Stoch: Moją maskotką jest obrączka ślubna

Andrzej Stanowski
Kamil Stoch w Willingen fot. Uwe Zucchi
Kamil Stoch, choć wygrał ostatnie zawody Pucharu Świata przed igrzyskami, nie czuje się liderem naszej reprezentacji w skokach.

PŚ w Willingen. Stoch w olimpijskiej formie!

Będą to Pana trzecie zimowe igrzyska. Jak Pan wspomina poprzednie?
Do Turynu (2006) pojechałem jako 18-latek, to były dopiero początki mojej kariery. Wypadłem średnio, bo tak trzeba nazwać 16. i 26. miejsca w konkursach indywidualnych. W drużynie z Adamem Małyszem zajęliśmy niezłe piąte miejsce. Olimpiada w Vancouver (2010) to było kolejne zbieranie doświadczeń. Byłem 14. na dużej skoczni, przyznaję, że liczyłem na więcej. I na wyższe niż szóstce miejsce w drużynie. W Kanadzie byłem pod wrażeniem osiągnięć Simona Ammanna i Adama Małysza.

Teraz do Soczi jedzie Pan jako lider zespołu. Jak się Pan widzi w nowej roli?
Wcale nie czuję się liderem. Jestem częścią drużyny. Nie jestem, jak dawniej bywało z Adamem Małyszem, osamotniony, bo mamy naprawdę bardzo mocny team. Na dobry wynik stać każdego z kolegów. To sprawia, że nie czuję presji. Mnie się nie uda, może mnie zastąpić kolega.

Agencja Infostrada Sports twierdzi, że Polska zdobędzie na igrzyskach cztery medale, dla Pana dziennikarze rezerwują złoty na dużej skoczni. Co Pan na to?
Do takich prognoz pochodzę z olimpijskim spokojem, z dystansem. Nie będę ukrywał - jadę walczyć o medal. Ale za zasługi się go nie otrzymuje, nie ma dzisiaj żadnego znaczenia, że jestem mistrzem świata z Val di Fiemme. Pocztą medalu nie dostanę. Muszę go sobie wywalczyć na skoczni. Na pewno w ostatnich latach wzmocniłem się psychicznie, zwycięstwa w konkursach o Puchar Świata, złoty medal z Val di Fiemme dodały mi pewności siebie. Głupio byłoby gdybym mówił, że będzie mnie satysfakcjonowało miejsce w pierwszej dziesiątce. Ale nie stawiam wszystkiego na jedną kartę. Jak Bóg da, będzie medal, jak nie - to poczekam. Na olimpiadzie w Soczi nie kończy się świat. Będą kolejne zimowe igrzyska, mam nadzieję, że wystartuję za cztery lata, za osiem, a może nawet w kolejnych olimpijskich zawodach. Z podziwem patrzę na 41-letniego Noriakiego Kasai. To fenomen!

Pana koledzy z reprezentacji twierdzą, że możecie jako drużyna sięgnąć po medal. To realny cel?
Jak najbardziej! Koledzy mają rację, jeszcze nigdy nie mieliśmy tak silnego zespołu. Przecież już parę razy stawaliśmy na podium zawodów pucharowych, mamy brązowy medal z mistrzostw świata w Val di Fiemme.

Kogo w Soczi trzeba się obawiać najbardziej? Niektórzy mówią, że w walce o złoto liczyć będzie tylko pięciu, sześciu skoczków...
Każdego zawodnika z pierwszej dziesiątki Pucharu Świata stać na złoty medal. Będzie wielu mocnych rywali, nikogo skreślać nie można. Ten sezon jest jak nigdy bardzo wyrównany, wystarczy popatrzeć, ilu zawodników wygrywało pucharowe konkursy. Aż czternastu! Nie ma w tym sezonie jednego dominatora, wszystko się ciągle tasuje. Tak będzie do ostatniej chwili. Wygra ten, kto będzie miał nie tylko wysoką formę, ale przede wszystkim mocne nerwy. Psychika będzie miała decydujące znaczenie.

O kolejny złoty medal może się pokusić Szwajcar Simon Ammann, który jest czterokrotnym mistrzem?
Nie wykluczam takiej ewentualności. Ale ja nie patrzę na rywali, skupiam się tylko na sobie, na tym, co mam zrobić na igrzyskach.

Nie skakał Pan nigdy na olimpijskich obiektach w Soczi. To będzie dla Pana duży problem?
Nie sądzę. Na dużym obiekcie nikt jeszcze nie skakał zimą, były tylko konkursy na skoczni normalnej. Startowali na niej moi koledzy, twierdzą, że skocznia jest nowoczesna, przyjazna skoczkom. Parę dni treningu powinno wystarczyć, żeby poznać skocznie, oswoić się z nimi.

Podobno miał być Pan chorążym naszej ekipy olimpijskiej w Soczi?
Nikt się do mnie w tej sprawie nie zwracał.

Nie myślał Pan, żeby zabrać nad Morze Czarne żonę Ewę?
Nie było takich planów. Lepiej, niech Ewa zostanie w domu, nie chcę się o nią niepokoić. Ciągle mówi się o zagrożeniu terrorystycznym. Na pewno my, sportowcy, będziemy mieli zapewnione bezpieczeństwo, ale co będzie działo się wokół, tego nikt do końca nie wie. Poza tym słyszę, że ceny w Soczi oszalały.

Zabiera Pan jakąś maskotkę do Rosji?
Moją maskotą jest obrączka ślubna.

Wideo

Materiał oryginalny: Stoch: Moją maskotką jest obrączka ślubna - Gazeta Krakowska

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie