reklama

Strach się bać być pacjentem

rozm. Dorota AbramowiczZaktualizowano 
Andrzej Sokołowski przez 26 lat był przewodniczącym związku zawodowego lekarzy na Pomorzu
Andrzej Sokołowski przez 26 lat był przewodniczącym związku zawodowego lekarzy na Pomorzu mat. prasowe
Znam pielęgniarki, które pracują 500 godzin w miesiącu. W szpitalach prowadzone są podwójne grafiki - mówi dr Andrzej Sokołowski, prezes Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Szpitali Prywatnych.

Zgon 44-letniej lekarki z Białogardu, która dostała zawału po trwającym cztery dni dyżurze sprowokowała wiele komentarzy na temat organizacji pracy w szpitalach. A może śmierć pani doktor nie miała nic wspólnego z długością dyżuru?
Niewykluczone, że lekarka zmarła z powodów naturalnych, ale stało się to w czwartej, a niektórzy związkowcy twierdzą, że nawet w ósmej dobie dyżuru. Ta śmierć zwróciła uwagę na problem, który jest w Polsce przemilczany, zresztą ku zadowoleniu władz. Dotyczy on wszystkich pracowników ochrony zdrowia, głównie lekarzy i pielęgniarek, których jest w naszym kraju skrajnie za mało.

O tym akurat mówi się od dawna...
Zgoda, ale równocześnie przemilczane są konsekwencje tego zjawiska. Niedobór lekarzy i pielęgniarek pokrywa się nadgodzinami i kontraktami. Nie bez powodu w ostatnich latach państwo otworzyło - mimo protestów większości pielęgniarek - możliwość pracy tej grupy zawodowej na kontraktach. W efekcie panie zatrudnione na oddziałach szpitalnych dostały w kość. Dyrektorzy szpitali umieją liczyć. Po co szukać dziesięciu etatowych pielęgniarek, które przepracują miesięcznie 1200 godzin na oddziale, skoro można zatrudnić pięć pracownic, z których każda będzie dyżurować 250 godzin każdego miesiąca? Znam pielęgniarki z Trójmiasta, które równocześnie w dwóch szpitalach przepracowują 500 godzin miesięcznie.

Wypada ponad 16 godzin dziennie, przez trzydzieści dni w miesiącu... Które szpitale tak zatrudniają pielęgniarki?

Szpitale w Gdyni. Pielęgniarka, która w ten sposób pracuje, praktycznie nie ma prawa żyć. Ona przebiega z jednego miejsca do drugiego. I nie można jej za to winić, bo została do tego zmuszona.

W jaki sposób?
Przez ustalenie niskiej stawki. Choć związki zawodowe w ostatnim czasie walczyły o podniesienie płac w ochronie zdrowia, uznano, że wręcz krzywdą dla systemu byłoby podniesienie płac pielęgniarkom i lekarzom, gdyż nie miałby kto stanąć przy łóżku chorego. Gdyby pensja za 168 godzin spędzonych miesięcznie w pracy była godna, personel medyczny chodziłby do pracy jak normalni ludzie. Jednak przy tak niskiej stawce, by utrzymać rodzinę, dom, samochód, pielęgniarki muszą pracować dodatkowo. Wtedy system nie odczuwa braku pielęgniarek, które biegają z miejsca w miejsce. A ponieważ nie są robotami, to skutkiem przemęczenia są błędy. Znam wiele takich przypadków.

Proszę o konkrety.
Jeśli takie pytanie zada prokurator - chętnie odpowiem, z imieniem, nazwiskiem, datą zdarzenia. Znam też przypadki, gdy szpitale publiczne w Trójmieście starając się o certyfikat ISO, czyli systemu zarządzania jakością, zadeklarowały, że na oddziale pracują trzy pielęgniarki. A potem, gdy certyfikat został przyznany, na oddziale pozostały dwie pielęgniarki. Jest to zjawisko masowe. Podobnie dzieje się z lekarzami. Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy wnioskował o podniesienie stawek, na jesień zapowiadane są wielkie protesty.

Pensje lekarskie znacznie przecież wzrosły.

