Spółdzielnia "Świetlik". Razem nawet wisieli na linie

Irena Łaszyn
archiwum prywatne
Udostępnij:
Malowali kominy, myli okna, spiskowali, a w wolnych chwilach kopali piłkę. O chłopakach ze spółdzielni Świetlik, którzy zostali politykami i biznesmenami, z okazji premiery filmu pisze Irena Łaszyn.

Na początku były wiaderka i szmaty. Tak przynajmniej twierdzi Jerzy Borowczak, wtedy - bezrobotny stoczniowiec i brygadzista w Spółdzielni Pracy Usług Wysokościowych "Świetlik", dziś - dyrektor Fundacji Centrum Solidarności i poseł.

- Myliśmy szyby w hali gdańskiego Unimoru, strącaliśmy sople z dachów, szkliliśmy wielkie okna w toruńskiej Elanie - opowiada. - Razem ze mną zasuwali późniejsi biznesmeni, ministrowie, marszałkowie, politycy z pierwszych stron gazet. Na przykład Donald Tusk. Kiedy pojechaliśmy do Zakładów Azotowych w Kędzierzynie-Koźlu, pracowaliśmy ramię w ramię. My malowaliśmy kominy, Donald z brygadą - walczaki, takie wysokie zbiorniki. Radził sobie, ale nie wszyscy byli tacy odważni. Wejść na komin to weszli, ale potem bali się z tych 150 metrów zejść. Dostawali galarety!
Borowczak, gdy myśli o tamtejszych, pożal się Boże, fachowcach, za głowę się łapie.

- Kapeluchy - podsumowuje krótko. - Humaniści. Co oni wiedzieli o węzłach, ciężarkach, wspinaniu? Nic! Początkowo i Donald był zielony, i Maciej Płażyński, prezes spółdzielni. Ale gdy powiedziałem o tym w filmie "Świetlik. Spółdzielnia Usług Wysokościowych" Jacka Knoppa, to koledzy mnie zakrzyczeli: Jak mogłeś tak ich nazwać? Zwłaszcza marszałka, który zginął tragicznie 10 kwietnia. Nie godzi się! A co ja miałem owijać w bawełnę? Przecież początkowo żaden inteligencik nie znał się na tej robocie, narażał się i już! Tłumaczyłem jak komu dobremu: "Jak masz sznurówkę, to nie wieszaj 50 kilo farby, bo ci spadnie na łeb". Nie zawsze słuchali, przerażali mnie.

Borowczak to co innego. Pół roku w wojskach specjalnych na Bliskim Wschodzie, potem w Stoczni Gdańskiej, organizator strajków, spiskowiec. Alpinistą, w przeciwieństwie do Żółwia, czyli Jana Turowieckiego, wprawdzie nie był, ale obyty z ciężką robotą i zahartowany, jak najbardziej. W stanie wojennym internowany, potem - z wilczym biletem i zakazem pracy w ówczesnym woj. gdańskim. Ale i on na tym kominie miał pietra. Zwłaszcza gdy wiało, komin się bujał, a on nie wiedział, czy dobrze założył stanowisko. Komin elektrowni w Kozienicach miał 300 metrów! Ale gdy trafił do Świetlika, akurat planował ślub, potrzebował kasy.

Raz w roku, w sylwestra, spółdzielcy spotykają się na boisku, by rozegrać mecz piłki nożnej. Ostatni był szczególny, bez Płażyńskiego i Rybickiego

Nie od robaczka
Spółdzielnia Świetlik powstała w 1983 r. z inicjatywy dwóch absolwentów prawa Uniwersytetu Gdańskiego, Macieja Płażyńskiego i Romana Rojka, którzy nie chcieli pracować w ówczesnym wymiarze sprawiedliwości. Zapewniała pracę tym, którzy nie umieli się odnaleźć w tamtej rzeczywistości, przygarnęła opozycjonistów i dawnych działaczy Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Nie rozdawała jednak etatów. To nastąpiło później, w czasach prosperity. Początkowo spółdzielcy pracowali na dziko. - Wszyscy robili wszystko, bez taryfy ulgowej - wspomina Tomasz Chodnikiewicz, wtedy - pierwszy wiceprezes, dziś - współwłaściciel i prezes prężnej firmy budowlanej.
Jeździli po kraju, bywali w elektrociepłowniach, hutach, rafineriach i pegeerach, malowali świat na wesołe kolory. Nawet obskurne fabryczne hale przerabiali na żółto i zielono, ku zdumieniu zleceniodawców. Ktoś o nich żartobliwie powiedział, trawestując znane słowa o Kazimierzu Wielkim: "Zastali Polskę szarą, zostawili kolorową".

Wspinania uczyli się w górach, pod okiem chłopaków z GOPR. Sympatyczne góralki przychodziły popatrzeć, jak zjeżdżają głową w dół z Nosala.
- Zaczynaliśmy od mycia okien w Unimorze i Zieleniaku - wspomina Chodnikiewicz. - Szczególnie ta druga praca nam się podobała. My wisieliśmy na zewnątrz, a dziewczyny w środku uśmiechały się do nas, zapraszały na kawę.

Dlaczego nazwali spółdzielnię Świetlik? W filmie odpowiada na to pytanie marszałek Płażyński: To nie od tego świetlika robaczka, tylko od przeszklenia w halach fabrycznych.

Chodnikiewicz był z Płażyńskim związany przez 38 lat, znali się jeszcze z Pasłęka, ze szkoły. Zarabiali na siebie i zarabiali na tych, którzy z różnych względów pracować nie mogli. Wspierali rodziny osób represjonowanych, finansowali druk podziemnych gazetek i ulotek. Dali pieniądze na strajk majowy w 1988 r., pomagali go prowadzić. Zrzucali się na to wszystko dobrowolnie. Reguła była taka: brygadzista lub kierownik robót oddawał z wypłaty 5-10 proc., a oprócz tego każdy, kto dostał pieniądze, coś tam wrzucał do kapelusza.

Chodnikiewicz: - Kiedyś Maciej, gdy wiózł pieniądze, wpadł do jeziora. Chcieli z kolegą pojechać na skróty, lód się załamał.

Różnić się pięknie
Reżyser Jacek Knopp wyjawia, że zdążył się z marszałkiem spotkać. I gdy już po katastrofie pod Smoleńskiem film kończył, trochę odwrócił proporcje. - To także film o prezesie Macieju Płażyńskim, nie tylko o Świetliku - uważa. - Ale nie żadna laurka, są w nim ludzie z krwi i kości. Dawni spółdzielcy nie ukrywają, że katastrofa smoleńska odcisnęła na nich wielkie piętno, a nawet odbiła się na ich wzajemnych relacjach. Oni już od dłuższego czasu nie mówili jednym głosem. Wiadomo: wywodzili się z różnych środowisk, mieli różne poglądy i rodowody. Byli wśród nich młodopolacy i byli liberałowie, konserwatyści i postępowcy. Ale starali się różnić pięknie. Świetlik, z czasem przeistoczony w spółdzielnię Gdańsk (podobno w czasach, gdy odnosili sukcesy, ta nazwa była bardziej wskazana), nie dzielił, ale scalał. Nie wszystkich i nie do końca. - Czy któryś ze spółdzielców odmówił udziału w filmie? - pytam Jacka Knoppa. - Tak, Roman Rojek, dziś prezes grupy Atlas.

Irena Łaszyn

Wideo

Materiał oryginalny: Spółdzielnia "Świetlik". Razem nawet wisieli na linie - Polska Times

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

p
pytek
Gdzie teraz są Ci mniej znani, a też zasłużeni dla Świetlika i SPUW Gdańsk dla Firmy, demokracji, wolności?
T
TOJA
Dobry film o zwykłych - niezwykłych ludziach, którzy m.in. walczyli o obecną wolność Polski. Każdy z nich pewnie zasługuje na film o swojej historii dążenia do Niepodległości, ale Maciej Płażyński napewno był Wielkim człowiekiem i ten film właściwie jest o nim. I bardzo dobrze. Na sławę Spółdzielni Pracy Świetlik, a później SPUW GDAŃSK wpływ miało wprawdzie wielu ludzi - Chodnikiewicz, Błochowiak, Rybicki, Merkel,itp, ale też kadra inżynieryjno - techniczna Kocemba, Chmielewski, Jaśkowiak, Frankiewicz, Kosiak, Czarniecki i wielu, wielu alpinistów, robotników, majstrów, kierowników, zaopatrzeniowców, ale Maciej Płażyński najbardziej.
Dodaj ogłoszenie