Sprawa wyłudzonych 21 mln zł: 15 lat więzienia lub wolność za pieniądze

Jacek Wierciński
Naprawdę niezwykła - tak najkrócej opisać można sprawę Dariusza B., który 10 grudnia stanął przed gdańskim sądem. Mężczyźnie przyznającemu się do wyłudzeń niemal 200 bankowych kredytów na kwotę 21 mln zł grozi wyrok taki jak twórcy Amber Gold, Marcinowi P., ale jeśli w ciągu miesiąca „dogada się” z bankiem może w ogóle nie trafić za kraty.

Przestępstwo o jakie prokuratura oskarża 43-letniego gdynianina Dariusza B. jest poważne. Chodzi m.in. nadużycie zaufania, wyłudzenie kredytu, fałszerstwo dokumentu. Ogółem grozi mu do 15 lat pozbawienia wolności.

Kolosalne pieniądze

Zdaniem prokuratury B. przez lata pracy w jednym z dużych banków (gdzie udało mu się dojść do pozycji dyrektora oddziału) – od 2003 do 2013 roku nadużył uprawnień wyłudzając 185 kredytów o łącznej wartości przekraczającej 21,5 mln zł. W tym celu mężczyzna miał po prostu wymyślić 4 fikcyjne osoby i aż 42 firmy „na papierze” będące kredytobiorcami, w praktyce samemu pobierając gotówkę. Co ciekawe – według śledczych - w ciągu dekady B. spłacił dwie trzecie kwoty pozostawiając po sobie zadłużenie niespełna 7,4 mln zł.

W czwartek po raz pierwszy mężczyzna stanął przed sądem (przed którym odpowiada z wolnej stopy). Przyznał się do zarzucanego czynu, jednocześnie odmawiając składania wyjaśnień.

- Będę odpowiadał na pytania sądu i mojego obrońcy – zapowiedział Dariusz B.

Sędzia Aleksandra Kaczmarek-Byzdra przeczytała zeznania 43-latka złożone w śledztwie, w których początkowo nie przyznawał się do winy.

- Wtedy nie wierzyłem, że to jest kwota 7,5 mln. Nie miałem świadomości a teraz mam tę świadomość. Część tych pieniędzy oddałem osobom, które mi groziły a część się rozeszła – tłumaczył w czwartek przed sądem.

Dariusz B. o sobie w aktach sprawy

Wersja 43-latka jest taka, że w latach dziewięćdziesiątych pracował jako makler. Na giełdzie był krach a osoba, której portfelem dysponował zaliczyła dużą stratę i nalegała by jeszcze bardziej zaryzykować i odrobić porażkę. Łącznie przez niego giełdowi gracze stracili ok. 3 mln zł i to właśnie dwaj mężczyźni reprezentujący klientów nachodzili go w następnych latach. Mniej więcej 13 lat temu B. wpadł na pomysł by dać im 50 tys. zł na fikcyjną firmę, żeby „załatwić sprawę”.

- Oni chcieli więcej – mówił prokuratorom. Najpierw miał więc powiększyć kwotę tamtego kredytu, później wziąć kolejny na 100 tys. zł. Później były kolejne. Nie potrafił powiedzieć ile pieniędzy łącznie przekazał „dwóm mężczyznom”, a ich gróźb nigdy nie zgłosił policji. Przyznał, że część kwot pozostawiał dla siebie i był zdziwiony, że system kontroli banku nie wychwytywał jego „lewych” kredytów. To zaskakujące zwłaszcza, że - jak opowiadał - podstawą przyznania kilku z nich był jego dowód osobisty przerobiony w prostym programie graficznym („chyba w paincie”).

- Uważam, że przymykano na to oko – mówił śledczym i zaznaczył, że w firmie była duża presja na nowe kredyty.

- Potrzebowałem kilkaset tysięcy miesięcznie na spłatę rat. Później zostałem dyrektorem regionalnym i liczyłem dni, kiedy to się wyda, ale robiłem to samo – zeznawał w śledztwie B., który jak tłumaczył początkowo spłacał kredyty, ale później już nie miał na to środków. Dodał jednak, że przynajmniej część z 7,4 mln zł zarzucanych przez prokuraturę spłacił w formie odsetek, prowizji od kredytów i ich ubezpieczenia.

Pieniądze albo wyrok

- Nie spłaciłem kredytu hipotecznego na mieszkanie – przyznał w czwartek przed sądem Dariusz B. Opowiadał o tym, że wyłudzeń dokonywał sam – na własną rękę. Swoją część pieniędzy (po przekazaniu doli „dwóm mężczyznom”) miał przeznaczać na bieżąco „na życie”: dzieci (dziś to dwójka nastolatków), podróże, luksusowe produkty i ubrania. B. twierdzi, że żadnych pieniędzy nie zainwestował ani nie zaoszczędził.

To właśnie pieniądze mogą okazać się kluczowe w sprawie. Następne posiedzenie sądu zostało zaplanowane na 7 stycznia. Do tego czasu strony: obrońca i oskarżony oraz prokurator i pełnomocniczka banku mogą się „dogadać”.

Oferta Dariusza B. - dobrowolne poddania się karze - 3 lat więzienia z warunkowym zawieszeniem na 7 lat, grzywna w wysokości 30 tys. zł i zwrot bankowi 650 tys. zł została na razie przez bank odrzucona. Z drugiej strony 43-latek i jego obrońca adw. Paweł Brożek tłumaczą, że to realna kwota jaką oskarżony może zapłacić (mniej więcej tyle warte ma być bowiem jego gdyńskie mieszkanie). Obaj przyznają, że B. jest w stanie zapłacić większą kwotę rozłożoną na raty, ale dodają, że żądanie całych 7 mln zł jest właściwie równoznaczne z więzieniem dla B. i brakiem rekompensaty dla banku.

[email protected]

Wideo

Komentarze 4

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

B
Baribal

Sedzina -kretyna. Poznaj tylko nazwisko tej sprzedajnej kurtyzany i juz wszystko jasne

e
emerytka

Takie kombinatorstwo ma się we krwi. .Jeżeli wyjdzie na wolność ,to tylko kwestia czasu ,jak zacznie kombinować ,gdzie zrobić następny przekręt.

L
Liberto

Piszecie w imieniu ludzi ktorzy grozili oskarzonemu to jest pomrocznosc jasna-prokuratura,sady i prawo do dekomunizacji !To jest nienormalnosc Tuska Matola !

C
Czytelnik Uważny

"Na prawdę"? Wracać do szkoły, ancymony

Dodaj ogłoszenie