Nieprawdą jest, że lekarze zarabiają krocie. Owszem, zarabiają, jeśli pracują w sposób nienormalny. Czyli - na etacie w szpitalu, a potem jeszcze biorąc dziesiątki dyżurów i jeżdżąc od jednej do drugiej placówki służby zdrowia. Kiedy zsumuje się wszystkie wynagrodzenia, bo tak się oszukańczo robi, to wówczas można powiedzieć, że lekarz zarabia 8-10 tys. zł. Jest kilka specjalizacji (m.in. kardiochirurdzy czy anestezjolodzy), które mają wysokie stawki, ale pozostali lekarze nadrabiają dodatkowymi godzinami pracy. Już teraz niektórzy dyrektorzy szpitali publicznych nie przyjmują pracowników na etat. Proponuje im się kontrakt - 12 miesięcy w roku, brak płatnego urlopu i nieograniczoną liczbę godzin pracy, do których można ich zmusić. Proszę spojrzeć na tę sytuację z punktu widzenia interesów pacjenta. Jeśli biegnący do drugiej pracy lekarz kontraktowy nie zwróci uwagi na niepokojące symptomy u pacjenta lub pielęgniarka kontraktowa w trzysetnej godzinie pracy pomyli ampułki, podając lek domięśniowy dożylnie zabije człowieka, dyrekcja jest czysta. Podpisała umowę z lekarzem i pielęgniarką, więc to oni są winni. Pilot nie przesiądzie się zza sterów samolotu w jednych liniach lotniczych do samolotu w innych liniach, bo Urząd Lotnictwa Cywilnego kontroluje czas jego pracy. Kierowca nie pojedzie dłużej, niż pozwala mu na to tachometr. Tylko ludzie, od których zależy nasze zdrowie i życie, mogą pracować bez granic. Nawet w szesnastu szpitalach. Strach się bać być dziś pacjentem.

Czy odnotowywane są przypadki błędów medycznych, których przyczyną było zmęczenie lekarza lub pielęgniarki?

Nie. Gdyby to zrobiono, władze zapewne spaliłyby dowody na źle zbudowany system.

W Polsce działa Państwowa Inspekcja Pracy, jest sanepid, są związki zawodowe...
I nikt nie reaguje. W szpitalach prowadzone są podwójne grafiki. Kiedy przychodzi inspektor PIP, otrzymuje do wglądu grafik niezgodny z prawdą. Poza tym Państwowa Inspekcja Pracy nie widzi nic zdrożnego przy samozatrudnieniu pracowników ochrony zdrowia. Po ujawnieniu przypadku śmierci lekarki z Białogardu podano informację, że w szpitalu przeprowadzono szereg kontroli i nikt nic nie znalazł. Dyrektor szpitala wystąpił radośnie przed kamerami i oznajmił, że lekarka sama odpowiadała za siebie, bo była samozatrudniona. I skoro zadecydowała, że chce pracować cztery doby pod rząd, to był jej problem. Jak to jej problem? Czy dyrektor lub ordynator nie widzieli, że to samo nazwisko powtarzało się przez cztery dni pod rząd na grafiku? Czy nie wiedzieli, że taka sytuacja wprowadza niebezpieczeństwo dla pacjenta? Z tego wynika, że niezbędne jest wprowadzenie mechanizmu, który pozwoliłby na obligatoryjne mierzenie czasu pracy lekarzy i pielęgniarek.

Jakiego mechanizmu?
Zacząłbym od zrobienia listy numerów PESEL pracowników ochrony zdrowia w województwie. Przy każdym zatrudnieniu, nawet na kilka godzin w miesiącu lekarza lub pielęgniarki, pracodawca powinien odnotować ten fakt i wraz z numerem PESEL osoby zatrudnionej umieścić w raporcie wysyłanym do lekarza wojewódzkiego. Jeden dyrektor napisze: zatrudniałem pana X. 106 godzin na etacie. Drugi - u mnie X. przyjmował pacjentów przychodni 80 godzin. Jeszcze inny, ze szpitala powiatowego w sąsiedztwie, poda, że X. pracował u niego 200 godzin. Po zsumowaniu danych lekarz wojewódzki otrzyma listę wszystkich, którzy pracowali powyżej 168 godzin, stając się zagrożeniem i dla siebie, i dla chorego. To zadziała jak tachometr, którego brakuje medycynie.

Czy wcześniej zgłaszano pomysły kontroli czasu pracy?
Wielokrotnie! Tylko, że kolejni rządzący Polską nie chcą i nie mogą tego wprowadzić. Trzeba najpierw zacząć kształcić lekarzy i pielęgniarki. Jedną z nielicznych rzeczy, w której zgadzam się z ministrem Konstantym Radziwiłłem jest przywrócenie szkół pielęgniarskich. Krótkie kształcenie w postaci zjazdów weekendowych dla maturzystek, które robią w ten sposób licencjat, na pewno nie jest lepsze od pięcioletniej szkoły, w której uczyły się dawniej pielęgniarki. Trzeba się popytać praktyków - każdy powie, że pielęgniarka z tamtym wykształceniem jest o wiele lepsza od posiadaczki licencjatu, a nawet niektórych pań magister pielęgniarstwa.

Trzeba też znaleźć pieniądze na pensje dla tych już wykształconych...

Bez tego nie zapewnimy bezpieczeństwa chorym, których dziś leczą i pielęgnują niewyspani, zestresowani ludzie.

Flesz - nowi marszałkowie Sejmu i Senatu, sukces opozycji

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 4

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

m
maruda

Chyba już nie pamiętasz jaki był poziom obsługi w gabinetach szkolnych. Rozumiem pielęgniarkę i badanie przesiewowe w szkole, ale lekarza dla moich dzieci wolę wybrać sam a nie polegać na wyborze urzędnika jakim jest dyrektor szkoły.

z
znawca

Masowe przechodzenie lekarzy i pielęgniarek na kontrakty, przekształcanie szpitali w spółki, prywatyzacja... To wszystko na masową skalę rozpoczęło się za PO. Pozornie to korzystne. I dla pracowników i dla szpitali i dla pacjentów. Pozornie.
Pracownik niby dostaje większe pieniądze, do czasu aż nie popełni błędu bądź nie padnie z przemęczenia.
Dla szpitali, bo nie obowiązuje ich kodeks pracy, jednak zamiast mieć zgrany zespół pracowników, którzy utożsamiają się z placówką, ma się najemników i firmy outsorcingowe, nad którymi traci się kontrolę, cierpi na tym jakość i renoma (dlaczego nowoczesne firmy np IT coraz częściej budując zespół inwestują w pracowników i starają się ich motywować i przywiązywać do siebie, zaś w szpitalach odwrotnie - coroczne konkursy, przypadkowi ludzie co zażądają najniższą stawkę).
Dla pacjentów - bo póki chorują na coś, co jest dobrze wyceniane (np zawał), to szpitale będą się biły o niego i traktowały jak ViPa. Jednak jak zachoruje na przewlekłą chorobę wymagającą dlugotrwałego leczenia, nisko wycenianą, to wyląduje na przeludnionej internie w podrzędnym publicznym szpitalu, dobrze jeśli nie na korytarzu i będzie kulą u nogi...
W wielu dojrzałych krajach odwraca się od tego typu modelu pracy służby zdrowia, po początkowym zachłyście. Potrzeba zdecydowanie więcej lekarzy i pielęgniarek, powrót etatów jako podstawy zatrudnienia (przy znacznym wzroście wynagrodzenia, a nie jak teraz - albo kontrakt, albo 4 tys brutto na etacie dla specjalisty II stopnia). Ale żadnej rząd nie byłby tym zaintersowany, bo bez pracy lekarzy na trzech etatach system by runął. Też jestem za tym, co wykrzykuje większość hejterów na forach - niech lekarze pracują tylko w jednym miejscu. Każdy lekarz czy pielęgniarka tylko by przyklasnęli. Ale wówczas nie dość, że kolejki wydłużyłyby się kilkukrotnie, to walka o pojedynczych lekarzy i pielęgniarki doprowadziłaby do wzrostu płac na poziomie porównywalnym z szefami państwowych spółek.

X
XXX

w gospodarce rynkowej bo w tym przypadku nie bardzo jest miejsce na zdrowy rozsądek.
Każda jednostka organizacyjna służby zdrowia musi szczegółowo rozliczać i dokumentować
koszty leczenia i dlatego nie można np. w jednej jednostce wykonać jedno badanie krwi
w łącznym zakresie - powiedzmy w zakresie ABCD przy czym zakres AB jest wymagany w
jednej zaś zakres CD w drugiej jednostce. Niestety pacjent - posiadający skierowania na te -
badania zmuszony jest odwiedzić dwa laboratoria i oddać krew w każdym z nich.
Oczywiście wielekroć ważniejsze są kolejki, kolejki i jeszcze raz kolejki do lekarzy
specjalistów.
PS. Wczasach tego wstrętnego PRL-u w liceum do którego uczęszczałem był gabinet
lekarsko - dentystyczny działający w czasie zajęć z których można się było "urwać"
i pójść do lekarza pod takim czy innym pretekstem - szczególnie wtedy gdy się
nie było należycie przygotowanym do lekcji! To wszystko oczywiście do gospodarki
rynkowej zupełnie nie pasowało dlatego tak mamy jak mamy - np. nie wszystkie
zęby i to już za młodu. Nie piszę tego dla pochwały PRL-u jak takiego - bo sam
z nim też walczyłem.

G
GUSS

Trzeba z tym żyć byle przetrwać ten pis.

Dodaj ogłoszenie