Świat według mistrzyni fitness Aleksandra Kobielak

Irena Łaszyn
Fotel w kształcie bucika na obcasie przywiozła z Chicago, puchary są z całego świata Przemek Świderski
Mama jest jej największą fanką i przyjaciółką, ale najważniejszy medal zdobyła dla taty, który zginął tragicznie rok wcześniej. Przeczytajcie o Aleksandrze Kobielak, mistrzyni świata fitness, projektantce i aktorce, szukającej ładu pośród chaosu.

W jej mieszkaniu można dostać oczopląsu, bo tu nawet okap nie przypomina urządzenia, którym jest w istocie. Spowity kawałkiem poskręcanego, wygładzonego przez górski strumień drewna, współgra z kawałkiem nieoszlifowanego granitu na ścianie i afrykańskimi rzeźbami z hebanu. Na tych murzyńskich figurach - kolorowe latarenki, z zupełnie innej bajki, a obok - egipskie koty, stara maszyna do szycia i zabytkowa komoda z targu staroci. Jeszcze jakieś lampiony, szezlongi, manekiny wystawowe, puzderka, poplątanie z pomieszaniem. Feeria barw, gra świateł. Żarówki, dyskretnie osłonięte, są we wszystkich możliwych miejscach. Niektóre zagłębienia w ścianach gospodyni własnoręcznie wydłubała i osłoniła ręcznie pomalowaną regipsową płytą.

Miniaturowa umywalka w toalecie, wypełniona kolorowymi kulkami, ma na sobie część durszlaka i egzotyczną szydełkową spódnicę, zamiast porcelanowej nogi, lustro jest na suficie, puchary - na półce nad spłuczką, w łazience brakuje ściany, a sypialnia, za parawanem ze scenicznych strojów, jest cała w wielkie purpurowe róże. Róże na fototapecie, róże na pościeli, kolorowe piórka, bibeloty, zdjęcia i obrazy. Na suficie tapeta o fakturze zgniecionego materiału, do niedawna był baldachim, ale go zdjęła.

No i winiarnia: Szyjka w przedpokoju, reszta butelki tuż nad łóżkiem. Albo odwrotnie, któż by to spamiętał.
- Cegły kominkowe, z okrągłym otworem, akurat na flaszkę, kupiłam po 1,60 zł w sklepie budowlanym - uśmiecha się Aleksandra Kobielak.

Sama to wszystko wymyśliła, zaprojektowała, a w dużej mierze - także wykonała.
Mieszkanie jest w zwyczajnym bloku, na gdańskim Ujeścisku, tyle że bez tradycyjnych ścian i mebli. Te z lat 80., toporne pilśniówki, przemalowała na złoto, zamontowała szklane uchwyty, coś tam jeszcze nabazgrała, by wyglądały równie odjazdowo, jak pozostałe. Całość przypomina labirynt, w którym nawet duża dziewczynka czuje się jak Alicja w Krainie Czarów.
- Bibelotyzm wziął się stąd, że ja zawsze dużo podróżowałam, trochę mieszkałam w Stanach, trochę w Warszawie, trochę w Gdańsku. Kupowałam więc po kilka sztuk tego samego, żeby mieć w każdym miejscu, w którym sypiam - tłumaczy.

- Ola prawie nikogo tu nie wpuszcza - wyjawia mama, Maria Irena Kobielak. - Ona chroni swoją prywatność. Zanim przyjdą goście, zasuwa te wielkie szklane drzwi i udaje, że ma tylko salon z aneksem.

Mama, tata i ja

Mama też jest gościem. Od kilku lat mieszkają oddzielnie, choć niektórzy myślą, że one nigdy się nie rozstają. Razem jeżdżą na zawody, konkursy, mistrzostwa. Nieważne, czy to Bełchatów czy Sydney. Sport czy teatr. Córka na scenie, mama - za kulisami lub na widowni. Zwykle pierwsza pędzi z kwiatami, pełna dumy.

- Nie zapomnę, gdy po raz pierwszy zdobyła medal na mistrzostwach Europy i usłyszałam polski hymn - wzrusza się pani Maria. - Oboje z mężem płakaliśmy.

Mama zawsze jest przy niej. Na wszelki wypadek. Już inaczej nie potrafi.
- Jest moją największą fanką - uważa pani Ola. - Dopinguje mnie, krytykuje i rozpieszcza. Pomaga i przeszkadza. Czasem się ostro kłócimy, czasem przytulamy. Przyjaźnimy się.

Najbardziej się na mamę wściekała, gdy po raz setny usiłowała… posprzątać jej pokój. I nagle tam, gdzie miała skarpetki i staniki, znajdowała rzeczy w danej chwili bezużyteczne. Ależ się wtedy darła!
Niekiedy kłóciły się o sprawy zawodowe, na przykład o szpagat.

- Ja też kiedyś uprawiałam gimnastykę artystyczną - wyjaśnia pani Maria. - Kariery nie zrobiłam, bo szybko wyszłam za mąż, urodziłam syna, zajęłam się innymi sprawami. Ola pojawiła się 12 lat później, 24 stycznia 1971 roku, w gdańskim szpitalu, wówczas przy ulicy Świerczewskiego. Mąż był wtedy w morzu, gdzieś koło Halifaksu. Gdy dotarła do niego wiadomość, że ma córkę, mimo sztormu wybiegł na śliski pokład, by obwieścić to głośno całemu światu. Mało go nie zdmuchnęło…

Ola spuszcza głowę. Nie znała tej historii. Adam Kobielak zginął w marcu 1999 roku, został zastrzelony przez jakiegoś bandytę w zakładzie jubilerskim, w którym pracował.

- To ja go znalazłam - mówi Ola. - Poszłam tam, bo potrzebowałam trochę kleju.
- Wystarczy - ucina pani Maria. - Nie rozdrapujmy ran. To był kolejny dramat w naszej rodzinie. Pięć lat wcześniej zginął w wypadku nasz syn Waldek, znany muzyk. Wystarczy.

Ola milknie.
- Ten najważniejszy medal, z Mistrzostw Świata Fitness, zdobyłam dla taty - mówi cicho. - Bo on zawsze mi kibicował, cieszył się z najdrobniejszego sukcesu. To on nauczył mnie samodyscypliny, punktualności, odpowiedzialności. Wtedy, w Warszawie, w 2000 roku, już go nie było. Ale to jego medal.

Gdy go odbierała, nie umiała powstrzymać łez. Na podium tak mocno płakała, starając się zasłonić ręką, że nie ma prawie żadnych zdjęć.
A potem poczuła ulgę. Zrozumiała, że zdarzyło się coś bardzo ważnego. Spełniły się marzenia. Jej. Mamy. Taty.

Maluje w szwalni

Zdolności manualne miała od zawsze. I nieprawdopodobną chęć tworzenia, połączoną z trójwymiarowym myśleniem.

- Przenosiłam to na rzeźbę, na papier, na szydełko, na ciuch, na inne rzeczy - opowiada. - Jestem dzieckiem komuny, w szkole miałam zajęcia praktyczno-techniczne, wszystko potrafię. Może mam to w genach, po mamie, która też przejawia artystyczne zacięcie?

- Gdy córka zaczęła studiować w Akademii Sztuk Pięknych, zaczęłam chodzić na zajęcia jako wolny słuchacz - zdradza pani Maria. - Tak mnie to urzekło, że potem wstąpiłam do Nadbałtyckiego Zrzeszenia Malarzy Nieprofesjonalnych im. prof. Mokwy, uczyłam się dwa i pół roku. Malowałam i nadal maluję, interesuje mnie wszystko, od portretu po martwą naturę. Gdy tworzę, odpływam do własnego świata, wyciszam się. Ale nie wiem, czy jestem lepsza niż Ola, bo Ola przepięknie maluje. Tylko nie ma na to czasu, zajmuje się sportem.

Pani Ola zauważa, że nie tylko. O, na przykład te stroje sama projektuje, szyje i… maluje, w zależności od fantazji.

- Ostatnio przeszłam z farb na te maszyny - wskazuje część pracowni, między łazienką a garderobą. - Szyję suknie, zakładam je na manekiny i maluję ręcznie.
To prawdziwe arcydzieła. Niektórych, jak zapowiada, nie odda za żaden kawałek chleba, w inne ubiera fitnesski ze Stowarzyszenia Fitness Sportowego, które założyła w 2004 roku, dla dzieci od sześciu lat.

- Właśnie wróciłyśmy z Europe Amateur Champion- ship w Kownie - opowiada. - Z medalami! Mam akademię małych mistrzyń. Dziewczynki uczą się u mnie gimnastyki artystycznej, akrobatyki, baletu i innych sztuk.

Bo ona to wszystko zna. Zaczęła jako sześcioletnia dziewczynka, od gimnastyki artystycznej, a potem - poooszło! Treningi, zawody, sukcesy, puchary. Gimnastyka, kulturystyka, fitness. Gdy w 2000 roku, na Mistrzostwach Świata w Kulturystyce i Mistrzostwach Świata Kobiet w Fitness, zdobyła pierwsze miejsce, zrozumiała, że osiągnęła wszystko, co chciała. Mogła przejść na zawodowstwo. Wyjechała do USA. Startowała w różnych prestiżowych imprezach, typu Arnold Fitness Weekend, robiła karierę.

A potem wróciła. Zajęła się małymi fitnesskami. I tysiącem innych rzeczy, bo ona nie znosi bezczynności, musi być w ruchu. Nieważne, czy w światłach, czy bez.
- Męczę się tylko psychicznie - zdradza. - Wtedy, gdy napotykam problemy, które ludzie niepotrzebnie stwarzają. W tym codziennym pędzie dużo jest imaginacji, niektórzy czepiają się drobiazgów, zamiast zająć się tym, co ważne. To jest właśnie chaos.

Wysiłek fizyczny ją uskrzydla, ale to nie oznacza, że im więcej, tym lepiej.
- Trzeba mieć wszystko w życiu zbalansowane - podkreśla.

Teatr i ruch

Jako mała dziewczynka wolała ganiać po podwórku i grać w gumę, niż bawić się lalkami. Jako nastolatka chciała trenować rock and rolla sportowego. Nie znalazła odpowiedniego miejsca, trafiła więc do gdyńskiego Pałacu Młodzieży, w którym zaczynała jako mała dziewczynka trenować gimnastykę. Zajęła się baletem klasycznym. A gdy grupa przeniosła się do Teatru Muzycznego, spotkała Wojtka Misiuro i jego Teatr Ekspresji. To było to, związała się z tą sceną na siedem lat, zagrała w 180 przedstawieniach.

Potem pochłonął ją fitness, wciągnął wielki świat.
Po kilkunastu latach znowu trafiła do Misiuro. W marcu zagrała w spektaklu "Sen".

Historia zatoczyła koło.
- W styczniu skończyłam czterdziestkę, a zagrałam młodą Bardotkę, w skąpym bikini - śmieje się.
- Zagrałaś też w brytyjskim filmie, obok Billa Murraya - przypomina mama.

- To film "The Bogfather", oparty na faktach - uściśla Ola. - Wcieliłam się w Carlę, młodą Rosjankę, właścicielkę klubu nocnego. Film miał premierę w Londynie i Los Angeles. Nie mam pojęcia, czy będzie wyświetlany w Polsce. Mam go na płycie.

Lubi wyzwania. Nowe rzeczy. Pokonywanie własnych słabości.
Jedni tę jej siłę i determinację podziwiają, inni zarzucają nadmierną przebojowość.
- Przebojowość ma zalety, bo pozwala nabrać zaufania do siebie samej - broni się.
Uprawia kult cielesności? Bzdura. Fitness jest kombinacją tańca, sportu, umiejętności scenicznych i osobistego wdzięku. Goni za sławą? Nieprawda. Nigdy tego tak nie odbierała, bo nigdy nie była sławna, uważa. Może - rozpoznawalna. Ale nie czerpała z tego profitów. Nie siedziała i nie celebrowała. Robiła swoje. Ludzie to doceniali.

Emocje podczas mistrzostw są tak wielkie, że niewiele z tego wszystkiego pamięta. Tylko rozgrzewkę i… smarowanie bronzerem. Pastowanie ciała jest ciężką robotą.
Z czasów zawodowstwa najbardziej pamięta cukierki na podłodze. Same je rozsypywały, gdy skończyła się ostatnia runda. A potem siadały i jadły. Już było można. Każda kupowała te ulubione.
Czegoś żałuje? Coś ją ominęło? Wzrusza ramionami. Jeszcze wszystko się może zdarzyć. Nawet córka. Mama bardzo chciałaby zostać babcią.

Kolorowa jest jak ptak. Jak jej mieszkanie, w którym jedni widzą wielki chaos, a ona doszukuje się ładu. W tym pomieszaniu emocji i stylów odczuwa balans.

Wideo

Komentarze 4

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

z
zibi

Sport był dla niej i wykorzystała to co do Taty Adama to kawał łba był przez frajerskie zeznania ludzie stracili wolność nie żal mi że go odpalili.

o
obserwator

To jest gliupie tlumaczenie i zakrywanie swojego lenistwa"maz.dzieci.rodzina i pewnie gary".Nie mialabys tego"balastu" to bys inna wmowke miala!!!!

G
Greg von Kinsky

...żal, że dziś promuje się celebrytów fitness-pustaków, którzy udają, że coś umieją. Panią Olę można śmiało porównać z Panią Justyną Kowalczyk...O ile Pani Justyna jest dziś znana szerokiej publiczności.. o tyle uczciwym dziennikarzom od sportu proponowałbym odświeżenie postaci Pani Aleksandry Kobielak. To kobieta o takich samych predyspozycjach...tylko więcej w niej artytski ;)...Polska Sportowa Praso wstydź się, że zapomniałaś o swojej Mistrzyni :/...

g
gość

Nie znam tej Pani, a poza tym jaki balans jak nie ma męża, rodziny?????

Dodaj ogłoszenie