamarzyli o zjedzeniu kolacji w restauracyjnym ogródku, to tuszę, iż w reakcji na masowy atak pozbawionej smaku przeweganizowanej miernoty za krocie, która napiera i naciera zewsząd i to coraz bezczelniej, jak na przykład taka wegańska kaszanka z dyskontu, której już sama idea jest nawet nie tyle nonsensownym oksymoronem, ile biwektorową potwarzą, bo kierowaną zarówno w lico jawnego weganina, jak i skrytego miłośnika kraszonej juchy.

Dyskonty przywołuję tu nie bez kozery, bo w ciągu minionego roku poważnie wzmocniły ofertę gotowych dań chłodzonych, które sporej pewnie grupie laików mogą przypominać dania restauracyjne. W istocie to bardzo kiepskie przemysłowe zestawy konsumpcyjne, po które sięgali też pewnie bywalcy restauracji, czasowo pozbawieni swoich ulubionych przybytków. Czego mogli zapragnąć po takiej konsumpcji? Kilku setek wódki i jak najszybszego otwarcia gastronomii!

To, co się działo w ostatni weekend było zadziwiające. Ludzie ponoć tak bardzo pragnęli bycia razem, ale ze zdjęć zrobionych przy stolikach wynikało coś innego. Niektórzy niby spotykali się, ale zamiast rozmawiać, tkwili z nosami w komórkach!

Dziś być razem można nawet w pojedynkę, byle ze smartfonem i dostępem do internetu! Bycie razem odbywa się teraz w mediach społecznościowych i żaden restauracyjny stolik takiego bycia nie przebije, bo ile krzeseł można postawić przy jednym stoliku, a ilu followersów ma taki choćby pierwszy z brzegu „Maciej Je”, który kręci filmiki z Sonią o tym, jak on i ona jedzą? Któż by nie chciał zjeść tyle, co oni i to w towarzystwie aż tylu obserwatorów? Dlatego, gdy tylko otworzyły się ogródki, zapełnili je liczni chętni do dzielenia się posiłkiem w mediach społecznościowych. W związku z tym musieli pstryknąć kilka foci, więc nie tylko należy im wybaczyć, ale i dać lajka. A rozmowy przy stole? Przecież oni mają darmowe minuty i mogą się zdzwonić po powrocie do domu. Hejka!

Czy gastronomów to przerosło? Co mówią? Może cieszą się?

Są zdruzgotani. Jeśli niektórzy przejawiają jakieś pozytywne emocje, to tylko po to, żeby dobrze wypaść w mediach.

Sytuacja w branży gastronomicznej jest dramatyczna. Dość powiedzieć, że w ostatnich miesiącach z polskiego gastropejzażu zniknęło na stałe około 20 procent lokali. Tego potencjału nie da się odbudować, bo w lokalizacjach zwalnianych przez kawiarnie, bary i restauracje pojawiają się nowi dzierżawcy.

Sporą przestrzeń po wziętym barze obiadowym w ścisłym centrum Starogardu zajął znany dyskont spożywczy. Tam już nigdy żadna knajpa nie powstanie. Trudno też przypuszczać, że nowe lokale rozkwitną pod adresami, które wciąż są do wzięcia. Z jednej strony pandemia pokazała kruchość fundamentów, na której stoi polska gastronomia, a z drugiej obnażyła jej pięć grzechów głównych: beztroskie życie z dnia na dzień, powszechne nieregulowanie zobowiązań - a więc długi, do tego śmieciówki dla kucharzy, umowy na czarno dla kelnerów i bezpłatne okresy próbne dla reszty. To się musiało kiedyś skończyć i może właśnie pandemia będzie po temu okazją. Zobaczymy. W każdym razie samo otwarcie ogródków restauracyjnych niewiele tu zmieni. Po pierwsze, trzeba je postawić, a więc znaleźć środki na inwestycję. Po drugie, trzeba je obstawić załogą, a ta skurczyła się w czasie pandemii o blisko ćwierć miliona osób, które bezpowrotnie opuściły branżę i pracują już gdzieś indziej. Po trzecie, w polskich warunkach klimatycznych ogródki to wielce ryzykowne przedsięwzięcie, choć przy sprzyjających warunkach rzeczywiście mogą dać zarobić. W miniony weekend było jednak za zimno i nie dały.

Jak wyglądało menu tego weekendu, wiesz? A może menu w ogóle nie było tu ważne?

Trudno mówić o jakimś ujednoliconym podejściu. Tak krawiec kraje, jak mu materiału staje i tak się kucharz wywdzięczy, jak mu szef nastręczy. Widać było jednak pewną prawidłowość, która przejawiała się krótką i prostą kartą. To rozsądne z punktu widzenia restauratora, dla którego rozkręcenie całego gastronomicznego przedsięwzięcia z dnia na dzień, po długotrwałym letargu, z na nowo kompletowaną załogą i od razu na pełnych obrotach, to spore wyzwanie. W moim przekonaniu nowe oblicze gastronomii, które wyłoni się w najbliższym czasie, będzie nabierać barw pod auspicjami wielkiego uproszczenia. Idą czasy specjalizacji, nienagannej jakości, dobrej ceny. Niby nic nowego, ale dotąd trend nieszczególny w polskiej gastronomii. Teraz to będą krytyczne warunki przetrwania. Espumowałeś oberżyną? Porzuć to! Weź się za placki ziemniaczane z prawdziwkami w śmietanie albo rzuć się na wężymord z bułeczką na maśle. Jeśli uda ci się doprowadzić te dania do perfekcji, przetrwasz. Jeśli będziesz krnąbrnie sypał po talerzach ziemią z pumpernikla, też dobrze - będziesz miał czym zagryzać zgryzotę bankructwa.

Ile będzie trwało to szaleństwo „ogródkowe”?

Do pierwszego deszczu, który w zasadzie już zdążył nasz łez padół skropić. O ile w minioną sobotę pogoda nawet dopisała, to w niedzielę zrobiło się już zimno, wietrznie i mokro. Wielu restauratorów uchyliło więc koce zasłaniające drzwi i okna ich przybytków, rozstawiło na stolikach świeczki, załączyło mikrofalówki, rozkręciło słoiki z pulpetami i ... wpuściło zmarzniętych gości do środka, co zresztą dotąd i tak czyniło, tyle że po cichu, żeby przypadkiem nie stracić subwencji z PFR.

A może ten szał na ogródki to jakaś głębsza filozofia? Może nie chodzi o ogródki?

To na pewno jakaś forma wyrazu i to zarówno ze strony gastronomów, jak i gości, swoisty przejaw triumfu nad paskudą. Jak pokazuje historia, po trapiących ludzkość zarazach zawsze przychodził czas wielkiej fety, czasami wieńczony kolumnami morowymi, czyli pomnikami na pohybel zarazie, które ze zrozumiałych chyba tylko dla ich autorów powodów wieńczyły figury Maryi i świętych. Jednak wszystko to następowało zdecydowanie po zarazie, a my na razie jesteśmy w fazie niezwykle utrudnianego klasyczną ludzką głupotą dochodzenia do zbiorowej odporności, która kres zarazy może dopiero zwiastować. Pandemia wpadła chwilowo do Indii, gdzie dzięki światowej solidarności bogatych z zamożnymi eradykuje czynnik ludzki bez zahamowań, acz na jesieni jeszcze do nas wróci i niejednego porwie w fandango. My co prawda mamy igły, ale ona ma kastaniety. No przecież sama Edyta Górniak już ogłosiła, że ona nie da sobie wkłuć czegoś, o czym nic nie wie! Wiadomo, ona żyje muzyką, więc pójdzie za kastanietami, ale przecież nie tylko ona! Oby przynajmniej część z tej ferajny lekkoduchów wróciła do żywych!

Niektórzy mówią, że za to szaleństwo „tłoczenia się w ogródkach” niebawem zapłacimy czwartą falą.

Nie mam złudzeń. Czwarta fala najpewniej nadejdzie niepostrzeżenie, w medialnej ciszy zabierając niezaszczepionych babcie i dziadków, którzy z miłością raczyli swoje wnuczęta czekoladowym budyniem z sokiem wiśniowym. Młodzi nie chcą się szczepić, głośno mówią, że szczepionka pozostawi ich bezpłodnymi. Wolą poświęcić i tak już odchodzących na drugą stronę dziadków w imię powoływanych w ramach własnej łaskawości nowych pokoleń. A do knajp chodzić będą, bo czemu nie, skoro widzą, że trzecia fala się wycofuje i nie do końca wierzą w te całe koronawirusy. Czy ktoś je w ogóle widział? Mają konta na insta?

Masz jakieś rady dla szefów knajp? Dla gości?

Goście, póki co, powinni wziąć na wstrzymanie - na przykład emocjonalny węgiel. Choć trzecia fala pandemii zdaje się ustępować, to zagrożenie wciąż jest duże - znacznie większe niż o tej samej porze w ubiegłym roku. Na szczęście teraz dostępne są już szczepienia, więc ci, którzy nie marzyli o niczym innym i w piątek przed północą wytrwale stali w kolejce po piwo, pewnie są już zaszczepieni. Jeśli nie, to najpierw winni dać na mszę w intencji ochrony przed śmiercią w cierpieniach i samotności, a następnie zapisać się na szczepienie. Ja póki co jestem zaszczepiony pierwszą dawką, wybrałem sobie na tę okoliczność moją własną przychodnię, która stworzyła mi wręcz intymne warunki, acz przyznam, że musiałem trochę poczekać. Ci, którzy nie chcą czekać, bo chcą już teraz się potłoczyć, mogą wybrać się na któryś ze stadionów, gdzie co prawda szczepią w warunkach polowych, ale za to szybko. I dopiero wtedy, drodzy państwo, tłoczyć się wam można, jeden na drugim, w knajpianych ogródkach, a za tydzień to nawet i w legalnych już restauracyjnych wnętrzach.

Swoisty przejaw triumfu nad paskudą, czyli o tłoczeniu się w...

Jak to tłoczenie wygląda za granicą?

Tak samo, ludzie muszą odreagować po tych miesiącach izolacji, strachu, stresu, a niekiedy po wymuszonych zmianach zawodowych czy życiowych, więc szaleją. I niech szaleją sobie do woli, byle zabezpieczeni! Co nam po ogródkach, jeśli ich kwiecie mielibyśmy wąchać od spodu?

Tych produktów nie łącz z kawą, bo sobie zaszkodzisz!

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie