Stutthof - Sybir. Droga z piekła do piekła [ARCHIWALNE ZDJĘCIA]

Andrzej KasperekZaktualizowano 
Jesień 1939, budowa obozu. Celowo wybrano teren położony na uboczu Archiwum Muzeum Stutthof
Do więźniów obozu Stutthof wolność przyszła dopiero po kapitulacji Niemiec. Ale byli tacy, dla których trwała ona bardzo krótko. Aresztowani przez NKWD trafili do sowieckich łagrów, skąd wielu nie wróciło.

Patrzę na stare zdjęcie przystanku kolejki wąskotorowej Stutthof Waldlager. "Obóz leśny" - brzmi niewinnie. Jednak nie dla "pasażerów", których przywożono tu od początku wojny. Pierwszy transport składający się z aresztowanych na podstawie list proskrypcyjnych działaczy Polonii gdańskiej przybył 2 IX 1939 r. To zadziwiające, że obóz wyzwolono dopiero 9 maja 1945 r. Te dwie daty wyznaczają czas wojennej apokalipsy. Konzentrationslager Stutthof stał się symbolem II wojny światowej.

Ten osławiony obóz nad morzem

Dlaczego wyzwolenie przyszło tak późno, już po kapitulacji Niemiec? Kiedy w styczniu 1945 r. Armia Czerwona ruszyła do natarcia na froncie wschodnim, mogło się wydawać, że szybko przyniesie ona wolność więźniom kacetu. Tak się, niestety, nie stało.

Przyczyn było kilka - krasnoarmiejcy prędko doszli do Nogatu, ale okazało się, że Niemcy zaciekle bronią Żuław, bo były one naturalną bramą do Gdańska, a poza tym zapewniały łączność z wciąż walczącymi oddziałami w Prusach Wschodnich. Dopóki były one bronione, dopóty setki tysięcy uchodźców z Prus, okolic Królewca, Elbląga i Mazur miały szanse na ewakuację. W marcu 1945 r. Niemcy zdecydowali się na zalanie Żuław, bo jeśli "giną Niemcy, niech ginie wszystko!"

Stutthof znalazł się na wyspie - otoczony wodami Bałtyku, Szkarpawy, Wisły, Zalewu Wiślanego. Od wschodu był połączony z lądem wąziutkim kawałkiem Mierzei Wiślanej. 25 I 1945 r. komendant obozu zarządził ewakuację. W trzaskającym mrozie i w głębokim śniegu prawie jedenaście tysięcy więźniów wyruszyło na Zachód. Nieludzkie warunki, jakie panowały w czasie "ewakuacji", opisał znakomicie w swych wspomnieniach obozowych "Las bogów" litewski pisarz Balys Sruoga. Kolejne fale owego marszu śmierci miały miejsce w marcu i kwietniu.

70 lat od tragedii więźniów KL Stutthof. Szlak Marszu Śmierci znaczyły ciała

Oblicza się, że w latach 1939-1945 przeszło przez obóz 110 tysięcy więźniów, zginęło około 65 tysięcy. Te liczby pokazują, jak ciężki był to obóz.

Tadeusz Borowski, więzień Auschwitz i Dachau, w opowiadaniu "Pożegnanie z Marią" pisze o "osławionym obozie nad morzem". Tym, do którego kierowano polskich patriotów z Pomorza, a później powstańców warszawskich, sowieckich jeńców, Żydów, Litwinów, Norwegów, Niemców i obywateli kilkudziesięciu innych państw. Liczbę więźniów ewakuowanych szacuje się na ok. 37 tysięcy - zginęło prawie 20 tysięcy. W ciągu kilku ostatnich miesięcy istnienia obozu - od stycznia do maja - zginęło 30 proc. wszystkich ofiar Stutthofu.

Aby choć trochę oddać horror warunków panujących w tym miejscu, zacytuję B. Sruogę: "W 1944 roku na Boże Narodzenie urządzono w obozie choinkę. Więźniowie przynieśli drzewko z lasu i ubrali je jak mogli, zdobywszy nawet żarówkę dla jego ozdoby. Tuż przed świętami Meyer [SS-Haupsturmführer, przełożony ogółu więźniów] zdecydował się powiesić dwóch więźniów. Na jego rozkaz tuż obok choinki ustawiono szubienicę i spędzono na to straszne widowisko wszystkich więźniów. Blask drzewka padał na twarze wisielców".

Mordercza ewakuacja sprawiła, że pod koniec kwietnia lager się wyludnił, pozostało w nim raptem 150 więźniów i kilkanaście tysięcy niemieckich uchodźców, których umieszczono w opuszczonych barakach na terenie nowego obozu. Oprócz nich przebywali tam przymusowi robotnicy różnych narodowości. Niemiecka załoga uciekła pod koniec kwietnia, a resztki Wehrmachtu były spychane do morza przez oddziały sowieckie, które napierały od strony Żuław i Mierzei.

9 maja 1945 r. rano do obozu wkroczyli żołnierze dywizji płk. Siemiona G. Cyplenkowa z 48. Armii 3. Frontu Białoruskiego, dowodzeni przez Saszę Jegorowa. Więzień Antoni Bizewski tak wspominał: "Moment wyzwolenia Stutthofu był nieoczekiwany i szybki. Po uciszeniu się obstrzału artyleryjskiego, który trwał kilka godzin, nastąpiła nagle cisza. Po jakiejś chwili podszedł do nas oficer radziecki i powiedział, że jest koniec wojny, jesteśmy wolni i możemy wracać do domu. Radość była przeogromna".

Chciwie zajadaliśmy radziecki smalec

W "Dzienniku Bałtyckim" z lat 60. znajdziemy inne relacje z tych wydarzeń: "W bezgranicznym szczęściu, pełen wdzięczności, ściskałem i całowałem strudzonych, spotniałych ciężką walką żołnierzy - oswobodzicieli. Wynędzniały i sponiewierany przez tyle lat za murami więzień i drutami obozów łachman ludzki - tuliłem się do nich jak do braci rodzonych. A oni, poczciwcy, rękawem ocierali cisnące się im do oczu łzy, klepali mnie po pasiaku i raz po raz powtarzali: Niczewo".

Inny więzień napisał: "Otoczyliśmy ich w milczeniu: nikt nie mógł się zdobyć na dłuższe powitanie, z łkaniem ten i ów tylko wyszeptał zdrastwujtie - spasibo. Oni, na widok naszej nędzy i wzruszenia rozwarli tylko szeroko ramiona, ściskając i całując nas. […] więźniarki obozu - udekorowały każdego z nich skromnym bukiecikiem naprędce zerwanych fiołków. Po chwili żołnierze wydobyli ze swoich plecaków chleb, smalec i porcje słoniny. Siedliśmy więc wprost na ziemi i chciwie zajadaliśmy".

Okazało się jednak, że czerwonoarmiści sami szukali jedzenia i papierosów. Wedle relacji Mieczysława Borowskiego: "pierwsi Rosjanie zdążyli otworzyć i splądrować magazyny obozowe. Wszyscy poczęli brać co się dało. […] wynosili całe worki mąki, z której potem piekli dla siebie placki". Ten przekaz pochodzi z lat 90. XX w., kiedy już można było mówić prawdę.

Kilkuset rannych i chorych z obozowego szpitala ulokowano w szpitalu polowym. Jednostki sowieckie natychmiast przystąpiły do badania znajdujących się na terenie obozu śladów oraz dokumentacji. W okresie od maja do czerwca 1945 r. przeprowadzono wstępne śledztwo w sprawie zbrodni popełnionych w Stutthofie. Specjalna grupa oficerów dochodzeniowych przystąpiła do pracy nad zabezpieczeniem dokumentów i zebraniem relacji od byłych więźniów. Dokonano m.in. oględzin kości znalezionych obok obozu, zwałów obuwia oraz składu materiałów trujących w obrębie obozu. Na podstawie swych badań komisja stwierdziła, "że obóz koncentracyjny Stutthof faktycznie był obozem śmierci".

Podejrzani o współpracę z Niemcami

W tym miejscu kończyła się większość artykułów dotyczących historii KL Stutthof. Ale nie była to cała prawda o wyzwoleniu. Nie pisano np. o tym, że w skład rzeczonej komisji obok wysokich oficerów armii, lekarzy i prokuratorów wojskowych weszli też przedstawiciele NKWD i kontrwywiadu wojskowego Smiersz. Ani o tym, że wielu więźniów, którzy zostali wypuszczeni z obozu, aresztowano kilka dni później.

Aresztować więźnia lagru, by uczynić go więźniem łagru to pomysł szatański. Pierwszy raz przeczytałem o tym w podziemnym wydawnictwie, które opisywało los sowieckich jeńców, o których Stalin powiedział: "nie ma sowieckich jeńców wojennych, są tylko zdrajcy". Dlatego każdego traktowano jako wroga i skazywano na pobyt w łagrze.

System komunistyczny został zbudowany na niewolniczej pracy swych obywateli. Teraz uznano, że budować mogą go też sowieccy jeńcy (wiosną 1945 r. poza granicami przebywało 6,5 miliona obywateli ZSRS), jeńcy niemieccy, włoscy, węgierscy, rumuńscy… A także Polacy i wszelcy cudzoziemcy, którzy mieli nieszczęście wpaść w łapy NKWD. Łagry powstawały najczęściej przy kopalniach, fabrykach, zakładach - były rezerwuarem bezpłatnej siły roboczej.

"Władze sowieckie ukrywały istnienie cudzoziemskich więźniów. Uwalniano ludzi, kiedy to było wygodne, z reguły jednak wypierano się ich istnienia" - pisze autorka "Gułagu" Anne Applebaum.

Na terenie Pomorza aresztowano wielu byłych więźniów Stutthofu. Marcin Owsiński, historyk pracujący w Muzeum Stutthof, wyjaśnia to tak: "Filtracje, przesłuchania oraz zatrzymania dotyczyły najczęściej byłych więźniów - działaczy Armii Krajowej, Gryfa Pomorskiego oraz sprawujących w obozie stanowiska funkcyjne. […] Najczęściej byli oni zatrzymywani kilka - kilkanaście dni po wyzwoleniu, poza obozem, w miastach, gdzie organizowano punkty zbiorcze, ośrodki pomocy i szpitale. Zatrzymania i przesłuchania nie były prowadzone na ślepo, wg obecnego stanu wiedzy NKWD dysponowało listą potencjalnie »niebezpiecznych« osób spośród byłych więźniów KL Stutthof, których należy prewencyjnie zatrzymać". Czasem o aresztowaniu decydował donos, brak dokumentów, ale oficjalnie było to podejrzenie o współpracę z Niemcami.

W Archiwum Państwowym w Gdańsku M. Owsiński znalazł list z prośbą o interwencję, który w sierpniu 1945 r. do wojewody gdańskiego wysłał Marcin Pawlaczyk, ojciec Mariana Pawlaczyka, więźnia Stutthofu nr 22715: "Gorąco proszę ob. Wojewodę o interwencję w sprawie syna mojego Mariana, więźnia niemieckiego obozu koncentracyjnego w Stutthofie uwięzionego przez władze sowieckie w Elblągu. Syn mój […] został wzięty z domu przez Gestapo 3 maja 1943 roku ze względu na swoje niezłomne trwanie przy polskości […]. Po wyswobodzeniu jeńców z obozu przez wojska radzieckie syn mój do domu nie powrócił, gdyż wg otrzymanych przeze mnie wiadomości został zatrzymany […]. Ufam, że ob. Wojewoda rozumiejąc tragedię człowieka, który przeszedł przez obóz hitlerowski i został w drodze do wolnej Ojczyzny w ten sposób skrzywdzony, zechce szybko interweniować w tej sprawie". Jednak list pozostał bez odpowiedzi, a "sprawa Pawlaczyka oraz grupy kilkudziesięciu byłych więźniów KL Stutthof pozostała nieujawnianą publicznie, ale znaną w środowisku stutthowiaków »tajemnicą« do 1989 roku".

Marian Pawlaczyk był z pokolenia Kolumbów - harcerz Szarych Szeregów, później żołnierz AK. Od maja 1943 r. był przetrzymywany w Stutthofie. W jego wypadku wolność trwała zaledwie dwa dni - tyle, ile zabrała mu droga z obozu do Elbląga, gdzie wraz z grupą współwięźniów został zatrzymany przez NKWD. W jego celi byli "własowcy, Niemcy, volksdeutsche, wszyscy razem, wszystkich nas traktowano jak faszystów".

To fragment jego relacji, która znajduje się w archiwum Muzeum Stutthof. Opisał w niej swą gehennę, drogę z piekła niemieckiego obozu koncentracyjnego do piekła Workuty, dokąd trafił z wyrokiem - 15 lat więzienia. Wspomina nieludzkie warunki łagru, katorżniczą pracę w kopalni, chłód i głód, wycieńczenie (ważył ok. 36 kg). Uwolniono go dopiero w 1954 r. Do domu wrócił 12 lat po swym aresztowaniu. Pisze z bólem: "zabrali mi najlepsze lata mego życia […] a tego nikt mi nie zwróci".

Los kilkuset więźniów KL Stutthof, którzy bez żadnej winy; tylko za to, że przeżyli (bo dla sowieckich śledczych fakt pozostania wśród żywych już był podejrzany) trafili do archipelagu Gułag, był niewypowiedzianie tragiczny, tym boleśniejszy, że ojczyzna się o nich nie upominała.

Wielu z nich pozostało na nieludzkiej ziemi. Trzeba o nich pamiętać 9 maja w 70. rocznicę wyzwolenia obozu Stutthof. Ta data dla Rosjan jest świętem narodowym, Dniem Zwycięstwa, ale warto przypominać zdanie węgierskiego pisarza Sándora Máraia, że "żołnierze sowieccy w 1945 r. oswobodzili nasze ziemie, ale nie mogli nam dać wolności, bo sami jej nie mieli". 1 września 2009 r. na Westerplatte zacytował je w swym przemówieniu Donald Tusk. Bardzo się to nie spodobało Władimirowi Putinowi. Dziś, gdy obserwujemy politykę Rosji wobec Ukrainy i słyszymy ton propagandy rosyjskiej, wcale nas nie dziwi jego irytacja.

Andrzej Kasperek, ur. 1958, absolwent UG, seminarium prof. Marii Janion, pisarz, badacz literatury, działacz opozycji demokratycznej, od wielu lat naucza w LO w Nowym Dworze Gdańskim. Nominowany do Finału Nagrody Literackiej Gdynia 2011 za książkę "Back in the DDR i inne opowiadania" (2010). Autor tomu esejów "Galeria Jacka Kaczmarskiego. Skrzydło wschodnie" (2013) oraz nowych opowiadań pt. "Koronczarka" (2013). W 2012 odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Od autora: W swym artykule korzystałem z opracowań: M. Orski, Represje wobec więźniów obozu koncentracyjnego Stutthof po wkroczeniu Armii Czerwonej na terytorium Pomorza Gdańskiego, M. Orski, Ostatnie dni obozu koncentracyjnego Stutthof, M. Owsiński, Armia Czerwona na Żuławach po zakończeniu działań wojennych [dziękuję autorowi za udostępnienie maszynopisu], Żuławy w roku 1945, pod red. A. Gąsiorowskiego i J. Hochleitnera

Los więźniów, którzy bez żadnej winy - tylko za to, że przeżyli - trafili na archipelag Gułag, był niewypowie-dzianie tragiczny

polecane: Wybory 2019

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie