Skarszewy: Historia baszty, w której więziono kobiety uznawane za czarownice

Sebastian Daczyński
Właścicielem baszty jest gmina Skarszewy
Właścicielem baszty jest gmina Skarszewy Sebastian Dadaczyński
Mało kto wie, że w popadającej dziś w ruinę XIV-wiecznej baszcie skazańców w Skarszewach wykonywano wyroki śmierci. Więziono w niej przede wszystkim kobiety uznawane za czarownice. Jak przebiegały ich procesy? Jakim wyrafinowanym torturom poddawano nieszczęsne kobiety - o to miejscowych historyków pytał Sebastian Dadaczyński

Przekazy ludowe i legendy łączą basztę skazańców z miejskim wymiarem sprawiedliwości, gdyż to w niej, niekiedy w bardzo wyrafinowany sposób, wykonywano wyroki śmierci.
- Z pokolenia na pokolenie przekazywano opowieści, że przed wiekami więziono tam przede wszystkim kobiety uznawane za czarownice - mówi Wiesław Brzoskowski, historyk Skarszew, autor wielu książek o miasteczku i okolicznych miejscowościach.

Pławienie czarownic

Nasz rozmówca zdradza, że zachowały się akta z procesów sądowych czarownic. Zaskakujące, jak na dzisiejsze czasy, były próby mające udowodnić o winie danej kobiety. Bardzo często stosowano pławienie czarownic. Jeżeli oskarżona, która została wrzucona do wody od razu utonęła, to był dowód na jej niewinność. Jeżeli unosiła się na powierzchni, był to znak, że jest winna. Wychodzono bowiem z założenia, że unosi się dzięki mocom piekielnym. Sęk tylko w tym, że wtedy jej sukienki były bufiaste i wielowarstwowe, dlatego kobieta unosiła się na powierzchni wody.

Baszta teraz straszy. Lecz nie upiorami czarownic, ale... wyglądem

Równie ciekawą, co drastyczną w ostatecznym rachunku próbą było ważenie czarownic. Uważano, że czarownice są lekkie, bo przecież potrafią latać. I jeśli oskarżona ważyła mniej, na przykład 50 kilogramów, niż określał to przepis (załóżmy, że 60 kg), uznawano ją winną. Rzekomo diabeł, z którym była nierozerwalnie związana, ważył te brakujące 10 kilogramów.
- W ten sposób w XVII i XVIII wieku w Skarszewach spalono na stosie aż kilkanaście kobiet oskarżonych o konszachty z diabłem. Co ciekawe, w tamtych czasach takie egzekucje wzbudzały wielkie emocje. Były one publiczne, gromadziły gawiedź, można nawet powiedzieć, że były swego rodzaju formą rozrywki mieszczan - podkreśla Wiesław Brzoskowski.

Jej własny diabeł

Jeden z procesów toczył się w styczniu 1700 roku w pobliskiej wsi Szczodrowo. Bracia oskarżyli żonę swojego przyrodniego brata o czary. Kobieta do niczego się nie przyznała i uciekła do Gdańska.

Sąd poddał ją jednak torturom, podczas których zeznała, że od czterech lat ma własnego diabła. W dalszej fazie cierpień przyznała się też do dwóch pozostałych diabłów, z którymi obcowała cieleśnie. Zeznała, że kazała im zabijać krowy, nawet przypadkowe, po to, żeby każdy z nich miał co robić. Podczas tortur zdradziła nawet, kto jeszcze jest czarownicą i kto był obecny podczas jej chrztu. Ostatecznie została spalona na stosie w połowie stycznia 1700 roku.

Tego samego roku oskarżono inną mieszkankę Szczodrowa. Podczas tortur przyznała się do przyjęcia diabła, który obiecywał jej bogactwo. Opowiadała o swoim chrzcie i pobycie na Łysej Górze. Przyznała się również, że to z jej polecenia zabito jagnię, które nie chciało kiedyś dać jej mleka. Sąd skazał ją na spalenie żywcem na stosie.
Baszta skazańców przetrwała do dziś i do tej pory wzbudza niepokój, choć już nie ze względu na swoją mroczną historię. Budowla po prostu straszy swoim... wyglądem.

Zabytek obecnie ma duże pęknięcia. Sięgają one od podstawy budowli po jej zwieńczenie. W sumie jest kilka takich pęknięć. Najbardziej niebezpieczny w tej sytuacji jest deszcz. Woda dostaje się między cegły, a zimą zamarza i rozsadza zabytkową architekturę. W ubiegłym roku dużo nie brakowało, a przy baszcie doszłoby do tragedii. Na sąsiadującej z nią prywatnej posesji, gdzie na co dzień bawią się dzieci, runęła ściana.
Zanim doszło do zdarzenia, dzieci przed basztą miały rozstawione namioty i jeździły na rowerkach. Na szczęście, ściana budowli przewróciła się w nocy, kiedy były w domach.

- Nagle usłyszałam huk. Nad ranem okazało się, że runęła wielka ściana z cegieł, a pod nimi zobaczyłam dwa zniszczone rowerki dzieci - opowiada jedna z mieszkanek. - Dobrze, że to wszystko wydarzyło się w nocy. Pozostał jednak strach. Z lękiem spoglądamy na pozostałe fragmenty baszty.

Badania archeologiczne

Właścicielem baszty jest gmina Skarszewy. Zwróciła się ona o dofinansowanie naprawy zabytku do ministra kultury, ale kilka dni temu dotarła informacja, że dotacji (ok. 300 tys. zł) nie otrzymała. Władze miasteczka złożyły odwołanie do resortu.
Dodajmy, że nie runęły zabytkowe cegły, a ściana wykonana w ramach renowacji baszty w latach 60. XX wieku. Wtedy te prace wykonano źle.

- Tak ocenili fachowcy, z którymi nawiązaliśmy kontakt - tłumaczy Ryszard Muchowski, naczelnik Wydziału Głównego Inżyniera i Ochrony Środowiska w Urzędzie Miejskim w Skarszewach.
Edward Zimmermann, autor książek o historii Skarszew uważa, że gdyby podczas prac konserwatorskich w ubiegłym wieku zwieńczono basztę skazańców stożkowym dachem krytym czerwoną dachówką i użytkowano ją, to teraz ten zabytek nie byłby ruiną. Zimmermann proponuje też ciekawe rozwiązania na przyszłość.

- W baszcie trzeba przeprowadzić badania archeologiczne. Być może w dolnej części zachowały się wyryte na cegłach przez skazańców napisy, daty, merki, symbole podobne do spotykanych w basztach i wieżach więziennych innych miast - dodaje. - Po renowacji trzeba ją koniecznie zagospodarować, tworząc na przykład ekspozycję artefaktów średniowiecznych odkrytych w Skarszewach, może połączoną z punktem informacji turystycznej. W części podziemnej warto byłoby pokazać stosowane w dawnych wiekach narzędzia tortur...

Skarszewy - Miasto z Historią
Skarszewy warto odwiedzić, bo to miasteczko, które się może poszczycić niebanalną historią.
Osada istniała tu już jakieś 600 lat p.n.e. Dzieje miasta wiążą się z zakonem joannitów. W 1194 roku książę Grzymisław podarował joannitom wieś Równino, którą nazywano Schönegk, co oznacza "piękny kąt".
Nazwa Skarszewy pojawiła się dopiero w 1513 roku.
Jak mówi legenda, stało się tak dla uhonorowania dwójki założycieli średniowiecznego grodu: Skara i Sewy, ponoć potomków biednego pasterza i pięknej księżniczki, którzy panowali na Paninej Górze, wznoszącej się kilka kilometrów na zachód od Skarszew, zwanej też "dachem Kociewia".
Joannici w XII wieku założyli we wsi parafię i wybudowali świątynię.
W 1370 r. sprzedali Skarszewy Krzyżakom. Po bitwie pod Grunwaldem miasto znalazło się w rękach polskich królów.

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie