Skarby wyłowione po 400 latach

Jacek Sieński
Archeolodzy z CMM mierzą wielkość beczek z ładunkiem "rudowca"
Archeolodzy z CMM mierzą wielkość beczek z ładunkiem "rudowca"
W rejonie dawnego ujścia Wisły odkryto wrak żaglowca, który najprawdopodobniej leży tam od początków XVII wieku. Część jego ładunku już wydobyto.

Wrak leży na głębokości pięciu metrów, niedaleko od brzegu, u nasady półwyspu Westerplatte, na wprost Twierdzy Wisłoujście. Archeolodzy z Działu Badań Podwodnych Centralnego Muzeum Morskiego w Gdańsku wstępnie zbadali go jesienią ubiegłego roku.

- To pozostałości statku handlowego z przełomu XVI i XVII wieku, z ładunkiem żelaza i półproduktów miedzianych - opowiada Waldemar Ossowski, archeolog z CMM. - Z uwagi na ładunek nazwaliśmy go rudowcem.

Podmorska skarbnica
Wpłynięcie do portu zawsze było jednym z najtrudniejszych i najbardziej niebezpiecznych morskich manewrów, nawet przy stosunkowo dobrej pogodzie, a to ze względu na przybój. Nic zatem dziwnego, że okolice wejścia do dawnych portów są ulubionym miejscem penetracji podwodnych archeologów.

- Zmiany, jakie przez wieki zachodziły w rejonie ujścia Wisły, możemy prześledzić dzięki przeglądowi porównawczemu starych map i badaniom geologicznym - tłumaczy Iwona Pomian, kierownik Działu Badań Podwodnych CMM.

Do połowy XIX wieku stare ujście, a zarazem wejście do portu gdańskiego znajdowało się tam, gdzie dziś jest nasada półwyspu Westerplatte. Przez stulecia Wisła naniosła w to miejsce kamienie, żwir i piasek. Z czasem więc ujście zaczęło się przesuwać w kierunku północno-wschodnim. Doprowadziło to do utworzenia naturalnego kanału, którym statki wpływały do gdańskiego portu już w XVIII stuleciu. Stare wejście Prusacy ostatecznie zasypali na początku XIX wieku. Jednak to właśnie tą drogą od czasów średniowiecza docierała do Gdańska większość jednostek pływających. Dlatego tych, które nie miały szczęścia i pozostały tu na zawsze, należy szukać właśnie w rejonie Wisłoujścia.

Takie archeologiczne skarbnice mogą spoczywać przez wiele lat w piasku, aż niespodziewanie odsłonią je ruchy wody wywołane sztormami i prądami morskimi.

Co o nim wiemy?
Najważniejsza jest identyfikacja zatopionego statku, czyli ustalenie jego nazwy i okresu, w którym został zbudowany i pływał. Pomocne są tu analizy informacji o katastrofach statków i ich ładunkach w minionych stuleciach, w rejonie portu gdańskiego. Takie właśnie opracowanie wyszło spod ręki dr. Dariusza Kaczora z Instytutu Historii Uniwersytetu Gdańskiego. Jedna ze zgromadzonych przez niego informacji dotyczy statku (niestety, źródła nie podają jego nazwy), który zatonął w 1623 roku, przewożąc osmund i miedź, czyli takie same towary jak "rudowiec"!
Z kolei przeprowadzone przez fachowców z cieszącego się międzynarodowym prestiżem Instytutu Dendrologii z Torunia badania, polegające na liczeniu rocznych przyrostów słoi drewna, wykazują, że drzewa na budowę "rudowca" ścięto w 1542 roku. Jeśli uwzględnimy fakt, że drzewo, zanim posłużyło za budulec kadłuba, musiało odpowiednio długo leżakować, a sam statek mógł być eksploatowany nawet kilkadziesiąt lat, podany wyżej termin katastrofy wydaje się pasować do tej układanki. Zwłaszcza że na wraku znajdują się przedmioty datowane na początek XVII stulecia.
Istnieje też duże prawdopodobieństwo, że był to żaglowiec gdański, bo drewno z kadłuba pochodzi z pomorskich lasów.

- Wrak "rudowca" tkwi głęboko w piaszczystym dnie. Wystają z niego tylko małe fragmenty drewnianej konstrukcji i ładunku - mówi dr Ossowski. - Na podstawie grubości klepek poszycia można przypuszczać, że ma on długość od 25 do 29 metrów. Ładunek statku stanowiły beczki z osmundem, będącym wstępnie przerobioną rudą żelaza, pręty żelazne o długości po około cztery metry oraz naczynia miedziane w formie gładkich mis i kotłów. Były to więc półprodukty metalowe importowane ze Szwecji przez gdańskie warsztaty wytwarzające naczynia oraz do kuźnic, których w nowożytnym Gdańsku i jego okolicach było około 40. Może to potwierdzać, że żaglowiec należał do gdańskiego armatora.

Na razie z "rudowca" wydobyto wystającą z dna bryłę z małą częścią ładunku o wysokości 80 cm. Były to 44 naczynia miedziane różnej wielkości, włożone jedno w drugie. Zostały one poddane już zabiegom konserwatorskim i powiększyły muzealny zbiór eksponatów pochodzących z podmorskich badań archeologicznych. Oprócz naczyń, z wraka wydobyto również pręty żelazne, kocioł do gotowania posiłków i fragmenty fajek ceramicznych z około 1620 roku.

Ładunek do muzeum, wrak zostaje
Znalezione do tej pory przedmioty to prawdopodobnie niewielka część towarów, jakie przewoził. Właśnie z tego powodu odnalezienie "rudowca" jest tak cenne. Rzadko bowiem natrafia się na wraki z dobrze zachowanym ładunkiem.

- Przygotowujemy się do przeprowadzenia w tym roku badań ratowniczych na wraku - tłumaczy dr Ossowski. - Opracowujemy dokumentację na podstawie zebranych materiałów i wstępnego rozpoznania. Pozwoli to na właściwą eksplorację i zabezpieczenie wraku przed nielegalną penetracją. Taki wrak to nie lada gratka dla płetwonurków, którzy łamiąc prawo i narażając swoje życie, próbują na własną rękę penetracji takich obiektów. Najczęściej zabierają przy tym coś "na pamiątkę", doprowadzając w efekcie do całkowitej dewastacji zabytku.
W 1975 roku sensacją archeologiczną było odkrycie na dnie Zatoki Gdańskiej i wydobycie wraka średniowiecznego frachtowca z pełnym ładunkiem. Statek zatonął w 1408 roku z powodu pożaru, jaki wybuchł na jego pokładzie. Płynął z ładunkiem wiązek żelaznych sztabek, beczkami z osmundem i ze smołą, klepek drewnianych oraz plastrów surowej miedzi z Węgier, dlatego też nazwano go miedziowcem. Drugim żaglowcem z ładunkiem jest "rudowiec".

Dr Ossowski podkreśla, że "miedziowiec" przewoził towary eksportowane przez gdańskich kupców. Jego portami docelowymi mogły być Lubeka, Brugia czy Antwerpia. W XVI wieku relacje handlowe uległy zmianie, bowiem Gdańsk stał się dużym ośrodkiem wytwórczym, importującym i przetwarzającym półprodukty oraz surowce sprowadzane drogą morską i wodnymi szlakami śródlądowymi.

Co się dalej stanie z samym wrakiem? Z całą pewnością nie zostanie on wydobyty. Koszt takiej operacji, a przede wszystkim dalszej konserwacji elementów drewnianych jest zbyt duży. Dlatego takie operacje przeprowadza się w absolutnie wyjątkowych wypadkach, jak miało to miejsce w przypadku szwedzkiej Wasy czy bremeńskiej kogi. Po spenetrowaniu "rudowiec" zostanie więc najprawdopodobniej okryty workami z włókniny, napełnionymi piaskiem, by zabezpieczyć go przed zniszczeniem. Niewykluczone, że zadba o niego sama natura i naniesiony przez prądy morskie piach skryje go przed ludzkim wzrokiem na kolejne setki lat.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.