reklama

Stefan Chwin: Moją muzą jest żona Krystyna

Barbara SzczepułaZaktualizowano 
Stefan Chwin (na zdjęciu z żoną, Krystyną): Kiedy piszę o moich bohaterkach, mam przed oczami zwykle tę samą kobietę... Robert Kwiatek/Archiwum
Dlaczego Stefana Chwina pociągają guwernantki? Jakie kobiety ceni? Co to jest erotyczna dusza? Czy Bolesław Prus rzeczywiście był taki poczciwy, jak zwykliśmy sądzić? Co stało się z aniołem, który wygonił z raju Adama i Ewę? Ze Stefanem Chwinem, nie tylko o jego nowej powieści "Panna Ferbelin" rozmawia Barbara Szczepuła

Raz ma na imię Esther, kiedy indziej - Maria, jak bohaterka pana najnowszej powieści "Panna Ferbelin". Ciągle pisze Pan o tej samej kobiecie?
Bohaterki moich książek są rzeczywiście trochę do siebie podobne. Zmieniają się tylko ich stroje. Może dlatego, że kiedy o nich piszę, mam przed oczami zwykle tę samą kobietę...

Nim wyjaśnimy, kim jest Pańska Muza, porozmawiajmy o Marii Ferbelin. Jest gotowa na wszystko, żeby ocalić ukochanego. Posuwa się nawet do czynu niegodnego.
Ona robi wszystko, by uratować człowieka nazywanego Nauczycielem z Neustadt, który przybył do Gdańska i został niesprawiedliwie skazany na śmierć. Panna Ferbelin dopuszcza się z pewnością czynów niemoralnych. W tle mojej powieści pojawia się dość ryzykowne pytanie: Czy jest jakaś dopuszczalna cena, jaką należałoby zapłacić za to, by na przykład uratować Jezusa od ukrzyżowania?

Stefan Chwin: Kiedy życia nie da się znieść

Można porwać dziecko?
Pytanie jest okropne, ale jaką prostą odpowiedź można na nie znaleźć? Bo czy jest coś cenniejszego niż życie Nauczyciela, który przyszedł do ludzi z Dobrą Nowiną, by ich ocalić? A jeśli świat został tak skonstruowany, że nie można osiągnąć dobra bez zranienia dobra? Jest to pewnie myśl dość pesymistyczna, więc może należy ją raczej ukrywać przed ludźmi ze względów pedagogicznych…

Ale pisze Pan przecież dla dorosłych. W "Pannie Ferbelin" odwraca Pan role, zwykle to mężczyzna ratuje kobietę, tu jest odwrotnie.
Trochę na przekór oczekiwaniom kobiet, które żywią na ogół przekonanie, że to mężczyzna powinien być wybawcą.

Nowa gdańska powieść Stefana Chwina - "Panna Ferbelin"

Rycerzem?
Cóż, moją uwagę przyciągają kobiety, które są mocniejsze, mądrzejsze i głębsze od mężczyzn.
To się czasem zdarza w przyrodzie. Ale wracając do dziecka: jest straszne. Mały potwór.
To jest dziecko przede wszystkim bardzo nieszczęśliwe.

Nie ma matki.
Chłopiec nie ma matki i jest przekonany, iż ponosi winę za jej śmierć, bo jego matka umarła podczas porodu. Kiedyś spotkałem kogoś, kto przez całe życie nosił w sobie podobny uraz. Próbował wytłumaczyć sobie, że przecież nie powinien siebie oskarżać, bo jaka, na Boga, była jego wina? Ale rozum swoje, a serce - swoje. Chłopiec w mojej powieści jest zły, ale jednocześnie sam cierpi. I wcale nie znajduje przyjemności w czynieniu zła. Robi rzeczy bardzo niedobre, ale robiąc je, broni się przed niezawinionym bólem. On powinien raczej budzić litość i współczucie. Ale my bardzo nie lubimy myśleć, że źli ludzie, którzy nas krzywdzą, mogą być źli właśnie dlatego, że cierpią.
Wróćmy do Pańskich kobiet. Maria i Esther, tytułowa bohaterka jednej z poprzednich Pańskich powieści, to guwernantki. Obie są z Gdańska. Jednak ich podobieństwo jest tylko pozorne…
Ja czuję się czasem tak, jakbym przez wiele lat żył w wieku dziewiętnastym, a teraz pisząc swoje książki, przypominam sobie tylko to, co kiedyś widziałem na własne oczy w dawnym Gdańsku. Może właśnie dlatego tak przyciąga moją wyobraźnię postać guwernantki. Guwernantka to piękna kobieta, która wchodzi do rodziny, ale pozostaje w niej osobą obcą. Jest jakieś ciekawe erotyczne napięcie w takim pomieszaniu ról.

Stefan Chwin: Kiedy życia nie da się znieść

Guwernantka budzi zainteresowanie ojca lub dorastającego syna. Albo obu.
W przypadku "Esther" kocha się w guwernantce syn. W przypadku panny Ferbelin coś zaczyna się dziać między nią a prokuratorem, jej chlebodawcą, człowiekiem dość złym. Ona niby kocha czystą miłością szlachetnego Nauczyciela z Neustadt, a jednocześnie cały czas płynie w niej jakaś podziemna rzeka niedobrych pożądań… W jednej ze scen panna Ferbelin, mijając na schodach prokuratora, czuje to erotyczne iskrzenie… Wszystkie postacie w moich powieściach mają w swoim wnętrzu coś sprzecznego ze swoją jawną naturą.

Gdy Esther zapada na tajemniczą chorobę, zakochany w niej mężczyzna chce ją ratować, ale jednocześnie pod wpływem Nietzschego zaczyna rozmyślać o eutanazji. Co to za miłość?
W kulturze greckiej eutanazję rozumiano jako wyzwolenie z cierpień życia. W przypadku bohatera "Esther" jest to objaw głębokiego współczucia. On chce uwolnić ukochaną kobietę z nieuleczalnego cierpienia. Sądzi, że gasząc życie, zlikwiduje ból.

Dwuznaczne moralnie…
Niemniej jednak jego intencje nie są złe. Wiem, że przypadki eutanazji zdarzały się na przykład podczas Powstania Warszawskiego. Ciężko ranny powstaniec prosił kolegę, by pomógł mu umrzeć, bo nie chciał się dostać w ręce Niemców, którzy mogliby się nad nim pastwić. Nie widzę różnicy między nim a chorym, który bardzo cierpi i prosi lekarza czy swoich bliskich, by go wyzwolili z udręki życia. Ocena moralna takich przypadków jest oczywiście trudna.

"Panna Ferbelin" jest kolejną, po "Esther", Pańską książką, w której przenosi Pan akcję do jakiejś rzeczywistości równoległej. W XIX-wiecznym Gdańsku wybucha rewolta robotnicza przypominająca Sierpień 1980. Fascynuje Pana tasowanie czasów?
Niepokoje społeczne zdarzały się także w XIX wieku, ale ja piszę o tym, co znam z własnego doświadczenia, a więc o tym, co wydarzyło się w sierpniu 1980 roku. W mojej powieści buduję model sytuacji, która mogła się zdarzyć wszędzie i w każdym czasie. Tasuję epoki, by uzyskać przestrzeń, w której taki model można umieścić. Wprowadzam zresztą konkretne rekwizyty, które mają świadczyć o tym, że rzecz dzieje się równocześnie w XIX i w XX wieku
Na przykład?
Jednym z powodów niezadowolenia robotników jest ich nadmierna eksploatacja przy budowie wielkiego niemieckiego pancernika. Ich gniew wywołuje praca ponad siły, do której są zmuszani przez władze. Dlatego żądają pięciogodzinnego dnia pracy, co brzmi bardzo współcześnie, bo i u nas, wcześniej czy później, pojawią się takie żądania.

Nowa gdańska powieść Stefana Chwina - "Panna Ferbelin"

W "Pannie Ferbelin" jak w "Żonie prezydenta" występuje przywódca sekty religijnej, Mistrz, którego kocha tytułowa bohaterka. Tęsknota za cudownym rozwiązaniem naszych ziemskich problemów?
Wszyscy tęsknimy za tym, by zjawił ktoś, kto by szybko i bezboleśnie rozwiązał nasze problemy.

Mistrz, czyli Nauczyciel z Neustadt przypomina trochę Jezusa.
Można dopatrzyć się pewnych podobieństw, ale postacie głoszące wizję lepszego świata występują nie tylko w Ewangelii. Pojawiają się co jakiś czas na świecie. Często ludzie rozpoznają w nich wysłanników sił nadprzyrodzonych. Nauczyciel z mojej powieści nie jest Jezusem, choć trochę Jezusa przypomina.

A jego nauczanie przypominające żywo "Kazanie na górze"?
Rozszerzyłem je na przykład o krytykę naszej cywilizacji, zwłaszcza edukacji. Wychowując dzieci, wpajamy im z jednej strony, żeby były uczciwe, porządne, nie kłamały, z drugiej - chcemy, żeby potrafiły kłamać, kombinować, bo tylko wtedy dadzą sobie radę w życiu. Tego w "Kazaniu na górze" nie ma.

Skąd to zainteresowanie teologią?
Od dziecka mam duszę teologiczną. W odróżnieniu od wielu ludzi zawsze bardzo uważnie słuchałem czytań podczas mszy i rozmyślałem nad tym, co usłyszałem. Zachwycała mnie wartość literacka biblijnych przypowieści. I to poprowadziło mnie dalej. Na studiach zainteresowały mnie związki między teologią a literaturą. Obecnie pracuję nad książką na ten temat: piszę o dialogach dawnych i współczesnych pisarzy z myślą świętego Augustyna. Krążę wokół samobójstwa…

Niedawno wydał Pan książkę "Samobójstwo jako doświadczenie wyobraźni". Znowu wraca Pan do tego tematu?
Samobójstwo to jeden z problemów, które mnie od dawna interesują. Nie przestaję się nad nim zastanawiać. A myśl Augustyna badam pod kątem jej wpływu na nasze ważne życiowe sprawy. Podziwiam jego dzieła, ale nie jest to zachwyt religijny, lecz podziw dla niesłychanej wyobraźni teologicznej tego bardzo wybitnego pisarza.
Ktoś nazwał Pannę Ferbelin mrocznym apokryfem. Zgadza się Pan z tą opinią?
Istotnie, "Panna Ferbelin" ma w sobie coś z apokryfu. Przypomnijmy, że apokryf to np. dopisanie do jakiejś sceny z Biblii dalszego przypuszczalnego ciągu zdarzeń, o których Biblia nie wspomina. Uważam apokryfy za ciekawy sposób rozumienia tekstu oryginalnego. Gdy się pisze apokryf, odsłaniają się nowe wątki oryginału, dotąd niewidoczne. Napisałem kilka apokryfów, drukowałem je swego czasu w "Tygodniku Powszechnym". Na przykład apokryf o tym, co działo się z aniołem, który mieczem ognistym wypędził z raju Adama i Ewę.

Co się z nim działo?
Wyobraziłem sobie, że anioł z mieczem ognistym wychodzi z pierwszymi ludźmi z raju i idzie za nimi w świat z wyrzutami sumienia, że ich z raju wypędził na ból i nieszczęście…

Wróćmy jednak do kobiet i miłości. W "Dzienniku dla dorosłych" pisze Pan: "Co to jest szczęście? Po latach prób i błędów chyba już wiem. To trafić na właściwą osobę. Ona jest bardzo mądra, wspaniała Pani Wygłupialska. Nawet w najczarniejsze dni jednym uniesieniem brwi umie rozpędzać moje lęki. Zawsze mnie wspiera w niedobrych chwilach". I tak dalej. Pieśń miłosna dla Żony, Muzy - Krystyny.

Z jednej strony podziwiam jej mądrość życiową, wrażliwość, niezwykłą inteligencję emocjonalną, z drugiej - zachwycam się jej pogodnym dystansem do wszystkiego. Ja się bardzo przejmuję różnymi rzeczami, ona umie moje lęki sprowadzić do poziomu umiarkowanego. To bardzo pomaga w trudnych momentach życia.

Każda żona chciałaby czytać takie peany na swoją cześć, ale o szczęściu trudno pisać. "Brak szczęścia dobrze służy sztuce" - zauważa Pan nie bez racji w "Dzienniku dla dorosłych".

To dość okropny paradoks. Sztuka rozkwita, gdy kręci się wokół zła i braku szczęścia. Pamiętam rozmowę na ten temat z Czesławem Miłoszem. On także nad tym rozmyślał. Mówił, że stara się znaleźć w sobie wewnętrzny motor twórczości, który byłby motorem szczęścia. Ale czy znalazł? Nie mam pewności. Tak to już jest, że mroczne sprawy uruchamiają wyobraźnię w większym stopniu niż pogodne opowiastki. Dlaczego tak jest, nie wiem. W sztuce główną sprawą jest iskra, która zapala wyobraźnię. Czasem ta iskra jest ciemna. W tym sensie artysta bywa - jak to się dziś mówi - po mrocznej stronie mocy.

Rzeczy z happy endem uchodzą za sztukę poślednią.
Istnieje takie przekonanie. Jak się coś dobrze kończy, ludzie od razu mówią, że autor schodzi z wysokiego poziomu. Robi coś podejrzanego, żeby pocieszyć. Oczywiście wszyscy na jakieś pocieszenie czekamy. Ale pisarz musi się mieć na baczności, bo narażony jest na zdradę samego siebie. Choć chciałby pocieszyć, czasem powinien jednak pozostać przy ciemności.
A jaka jest Pana ulubiona postać kobieca w literaturze polskiej?
Raczej nie znajduję w niej postaci kobiet, które przemawiałyby do mojego serca. Nie potrafię się głęboko przejąć Zosią, Telimeną, Grażyną czy Balladyną…

Może jakaś bohaterka Nałkowskiej?
U niej kobiety są za bardzo, jak na mój gust, świadome siebie. Zżera je autoanaliza.

A Izabela Łęcka?
Ona jest może jeszcze najciekawsza, bo dość niepojęta. Jej dziwne zachowania erotyczne…

Mnie wydaje się zimna.
Zimna? Ona wcale nie jest zimna! Cała sprawa w tym, że potrafi ją rozgrzać tylko łajdak. Tak to przedstawił poczciwy Prus, który, jak widać, wcale nie był taki poczciwy. Szlachetny Wokulski nie wywołuje w niej żadnych erotycznych dreszczy, a udaje się to draniowi Starskiemu! Choćby ta scena w przedziale kolejowym. To, co się tam wyprawia, jest jedną z najostrzejszych scen erotycznych w polskiej literaturze. Kolejowa orgia, w dodatku w obecności tego drugiego, czyli Wokulskiego, który udaje, że śpi. Warta uwagi jest Róża z "Cudzoziemki" Kuncewiczowej. Bardzo ciekawie wymyślona postać. Niby niepociągająca, raczej antypatyczna, ale złożona, bo z jednej strony jest w niej ostrość i twardość, z drugiej - jakieś delikatne, wrażliwe zranienie. To jest postać, której polska literatura nie musi się wstydzić na świecie.

Pomówmy więc o postaciach kobiecych z literatury światowej.
Ciekawią mnie kobiety z powieści Dostojewskiego. Taka na przykład Nastazja Filipowna z "Idioty". Dostojewski miał trochę sadystyczny stosunek do swoich bohaterek. Wszystkie są głęboko zranione jakimś cierpieniem, a z drugiej strony panują nad światem i nad mężczyznami. To się składa na niebezpieczną mieszankę erotyczną. Dostojewski wymyślił coś, co bym nazwał "duszą erotyczną". Bo zwykle uważamy, że erotyczne jest ciało, nie dusza. A u niego ciągle widać jakąś moralnie dwuznaczną fascynację kobietą zranioną, która jest erotyczna przez to, że cierpi duchowo. Zresztą Dostojewski i w życiu miał do kobiet dość sadystyczny stosunek.

W ten sposób wróciliśmy do konstatacji, że brak szczęścia i cierpienie dobrze służy sztuce.
Kto wie, może tak jest, ale nie przesadzajmy.

Zima 30-lecia w Polsce, zasypie nas śnieg

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie