Sławomir Łosowski, lider zespołu Kombi kończy 70 lat. "Muzyka nigdy nie stała dla mnie wyżej od miłości"

Stanisław Balicki
Stanisław Balicki
Udostępnij:
Właśnie wrócił z trasy koncertowej z zespołem. Za chwilę znów wyjeżdża: Opole. Niebawem wydaje nową płytę. Komponuje, aranżuje, nagrywa. 31. sierpnia skończy 70 lat i wcale nie zamierza zwalniać tempa. - Całe życie szedłem pod prąd i idę dalej - mówi Sławomir Łosowski, lider zespołu Kombi.

Jak pan będzie spędzał jubileusz?
W zasadzie skromnie będę obchodził urodziny. W przeddzień będę miał spotkanie rodzinne, obiad. A w dzień urodzin to chyba mam już jakieś zajęcie muzyczne. Nie koncert, ale coś jest w planach.

Wiele się u pana dzieje. Czuje się Pan na te 70 lat?
Nie (śmiech), oj nie czuję się!

Za chwilę, 3. września Opole...
Mamy pierwszego dnia festiwalu występ we wspólnym bloku z innymi artystami, którzy mają tak jak Kombi swoje artystyczne jubileusze.

… i nowa płyta.
Jest właściwie prawie skończona ale chcemy jeszcze przedstawić publiczności przynajmniej dwie piosenki, do których robimy teledyski. Wydamy ją na sam koniec roku. Teksty na tę płytę w większości napisała Patrycja Kosiarkiewicz. Bardzo dobrze odczytywała z muzyki moje intencje i te słowa właściwie... no tak jak ja bym je sam napisał, świetnie pasują.
Muzyka cały czas płynie z mojej wyobraźni, z mojego serca. Ja się nie zmieniam aż tak bardzo, aczkolwiek muzycznie na pewno się rozwijam cały czas, tak mi się wydaje, tak oceniają to nasi fani. Płyta będzie mocno elektroniczna, właśnie na życzenie fanów, którzy przez parę ostatnich lat bardzo mnie namawiali, żeby taka była. Oczywiście jest taka również, bo naznaczona okresem pandemii, tak nam było najprościej pracować, korespondencyjnie przesyłać sobie nagrane wave. Płyta jest różnorodna, od bardzo nastrojowych utworów do prześmiewczych, dynamicznych. Muzycznie osadzona w tych charakterystycznych brzmieniach Kombi, choć wkracza też w inne sfery, nieobce mi. Przed zmianą nazwy na Kombi, gdy zespół występował jako Akcenty grałem muzykę bardzo eksperymentalną, elektroniczną w pełnym tego słowa znaczeniu. To moje doświadczenie, a także to, co dzieje się współcześnie w szeroko pojętej muzyce elektronicznej, owocuje aranżacjami, które nawiązują do współczesności, ale też do tego, co robiłem przez całe moje dotychczasowe muzyczne życie.

Jest już tytuł?
Jeszcze nie wiem, nie jestem na tym etapie. Myślę, że może któryś z tytułów piosenek? „Ale co z tego”, „Jeszcze wszystko przed nami”, „Minerał życia”, „Mam Cię w snach”. Może zupełnie inaczej będzie się nazywać, zobaczymy.

„Jeszcze wszystko przed nami”, gdy Pana słucham, to by pasowało.
Tak, jestem w nastroju takim, że jeszcze wszystko przede mną, mam okres intensywnej pracy muzycznej i organizacyjnej, tak będzie do końca roku... A jak wydamy płytę, to zacznę wszystko od nowa, pójdę za ciosem, będę kontynuował...

Kolejny „Nowy rozdział”?
Pięć lat temu się powtórnie ożeniłem, moja pierwsza żona zmarła. Teraz to jest dla mnie bardzo dobry i piękny czas życia. Dzięki temu, tak myślę, mam nową energię do pracy muzycznej, do tego wszystkiego co robię. Cieszę się tym, przyszło mi teraz tyle nowej muzyki komponować, aranżować, nagrywać. Czuję się jak ryba w wodzie! Po prostu...

Szczęśliwy?
Tak, ale całe życie byłem szczęśliwy i spełniony. I w tych sytuacjach trudnych, one każdego z nas dotykają. Miałem świadomość tego, że mam taką a nie inną sytuację rodzinną, akceptowałem to i byłem w tym czasie też szczęśliwym.

Przez wiele lat opiekował się pan nieuleczalnie chorą pierwszą żoną. Ludzie widzący to z bliska mówią, że to były zmagania pełne czułości, troski, bohaterskie.
Czasami to, co jest zwyczajne, oczywiste, w potocznym oglądzie zaczyna być czymś heroicznym. Nie, nie, jestem pewien, że robiłem tylko to, co należało robić. To nie wykraczało poza żadne ramy zwyczajności.

Sławomir Łosowski, lider zespołu Kombi kończy 70 lat.
A. Tyszko

Musiał pan ograniczyć intensywność wyjazdów, koncertów. Reszta Kombi wybrała własną drogę.
Tak się stało, historia jest znana, nie ma się co rozwodzić. Teraz śmieję się, że słuchacze mają w efekcie dwa razy więcej Kombi. 29 lat temu Grzegorz Skawiński i Waldemar Tkaczyk odeszli z zespołu, taki był ich wybór. Ja w tym czasie musiałem podejmować zasadnicze decyzje jak zorganizować na nowo życie. Myślałem, że szybko reaktywuję zespół w nowym składzie ale bardzo szybko musiałem się i z tego wycofać ze względu na sytuację. To nie był trudny wybór, gdyby to się w moim życiu powtórzyło zrobiłbym to samo. Muzyka nigdy nie stała dla mnie wyżej od miłości, relacji z najbliższą osobą.

Kombi wcześniej to był potężny sukces. Jaka była droga do tej popularności?
Lata osiemdziesiąte... to była długa droga. Moim zamiarem już w 1974 roku, po największych sukcesach pod nazwą Akcenty, był powrót do muzyki rockowej, popowej i porzucenie okolic jazzu, eksperymentów. Okazało się że po tych największych sukcesach - graliśmy w klubach studenckich, gdzie koncerty jazzowe się dobrze sprzedawały - kilkanaście koncertów i koniec. I znowu trzeba było zarabiać grając do tańca w klubie Rudy Kot... Oczywiście, to było fantastyczne granie, ale to nie było to. Osiągnąłem szklany sufit możliwości dotychczas granej muzyki, nie chciałem do końca życia grać nawet najlepszych coverów w Rudym Kocie. W 1975 roku odeszła z Akcentów sekcja rytmiczna i pojawiła się nowa bardziej rockowa. Ale i po tej zmianie śpiewający basista zapragnął grać bluesa więc dokonałem kolejnej zmiany. Ostatecznie wykrystalizował się stabilny skład zespołu. Szedłem dalej zmieniając program Akcentów, aby w końcu zmienić też nazwę na Kombi i od 1976 roku grać pod tą nową nazwą. Parę lat współpracy z Bałtycką Agencją Artystyczną, jej szefem Andrzejem Cybulskim i Aleksandrem Szostakiem z Radia Gdańsk, który grał nasze piosenki i ciągle mnie dosłownie dręczył o nowe nagrania, krok po kroku doprowadziło do pierwszych większych tras koncertowych. Potem była Muzyka Młodej Generacji. Największy progres nastąpił na początku lat 80., gdy równolegle do zespołu dołączył Jurek Piotrowski z zespołu SBB, który wtedy zawiesił działalność. Sześć złotych lat... najlepszy bębniarz Polski w Kombi. Zaczęliśmy jeździć za granicę, parę groszy można było odłożyć, kupić lepsze instrumenty. Mogłem wtedy zrealizować swoje plany pójścia ku bardziej elektronicznej muzyce, do tego potrzebowałem instrumentarium. Nagraliśmy pierwsze single zapowiadające elektroniczne brzmienie: „Inwazję śmierci z Plutona” i „Nie ma jak szpan”, „Linię życia” i „Komputerowe serce”. No i w końcu płyta „Nowy rozdział”, 1984 rok, piosenka "Słodkiego, miłego życia" i wygrany konkurs przebojów w Opolu. To była kropka nad i. Ta fala jeszcze trwała 3-4 lata, a ja już miałem komplikującą się sytuację osobistą. Żona zaczęła chorować w 1980 roku, coraz więcej wyjazdów do lekarzy, szpitale... Koniec lat osiemdziesiątych był już bardzo trudny.

Cofnijmy się do czasów wyboru muzyki jako drogi życiowej. Jak wyglądała ta decyzja, żeby po maturze nie iść na studia, tylko zaryzykować, grać?
Szczerze mówiąc to wiedziałem, że chcę żyć z muzyki jeszcze przed maturą. To była trudna decyzja. Musiałem się nauczyć jak to się robi od strony organizacyjnej. Namówił mnie do założenia zespołu mój szkolny kolega śp. Andrzej Kyś, perkusista, który widząc jakiś mój potencjał chodził za mną i naciskał. Sam też chciał grać, też widział w tym szansę. On otworzył te możliwości, miał czas, no nie uczył się zbyt pilnie [śmiech], ja się nie obijałem w szkole, miałem mniej czasu. Chodził po klubach, wiedział gdzie można zagrać, poznawał muzyków. Jeszcze przed Akcentami graliśmy do tańca w klubie Gzyms naprzeciw Żaka (teraz tam jest bank). To był klub Związku Młodzieży Socjalistycznej, branży budowlanej, gdzie młodzież przychodziła na wieczorki taneczne i gdzie dla „polepszenia zabawy” sprzedawano wódkę na szklanki. Do tego oranżada. Zabawne to były perypetie... Po tym graniu nasz wspólny znajomy, nie muzyk, chciał nas dołączyć do organizowanego przez pewnego wokalistę zespołu grającego poezję śpiewaną. Myśmy chcieli grać rockową muzykę, nie takie pitu-pitu. Byliśmy młodymi chłopakami, mieliśmy ambicje, powiedziałem wtedy – zakładam zespół – i tak urodziły się Akcenty. Zaczęliśmy grać w klubach osiedlowych i domach kultury Na Chełmie, Suchaninie, w Nowym Porcie. Ostatecznie wylądowaliśmy w klubie Wieżowiec we Wrzeszczu. Tam przez jakiś czas mieliśmy miejsce na próby i zarobek z grania do tańca. Potem był legendarny klub „Rudy Kot”. Dopiero w połowie lat siedemdziesiątych w domu rodzinnym na Kolejarzy 11 przerobiłem werandę na własną salę prób i tam próbowało już Kombi.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Sławomir Łosowski, lider Kombi: Moje życie było i jest piękne [ROZMOWA]

Wcześniej było dzieciństwo, z którego wcale nie wynikało, że pójdzie pan w kierunku muzyki.
Jako dziecko bardzo mocno zaangażowałem się w harcerstwo. W liceum byłem zastępowym, potem drużynowym 12. drużyny im Żwirki i Wigury. Jeździłem na obozy przysposobienia obronnego, pożarnicze, zdałem egzamin na dowódcę sekcji ochotniczej straży pożarnej, majsterkowałem, czego ja nie robiłem... W domu było poniemieckie pianino więc uczyłem się grać. Wcale mnie jednak ta muzyka tak wtedy nie pociągała. Dopiero na początku liceum zainteresowanie zaczęło się konkretyzować. Już wtedy nie rysowałem, a jako dziecko rysowałem bardzo dużo, tylko zacząłem grać. Ojciec, Alfons Łosowski, był artystą rzeźbiarzem i wielkim fanem moich rysunków. Miał kolegów, plastyków, którzy mówili mu, że muszę iść na studia w tym kierunku. Gdy zorientował się, że idę w kierunku muzyki bardzo mi pomógł. Kupował pierwsze organy. W ogóle rodzice nie ograniczali mnie w wyborach drogi rozwoju. Ojciec powiedział mi kiedyś: „Sławek, ja się nie martwię tą muzyką, ty i tak kiedyś do rysowania wrócisz”. Rzeczywiście, wróciłem, w życiu dorosłym, już nie w formie kolorystycznych rysunków, tylko w czerni i bieli, choć nie lubię tego słowa – hobbystycznie.

Z tymi rysunkami z dzieciństwa łączy się pierwszy moment, kiedy zaistniał pan publicznie.
Jako dzieciak wygrałem konkurs plastyczny, który ogłosił Dziennik Bałtycki. Rodzice kupowali regularnie Waszą gazetę. Tata zgłosił moją pacę. Temat był związany z podbojem kosmosu, „Lecimy na Księżyc”. 99 procent zgłoszonych rysunków to były rakiety radzieckie, dominowały sierpy i młoty, napisy CCCP. A ja narysowałem polską ekipę na srebrnym globie: Twardowskiego i koguta na którym tam przyleciał. I wygrałem. Ten polski akcent to zapewne sprawa Radia Wolna Europa, słuchanego w domu przez rodziców, i patriotycznej atmosfery, którą może jako dziecko już przesiąkłem. I wyszedł taki dziecinny antysowiecki bunt. A potem całe życie szedłem pod prąd i idę dalej.

Kotońska o synie i macierzyństwie w młodym wieku

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie